Dumą wyspy są lśniące bielą kościoły rotundowe. W całej Danii jest siedem takich kościołów, z czego cztery na Bornholmie. Niegdyś ich rodowód uważano za pogański - miały jakoby służyć kultowi Słońca. Hipotezę tę jednak odrzucono. Wiadomo, iż powstały w XII wieku i służyły nie tylko jako domy modlitwy, ale także jako budowle obronne. Świadczą o tym nie tylko dwumetrowej grubości granitowe mury, ale także otwory strzelnicze pod dachem. Piętra kościołów wykorzystywano także jako spichrze. Obawiano się głównie Wenedów - plemienia kaszubskiego m.in. z okolic ziemi słupskiej. W razie konieczności Bornholmczycy barykadowali się w świątyni-twierdzy, gotowi do walki z najeźdźcami, którzy jednak wcale do ataków się nie kwapili, zadowalając się jedynie plądrowaniem pustych gospodarstw.
Odwiedzam największy i najstarszy z rotundowych kościołów - sterlars, czyli pod wezwaniem św. Laurencjusza (po duńsku Lars). W kolistej nawie z potężnym filarem pośrodku podziwiam XIV-wieczne freski. Potem po wąskich schodkach wchodzę pod stożkowaty dach, gdzie świetnie widać skomplikowaną, naszpikowaną belkami konstrukcję.
Również z XII wieku pochodzi kościół w Akirkebby, miasteczku, które do XVII wieku było stolicą Bornholmu. Tzw. A Kirke to najstarsza świątynia w całej Danii. Nie jest wprawdzie okrągła, kształt ma "zwykły", ale warto tu zajrzeć przede wszystkim ze względu na romańską chrzcielnicę, misternie wyrzeźbioną z piaskowca i pokrytą pismem runicznym.
Bornholm liczy ok. 45 tys. mieszkańców, z czego trzecia część to mieszkańcy stolicy - R nne. Młodzież z wyspy ucieka - nic dziwnego - możliwości kształcenia się i kariery zawodowej w Danii "właściwej" są dużo większe. Natomiast coraz częściej osiedlają się tutaj ci, którzy mają dosyć wielkich miast, szukają spokoju i bliskości natury. Bornholm jest do tego wymarzony. Życie ma tu inny wymiar - toczy się leniwie, bezstresowo, a poza tym ceny nieruchomości są tu niższe niż w pozostałych częściach kraju.
Bornholmczycy są bardzo dumni ze swego wyspiarskiego pochodzenia. Podkreślają, że to właśnie oni mają najdłużej działający w kraju teatr (w R nne, w budynku z 1824 roku). Aby podkreślić odrębność, chętnie posługują się swoim specyficznym dialektem, stanowiącym reliktową odmianę języka wschodnioduńskiego. Zamieszkanie na Bornholmie nie jest synonimem zostania Bornholmczykiem. - Oni nas tolerują, co nie znaczy, że akceptują - mówi J rgen, który na wyspę przybył z Kopenhagi 30 lat temu. Wszyscy są jednak dla siebie mili, nikt nie odgradza się od sąsiadów, w oknach nie ma krat ani nawet zasłonek, zaś przed domkami dumnie powiewają narodowe flagi.
Już sama zabudowa miasteczek wprowadza spokojny, sielski klimat. Nikomu nie przyjdzie do głowy wybudowanie wieżowca lub nawet zwykłych bloków. Typowe są niskie, drewniane lub półdrewniane, szachulcowe domki, na ogół kryte strzechą lub czerwoną dachówką i obowiązkowo kolorowo malowane. Zróżnicowanie barw miało dawniej ponoć pomagać rybakom wracającym niekiedy w stanie lekko wskazującym na spożycie (bynajmniej nie ryb) w znalezieniu własnego domu. Przed domami kwitną wysokie malwy, okna zdobią pelargonie.
Bornholm najlepiej zwiedzać na rowerze. Wyznaczono ponad 250 km dróg rowerowych, z których większość biegnie z dala od samochodowych. Na rowerach jeżdżą tu wszyscy - młodzież, siwowłose emerytki i rodziny z małymi dziećmi. Lektura przewodnika "Trasy rowerowe Bornholmu" (do kupienia na miejscu za 40 koron) sprawia, że i ja kieruję swe kroki do wypożyczalni, a chwilę potem pedałuję już na eleganckim góralu do zam-ku Hammershus. Ulokowana na 70-metrowym wzgórzu potężna twierdza powstała w XIII wieku na polecenie arcybiskupa ze szwedzkiego Lundu w odpowiedzi na wybudowanie przez króla duńskiego zamku Lilleborg. Według legendy twierdzę budowano początkowo w innym miejscu, ale to, co powstawało za dnia, w nocy znikało. Postanowiono zmienić lokalizację - w tym celu wypuszczono konie, a tam, gdzie rumaki się zatrzymały, rozpoczęto prace. Od tego momentu każdy powstający fragment murów natychmiast się podwajał. Są tacy, którzy uważają, że to zasługa tutejszych trolli, bo jak w całej Skandynawii, także i na Bornholmie wierzy się w moc żyjących w podziemnym świecie stworków.
Najbardziej imponujący fragment tych największych w całej Europie Północnej ruin zamkowych stanowi czworokątna baszta. W średniowieczu zajmował ją ówczesny urząd skarbowy - tam bowiem przechowywano księgi z zapisami podatkowymi. W baszcie było też więzienie - do ulubionych historii miejscowych przewodników należy opowieść, jak to jeden z więźniów uciekł szybem latrynnym, lądując w stercie nieczystości, co jednak pozwoliło mu uniknąć stryczka.
Trudno sobie wyobrazić zdolności bojowe zamkowej załogi, która dostawała przydział sześciu litrów piwa dziennie. A i to rycerzom nie wystarczało - ogłosili strajk, domagając się zwiększenia przydziału do 16 litrów! Tłumaczenie, że suszyło ich po solonych śledziach, stanowiących podstawę pożywienia, nieco ich usprawiedliwia.
Jeszcze do XVIII wieku Hammershus stanowił centrum bornholmskiej władzy. Niestety, w 1743 roku rezydujący tu gubernator przeniósł się do R nne, zezwalając okolicznej ludności na darmowe wykorzystanie cegieł z zamkowych murów na prywatne budowy. Nic dziwnego, że to, co teraz widzimy, to już tylko ruiny, obecnie chronione jako zabytek.
MONIKA WITKOWSKA