Uwierzyć w Shackletona

"Historia ta jest prawdziwa" - tak Alfred Lansing w przedmowie do swej książki "Antarktyczna podróż Sir Ernesta Shackletona" (w oryg. "Endurance: Shackleton's Incredible Voyage", książka w polskiej wersji językowej właśnie ukazała się na polskim rynku nakładem wydawnictwa Mayfly) rozpoczyna opowieść o bodaj największym i najbardziej niewiarygodnym przedsięwzięciu podróżniczym naszej ery. Trudno o lepszy wstęp, bo historia Imperialnej Transkontynentalnej Wyprawy Sir Ernesta Shackletona ma chyba wszystkie cechy, które w dzisiejszym świecie kazałyby oceniać jej wiarygodność co najmniej podejrzliwie.

Jest lipiec roku 1914. Właśnie zamordowany został Arcyksiążę Ferdynand Austriacki, wybucha I wojna światowa. W tym samym, najgorszym z możliwych czasie, w porcie w Plymouth gotowa do wypłynięcia w morze czeka "Endurance" - piękna, trzymasztowa barkantyna, tylko z pozoru przypominająca inne żaglowce i 26-osobowa załoga, która tylko z pozoru przypomina inne załogi. Kompletowanie składu, sprzętu i funduszy zajęło Shackletonowi - czterdziestoletniemu, okrytemu już chwalą podróżnikowi i odkrywcy, a w przerwach między ekspedycjami żonatemu przedsiębiorcy - blisko cztery lata - spora część olbrzymiej sumy wiąże się z przyszłymi osiągnięciami, a członkowie załogi - nie licząc trzonu złożonego z wiernych towarzyszy Shackletona we wcześniejszych wyprawach - w większość wybrani zostali przez niego osobiście, po góra 5-minutowych oględzinach i rozmowach, niekoniecznie dotyczących kwalifikacji na poszczególne stanowiska. Cel, jaki Sir Ernest Shackleton stawia sobie i swojej załodze jest śmiały, ambitny, by nie rzec szalony i niemożliwy do zrealizowania - przemierzenie całej Antarktydy, od zamarzniętego Morza Weddella do Morza Rossa, przejście trasy, której dotąd nie przebył nikt i która może okazać się pułapką na każdym etapie. Można tylko zwyciężyć lub zginąć, ale Shackleton nie ma wyboru. Nie tylko dlatego, że pieniądze, które zostały już wydane, trzeba dopiero zarobić. To czas ostatnich już wielkich odkryć, a w porównaniu z minionymi wiekami na Antarktydzie zrobiło się niemal tłoczno - w 1911 roku biegun południowy zdobywają Amundsen i zaraz po nim Scott (biegun północny zdobyli Amerykanie pod kierownictwem Roberta F. Peary'ego dwa lata wcześniej). Shackleton też próbował dojść do bieguna - pierwszą wyprawę poprowadził już w 1907 roku, ale skończenie się zapasów żywności kazało mu zawrócić w odległości zaledwie 156 kilometrów od celu i przemieniło wyprawę w dramatyczny wyścig ze śmiercią. Shackleton nie ma wyboru z jeszcze jednego powodu - to prawdziwy romantyczny bohater i odkrywca. Bezradny w większości zwykłych, codziennych sytuacji, wyzwań potrzebuje jak tlenu. I sam je sobie stawia, a potem uparcie realizuje. Pomyli się jednak ten, kto uzna go za niebezpiecznego szaleńca. "Na kierownika-naukowca weź Scotta, jeśli chodzi o szybką sprawną podróż - Amundsena, ale kiedy znajdziesz się w beznadziejnej sytuacji, z której zdaje się nie być wyjścia, klęknij i módl się o Shackletona" - czy taki hołd mógłby być złożony szaleńcowi? Nie, Sir Ernest Shackleton to być może największy, najbardziej charyzmatyczny dowódca, jaki kiedykolwiek chodził po bożej ziemi. I podczas swej monumentalnej wyprawy będzie miał wiele okazji, by tego dowieść.

***

"Antarktyczna podróż Sir Ernesta Shackletona" to wspaniała książka i pozycja wyjątkowa na dość ciasno przecież zapełnionych półkach z literaturą podróżniczą. Dlaczego? Powodów jest co najmniej kilka.

Po pierwsze - historia

Gdy niemal na samym początku ekspedycji dryfujący między zdradliwymi krami lodu Morza Wedella statek Endurance zostaje unieruchomiony, a po 10 długich miesiącach zmiażdżony w lodowym paku, wydaje się, że to koniec. Trzeba zejść na ląd, jakkolwiek ironicznie to zabrzmi - "stały ląd" to wszak tysiące kilometrów lodowej kry, poprzecinanej milionami wodnych kanalików, poddawanej niewiarygodnemu ciśnieniu i pękającej pod stopami ludzi i psów - i dotrzeć jakoś do miejsca, gdzie można przynajmniej marzyć o szansie ocalenia. Sporą część zapasów, sprzętu, wreszcie ubrań ze skromnego nawet jak na ówczesne czasy ekwipunku, trzeba zostawić we wraku. Shackleton nie ma litości - wcześniejsze doświadczenia nauczyły go, że nawet jeden zbędny kilogram może zdecydować o porażce i - zagładzie. Nie mają prawie niczego - radia, wystarczających zapasów, sprzętu, wreszcie realnej szansy na przeżycie. Nikt "z cywilizacji" nie wie, gdzie są. Bezwolne dryfowanie, modlitwy, by wiatr wiał w korzystnym dla załogi kierunku, przybliżając, a nie oddalając ich od wymarzonego celu, wyczerpujący marsz po śmiertelnie niebezpiecznym lodzie, wycieńczająca podróż kilku śmiałków szalupami na Wyspę Słoniową, wreszcie 800-milowa wyprawa ratunkowa po rozszalałym Atlantyku, przeprawa przez góry i lodowce - realizacja ostatniego wielkiego podróżniczego wyzwania zamienia się w ucieczkę z wodno-lodowego piekła. I oni to przetrwali. Wszyscy razem.

Po drugie - bohaterowie

Pierwszym i największym bohaterem książki jest oczywiście sam Ernest Shackleton. To jego charyzma, wytrwałość (o tak!), szósty zmysł, z jakim dobrał w szaleńczym przecież trybie członków ekspedycji, wreszcie optymizm, wiara i nadzieja, które w nich zaszczepił i nadludzkim wysiłkiem podtrzymywał - czyni z niego kogoś na wzór antycznego herosa. A przecież gdy czytamy, jak uczył swoich towarzyszy gry w brydża, by zapełnić im długie dni polarnej zimy, potem czyścił foczym tłuszczem te same zabrudzone karty, wreszcie ryzykował zawsze pierwszy i - ukrywając to - nie spał po kilka nocy z rzędu, martwiąc się o swych ludzi - jest taki prawdziwy. O tak, Shackleton to postać, dla której warto zarwać noc, zwłaszcza jeśli następnego dnia czeka nas ciężki dzień. Bohaterem jest Endurance - pewnie nie każdemu zakręci się łza w oku podczas czytania opisu bohaterskiej, śmiertelnej walki statku z morderczym żywiołem. Ale niewykluczone, że właśnie tak będzie. Bohaterami są członkowie załogi - wszyscy razem i każdy z osobna. Wreszcie - Antarktyda ze swym lodowym pięknem. Bo choć dla ludzi jest śmiertelnym zagrożeniem, nie sposób odmówić jej hipnotycznej mocy uwodzenia. Wszystkim im Alfred Lansing oddał w swej książce hołd.

Po trzecie - autor

Alfred Lansing, amerykański pisarz i dziennikarz, urodził się w 1921 roku - 5 lat po ukończeniu wyprawy Shackletona. Czy już jako mały chłopiec żył opowieścią o tej niesamowitej przygodzie, czy rozpalała ona jego dziecięcą wyobraźnię? Tego nie wiemy, ale pewnie tak było. Pierwsze wydanie "Endurance: Shackleton's Incredible Voyage" ukazało się w Ameryce w 1959 roku i szybko stało bestsellerem. Powstała powieść o reporterskim charakterze, bez śladu fałszu czy konfabulacji - Lansing pisząc ją wykorzystał autentyczne dokumenty, dzienniki, fotografie i inne źródła wcześniej niedostępne, wreszcie - spędził długie godziny na rozmowach z żyjącymi jeszcze wówczas - 8 - członkami ekspedycji Shackletona. Wszyscy chętnie udzielili mu pomocy, a on odpłacił im się książką pełną pasji, obiektywizmu, humoru i szacunku dla ich wyczynu. Ponad 400 stron polskiego wydania to napisana ze swadą, zacięciem, miejscami oszczędnym, a gdzie indziej barwnym i plastycznym językiem, mrożąca krew w żyłach, trzymająca w napięciu, wywołująca szczery śmiech, łzy rozpaczy i szczęścia, a wreszcie niewiarygodnie podnosząca na duchu opowieść. Shackleton klęskę przekuł w zwycięstwo, bo taki po prostu był, ale to nie musiało (nie mogło?) się udać. I to jest clue dzieła Lansinga.

Po czwarte - forma

Zalety "Antarktycznej podróży Sir Ernesta Shackletona" można wymieniać jeszcze długo. Na koniec warto wspomnieć o polskim wydaniu i już nie o treści, lecz formie. Dostajemy do rąk książkę, która jako żywo przypomina prawdziwy pokładowy dziennik. Zaokrąglone brzegi kartek, staroświecka gumka upodabniająca tom do kultowych dzienników i kalendarzy Moleskine'a, nieco pożółkłe strony, a wreszcie - niespodzianka w środku: poglądowa mapka wyprawy i autentyczne fotografie (autorstwa oficjalnego fotografa ekspedycji Franka Hurleya), wydrukowane na papierze fotograficznym i powtykane pomiędzy strony. Brakuje tylko zapachu wielorybiego tranu.

Książka Alfreda Lansinga "Antarktyczna podróż Sir Ernesta Shackletona" ukazała się nakładem wydawnictwa Mayfly. Sprzedawana jest w pakiecie z płytą DVD z filmami (dwupłytowe wydanie): "Antarktyczna podróż sir Ernesta Shackletona" George'a Butlera, odrestaurowana wersja "Południa" Franka Hurley'a z muzyką ekipy snowboardowej mepTV, "Mela i Kamiński. Razem na biegun" z muzyką ekipy mepTV.

Wydaniu książki z filmem towarzyszy Przegląd Filmów Antarktyczne Podróże, który 26 marca 2010 roku rozpoczyna się m.in. w warszawskim kinie Luna.

Więcej o: