Chociaż skocznia leży właściwie w mieście - widać ją świetnie z nabrzeży koło ratusza - dotrzeć tam wcale nie jest łatwo. Samochodem wspinamy się stromo pod górę po serpentynach, czuję się jakbym była... trudno powiedzieć gdzie, na pewno nie w stołecznym mieście. Wreszcie parkujemy i dopiero z bliska okazuje się, jak olbrzymia jest ta budowla, która z daleka wydawała się delikatną, filigranową konstrukcją. Wspiąć się na górę - to już jest wyzwanie. Na szczęście najpierw do zwiedzenia jest całkiem spore muzeum, a później... korzystamy z szybkiej windy, która zawozi nas prawie na samą górę. Potem jeszcze parę chwil wspinaczki po 114 sporych, bardzo stromych schodach (czy Adam Małysz musi pokonywać te schody z nartami na ramieniu?!) i możemy podziwiać panoramę Oslo. Wieża, na której szczycie jesteśmy, ma 60 m wysokości, a do poziomu widocznego świetnie morza mamy 417 m. Na szczęście cały czas jesteśmy w przeszklonym pomieszczeniu, bo na zewnątrz solidnie wieje.
Patrzymy na rozbieg, po którym jadą skoczkowie z prędkością prawie 100 km/godz. I coraz mniej wierzymy w to, że skakanie na nartach, a do tego jeszcze zdobywanie medali, to taka prosta rzecz, jak wszystkim się wydaje. Zwłaszcza kiedy patrzą na skromnie uśmiechniętego Małysza. Tu na górze buńczuczna odwaga zanika i nabieram coraz większej pewności, że skakać stąd mogą wyłącznie szaleńcy całkowicie pozbawieni instynktu samozachowawczego. A żeby stamtąd puszczał się w dół nasz drobniutki Adaś... to po prostu niewiarygodne.
Skocznia jest czynna także latem - odbywają się tu skoki prosto do wody! Czy to taki norweski sposób, żeby się ochłodzić? Nie wiem, ale wygląda to niesamowicie, choć skoczkowie startują z mniejszej wysokości.
Trochę poniżej skoczni w stronę centrum widać dachy stylowego, nieco fikuśnego budynku - to jeden z najlepszych hoteli w mieście. A dalej są rozrzucone po wzgórzach osiedla, zamek tuż nad wodą, obok niego cumuje ogromny statek wycieczkowy, a niedaleko kanciastego ratusza z czerwonej cegły stoją eleganckie jachty. Z góry oczywiście widać cały fiord, z maleńkimi (przynajmniej z tej odległości) wysepkami, między którymi ślizgają się jachty. Kiedy się odwracamy, to krajobraz zmienia się na górsko-leśny, taki bardziej beskidzki lub bieszczadzki. Tylko że tutaj pasma gór ciągną się przez drobne parę tysięcy kilometrów.
Sama skocznia Holmenkollen zwana "świętą górą" albo "skocznią królewską" jest miejscem kultowym. Nie dość że jest przepięknie położona, to właśnie na niej odbywają się zawody Pucharu Świata w skokach, mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym, a w 1952 r. była tu zimowa olimpiada. Obecnie może pomieścić 120 tys. widzów. Jest też najczęściej odwiedzanym przez turystów miejscem w Norwegii - co roku gości ponad milion zwiedzających.
Król skaczący na nartach? To nic szczególnie dziwnego, przynajmniej w Norwegii. Norwegowie mają sporty zimowe we krwi, ci z rodziny królewskiej także. Zresztą wydaje mi się, że tutejsza monarchia jest o wiele bardziej na luzie i - co tu ukrywać - sympatyczniejsza niż na przykład brytyjska. A zdjęcia radośnie uśmiechniętych królów podchodzących z nartami na ramieniu, dających z siebie wszystko na biegówkach czy właśnie lecących na nartach można oglądać na świetnej wystawie w budynku skoczni. Bo norwescy monarchowie nie tylko aktywnie uprawiali sport, ale także zdobywali medale i wygrywali zawody. Miejmy nadzieję, że po absolutnie uczciwej walce, a nie dlatego, że poddani bali się zaprezentować swoje umiejętności...
Widać od razu, że skoki na nartach to dla Norwegów sport kultowy. W końcu to oni wymyślili tę dyscyplinę. Na starych zdjęciach widać skoczków sprzed ponad 100 lat i tłumy na zawodach. Kolejka dowożąca kibiców po prostu pękała w szwach! Na przykład na zawody na Holmenkollen w 1882 roku zjechało się aż 20 tys. widzów - wszyscy chcieli zobaczyć śmiałków szybujących w powietrzu jak ptaki. Rok wcześniej rekord pobił młody szewc z Telemarku (to region Norwegii), który skoczył aż 23 m! Ale wszystkim, którzy śmieją się z ówczesnych rekordów (obecnie punkt K Holmenkollen wynosi 115 m), proponuję, żeby sami skoczyli te drobne 23 m. Proste? Chyba nie bardzo...
Aktualny rekord skoczni wynosi 132,5 m i należy Svena Hannawalda.
W najstarszym na świecie Muzeum Narciarstwa można dowiedzieć się też wielu innych ciekawych rzeczy. Na przykład - jak przebudowywano skocznię, jak zmieniała swój wygląd i jak daleko udawało się skoczkom skakać w poszczególnych latach. Są też narty używane do skoków, widać, jak się zmieniały w czasie niezbyt długiej, lecz emocjonującej historii tej dyscypliny.