Engelberg

Wyglądający dość kosmicznie okrągły wagonik, którym wjeżdża się na Mt. Titlis - najwyższą górę centralnej Szwajcarii (3239 m n.p.m.), to pierwsza na świecie kolejka obrotowa.

Engelberg

Wyglądający dość kosmicznie okrągły wagonik, którym wjeżdża się na Mt. Titlis - najwyższą górę centralnej Szwajcarii (3239 m n.p.m.), to pierwsza na świecie kolejka obrotowa.

Miła dziewczyna obsługująca wagonik prosi, by odsunąć się od szyby. Napisy po niemiecku, francusku i włosku w kraju, w którym urzędowe są aż cztery języki, nie dziwią, ale są też po chińsku i hindusku - to już ukłon w stronę azjatyckich gości licznie przyjeżdżających w te strony. - A wy skąd jesteście? - pada pytanie. - Z Polski? No to dzień dobry! - dziewczyna jest prawdziwą poliglotką.

Chwilę potem okrągły wagonik zaczyna się powoli obracać. Zanim osiągniemy górną stację, wykona obrót o 360 stopni. Kiedy w roku 1993 kolejkę oddano do użytku, była nowością w skali świata. Teraz jest już ich na świecie kilka (obrotowym wagonikiem wjeżdża się np. na Górę Stołową w Kapsztadzie), ale wszędzie są to kolejki korzystające z patentu tutejszej - ze szwajcarskiego Engelbergu.

Mt. Titlis

Górna stacja kolejki Titlis Rotair to różnorakie "naj". Tu np. mieści się najwyżej położony sklep z zegarkami (szwajcarskimi oczywiście), tu można zobaczyć najwyżej eksponowaną, imponującą kolekcję... piłek golfowych. Ciekawostką jest Grota Lodowcowa, a właściwie wydrążony w lodowcu 150-metrowej długości tunel, w którego czeluściach rozmieszczono plansze z ciekawostkami na temat lodowców. Latem można sprawdzić wszystko na własne oczy - wyznaczona jest specjalna Ścieżka Lodowcowa pozwalająca spojrzeć w imponujące szczeliny.

Górna stacja słynnej Titlis Rotair to jednak jeszcze nie szczyt. Wagonik wwozi nas na wysokość 3020 m n.p.m., zaś wierzchołek Mt. Titlis jest ponad 200 m wyżej, co wymaga ok. 40-minutowego podejścia. Pierwszy raz zdobyto go w 1744 roku. Teraz turyści są na ogół leniwi - wystarcza im wjazd do górnej stacji kolejki i rozległa panorama z tarasu stacji. I tak żeby dostać się tutaj, droga jest długa - ok. 40 minut wyciągami (obrotowy wagonik Titlis Rotair to dopiero ostatni etap) z dwoma przesiadkami po drodze. Punktem startowym jest niewielkie, uroczo położone miasteczko Engelberg. Jednym słowem z poziomu 1050 m wjeżdża się docelowo na 3020 m. Zimą można wrócić do punktu startu na nartach - 2 tys. m różnicy poziomów, czyli kilkanaście kilometrów zjazdów, to dla każdego narciarza ogromna frajda.

Trasy narciarskie

Titlis stanowi popularny cel wycieczek, zarówno wśród turystów z zagranicy, jak i Szwajcarów - dla mieszkańców Lucerny, Bazylei czy Zurychu jest najszybciej osiągalnym lodowcem, a zarazem okazją do zdobycia najwyższego punktu w całej centralnej Szwajcarii. Najbardziej doceniają go jednak narciarze - tutejszy lodowiec pozwala na jazdę na nartach przez cały rok. Zimą jest do wyboru 82 km nartostrad obsługiwanych przez 25 wyciągów (główny sezon trwa od połowy listopada do końca maja), latem - gwarantowane jest min. 2 km stoków. Chlubą lodowca jest Ice Flyer - sześcioosobowy wyciąg krzesełkowy reklamowany jako najnowocześniejszy w Szwajcarii.

Na lodowcu i nieco niżej - w okolicach zamarzniętego zimą jeziorka Truebsee (1800 m n.p.m.) - mamy trasy czerwone i jedną czarną, dzięki czemu doświadczeni narciarze narzekający, że lodowce są zwykle zbyt płaskie, tym razem skarżyć się nie będą. Co do tutejszej "czarnej jedynki" na mapce stoków ostrzega się, iż jest ona "ekstremalnie stroma, tylko dla narciarskich ekspertów". Nie da się zaprzeczyć - wąski, faktycznie stromy żleb pokryty wielkimi muldami sprawia, że nawet "eksperci" przystają i zastanawiają się, jak zjechać. Problemem jest przygotowanie tego odcinka - ratrak tu normalnie nie wjedzie. Na początku sezonu wciąga się go na linie, a potem trasę zostawia działaniom sił natury i narciarzy.

Kto woli trasy łatwiejsze niż te na lodowcu, bardzo sympatyczne, i co ważne, przez większą część dnia nasłonecznione stoki znajdzie na niebieskiej trasie z przełęczy Jochpass (2207 m). To także ulubione miejsce snowboardzistów mających tam do swej dyspozycji snowpark i halfpipe.

Inne atrakcje

Słońce to także główna zaleta stoków w rejonie zwanym Brunni - na zboczach przeciwległych do lodowca nazywanych "słoneczną stroną Engelbergu". Inna sprawa, że słońce w tym przypadku to zarazem wada - tam bowiem śnieg topnieje najszybciej. Wyciągami da się wjechać na wysokość 2040 m, przy czym jest sporo atrakcji również nienarciarskich - 10 km zimowych szlaków pieszych, 2,5-km tor saneczkowy, miejsce startu paralotniarzy, a ostatnio jeszcze wysokogórskie... kąpiele. To nie żarty - przed schroniskiem Brunni Hut, na wysokości ok. 1800 m ustawiono prowizoryczny basen, w którym nie zważając na trzaskające mrozy, można pluskać się w wodzie o temperaturze 38 stopni. I to niezależnie, czy świeci słońce, czy niebo rozświetlają gwiazdy. A co do gwiazd - romantycznych i zarazem szalonych propozycji jest tu więcej - np. poprzedzone specjalną kolacją zjazdy na nartach po stokach Titlis przy świetle księżyca. Warto wiedzieć, że o narciarskich wyczynach możemy błyskawicznie poinformować znajomych - w punkcie startowym gondolek na Titlis, w tzw. Salomon Station, ustawiono stanowisko internetowe, z którego można wysłać darmową pocztówkę mailową (widoczek z Titlis) wraz z naszym, wykonanym przez fotokomórkę zdjęciem.

Miasteczko i klasztor

Liczący niespełna 4 tys. mieszkańców Engelberg to najstarsze szwajcarskie uzdrowisko i kurort wakacyjny - pierwszą kolejkę górską wybudowano tu już w 1912 roku. Historia miasteczka związana jest nierozerwalnie z benedyktyńskim klasztorem założonym w 1120 roku. Opaci mieli wolną rękę w rządzeniu doliną aż do roku 1798, czyli do opanowania tych rejonów przez Francuzów. Mimo zawirowań przeszłości i kilkakrotnych pożarów klasztorne mury przetrwały (to jeden z pięciu zachowanych w Szwajcarii klasztorów benedyktyńskich) - dzisiaj mieści się w nich m.in. szkoła religijna. Klasztor można zwiedzać - dwa razy dziennie oprowadza po nim przewodnik. Nawet jeśli nie mamy czasu na taką wycieczkę, zajrzyjmy przynajmniej do kościoła - znajdują się w nim największe w Szwajcarii organy mające 8838 piszczałek. Często odbywają się tu koncerty - 31 marca będzie grana muzyka Chopina.

Bliskość klasztoru nie narzuca Engelbergowi bynajmniej przesadnej powagi i ascetyzmu. Dowodem, że ludzie są tu bardzo otwarci i liberalni, jest impreza, która odbyła się tutaj w styczniu - Międzynarodowy Tydzień Gejów i Lesbijek. Przez cały sezon coś się tu dzieje - a to jakieś zawody, a to zlot samochodów, a to imprezy integracyjne wielkich korporacji. Pozostałością niedawnego spotkania środowiska medycznego jest wybudowana w centrum Engelbergu Wioska Igloo. Osiem śniegowych kopuł, które medykom służyły jako "baza do zdobywania K2" (tak nazwano zadanie, jakie mieli do wykonania), jak tylko długo pozwoli pogoda, będzie służyć jako bary w ramach tzw. apres ski.

Gdzie się bawić

Mimo że na szczęście Engelberg nie jest hałaśliwym, tętniącym rytmem dyskotek kurortem, jest się tu gdzie zabawić. Szczególną popularnością cieszy się bar Yucatan, jak sama nazwa wskazuje, oferujący głównie specjały kuchni meksykańskiej (pyszne tapas!), aczkolwiek najlepsze piwo i tak jest miejscowe. Najważniejsze jednak, że gra muzyka, wszyscy się dobrze bawią i jedyne, co może przeszkadzać, to problem ze znalezieniem miejsca.

W ogóle propozycji na "po nartach" jest sporo - od spacerów po uroczym centrum (liczne sklepiki, stylowe hotele) lub niedalekiej skoczni narciarskiej (- Niedawno skakał na niej Małysz! - mówi z dumą Olaf - zakochany w Szwajcarii Holender pracujący w miejscowej informacji turystycznej), po przejażdżki dorożkosaniami (wersja zależna od warunków atmosferycznych), po emocje kasyna. Miłośnicy historii i etnografii powinni odwiedzić interesujące tzw. Talmuseum mieszczące się w zabytkowym domu z 1786 roku. Urządzone jak za dawnych lat wnętrza przypominają domy naszych babć, ale są też i eksponaty takie jak miecz katowski, broń myśliwska czy kostiumy ludowe (ciekawe, że niemężatki można było rozpoznawać po... spince do włosów).

Z kolei dla tych, którzy nawet po dniu spędzonym na nartach mają jeszcze zapasy energii, są też wieczorne propozycje na jej wyładowanie - w miejscowym kompleksie sportowym można pograć w tenisa lub badmintona, powspinać się na sztucznej ściance albo popływać w basenie. Fani wodnego relaksu mają od tego roku jeszcze inną możliwość - w położonym kawałek za miastem hotelu Eienwaeldli uruchomiono w tym roku nowoczesny ośrodek, w którym można potrenować na siłowni, zafundować sobie solarium lub masaż, ale przede wszystkim skorzystać z dobrodziejstw wody. Sztuczne wodospady to substytut biczy wodnych, doskonale działających na barki zbolałe po nauce jazdy na snowboardzie, a wlewające się z ogromną siłą strumienie wody to rodzaj masażu na mięśnie łydek czy pleców. Jest też kilka rodzajów sauny, jacuzzi, basenik, w którym spacerując w lodowatej wodzie po kamyczkach masujemy sobie stopy, ale hitem jest pomieszczenie, w którym na przemian gorącym i lodowatym natryskom towarzyszą różnorakie zapachy oraz dźwięki - to spokojna, odprężająca muzyka, to grzmoty wiosennej burzy.

Więcej o: