Oczywiście nie sposób sobie wyobrazić Szwajcarię bez serów. Należący do klasztoru zakład ich produkcji to jedna z atrakcji Engelbergu. Tradycja serowarskie sięgają tu XII wieku. W XVI wieku przedsiębiorczy mnisi masowo wysyłali je już także za granicę, a poza tym był to dla nich przedmiot wymiany z innymi klasztorami - w zamian za ser braciszkowie z Engelbergu otrzymywali np. wino.
Dzisiaj także produkuje się tu sery. Jak opowiada właściciel fabryczki, codziennie 25 okolicznych farmerów przywozi świeże krowie mleko, a co się z nim dalej dzieje - zobaczymy na pokazie zakończonym degustacją. Dowiemy się przy okazji, jak wygląda proces pasteryzacji i dlaczego niektóre sery zjada się od razu, a niektóre muszą leżakować nawet ponad dwa lata. Najbardziej mi smakujący serek Engelberger Klosterglocke z pyszną białą skórką, jak się okazuje, musi odczekać osiem dni, przechowywany w stałej temperaturze 16 stopni i w wilgotności 95 proc. Miłą i dobrą smakowo pamiątką, którą można kupić w przyfabrycznym sklepie, jest też ser z dzwonem na etykiecie - tym samym, który można zobaczyć na klasztornym dziedzińcu. Dopełnieniem serowych degustacji powinna być kolacja w którejś z lokalnej restauracji, z zamówionym raclette. Nie mniej istotna od doznań smakowych jest w tym przypadku cała otoczka, czyli przypiekanie sera na podgrzewanym od góry i od dołu blacie. Do tego oczywiście białe wino, najlepiej szwajcarskie. W Szwajcarii produkuje się sporo win, nie promuje się ich jednak specjalnie za granicą, bowiem nawet na potrzeby krajowe jest ich za mało.