Szalony zjazd "drogą śmierci"

Najniebezpieczniejsza droga świata prowadzi z boliwijskiego La Paz do Doliny Yungas. Nigdy nie myślałam, że świadomie i dobrowolnie wybiorę się tę trasę. Opłacało się. Pięciu godzin szalonego zjazdu na rowerze po stromych serpentynach nigdy nie zapomnę, zresztą jeszcze tu wrócę...

Raz kozie śmierć

Już przy wejściu do naszego hostelu w La Paz przywitały nas ogromne plakaty z licznymi zdjęciami i przepięknymi krajobrazami reklamującymi wyprawę na najniebezpieczniejszą drogę świata. W schronisku działało również małe biuro podróży organizujące wycieczki rowerowe po "drodze śmierci". Od samego początku nie opuszczały nas myśli zmierzenia się z "death road". Na krótko przed ostateczną decyzją, postanowiłam zerknąć do Internetu i zebrać kilka informacji. - Trzeba mieć dużo szczęścia i nieźle uważać, aby całym i zdrowym wrócić z takiej wyprawy - przeczytałam w jednym z komentarzy. - Raz kozie śmierć! - pomyślałam i zarezerwowaliśmy dwa bilety na następny dzień. Jeszcze tego samego dnia otrzymaliśmy prawie cały potrzebny sprzęt: kask, rękawiczki, kurtkę, koszulkę rowerową oraz informacje o naszej trasie.

Podróże nad krawędzią Droga prowadząca z La Paz do Doliny Yungas nazywana jest "drogą śmierci" (El Camino de la Muerte). Trasa zaczyna się za stolicą La Paz na wysokości ok. 4700 m n.p.m., a kończy w dżungli na wysokości ok. 330 m. Najwyższy i najniższy punkt dzieli ok. 60 - 69 km. El Camino de la Muerte zbudowali w latach 30-tych ubiegłego stulecia paragwajscy jeńcy wojenni. Jest jedynym połączeniem stolicy La Paz z dżunglą. W 1995 roku Międzyamerykański Bank Rozwoju (Inter-American Development Bank) określił tę trasę mianem "najniebezpieczniejszej drogi świata". Droga pochłonęła setki ludzkich istnień. Niejednokrotnie w dół staczały się autobusy, w których ginęli wszyscy pasażerowie. Trasa prowadzi przez niezliczone ostre zakręty. Pokonując ją, z jednej strony mamy ogromne strome skały, z drugiej przepaść, miejscami aż 500 m w dół.

Początkowo cała droga była bardzo wąska. Tylko w niektórych miejscach możliwe było wyminięcie się dwóch pojazdów nadjeżdżających z przeciwnych kierunków. W końcu najniebezpieczniejsza część El Camino de la Muerte została zamknięta. Na jej miejsce powstała nowa, asfaltowa droga, biegnąca innym szlakiem. Od dwóch lat właśnie ta zamknięta część przyciąga turystów, którzy, tak jak my, chcą na niej spróbować swojego szczęścia. Pięć godzin szalonej jazdy Następnego dnia, po nałożeniu na siebie profesjonalnych strojów rowerowych o godz. 7 rano spotkaliśmy z naszym przewodnikiem Marcelem. We trójkę udaliśmy się w kierunku samochodu, gdzie czekały na nas rowery i kierowca Rene. Po około pół godzinie jazdy samochodem dotarliśmy na szczyt La Cumbre (ok. 4700 m n.p.m.). Właśnie z tego miejsca miała zacząć się nasza przygoda rowerowa. Marcel krótko wyjaśnił nam reguły gry: Odcinek, który mamy do pokonania rowerami, wynosi ok. 60 km. Połowa dystansu to nowa, asfaltowana droga, na której odbywa się normalny ruch drogowy. Druga część nie jest asfaltowana i przed dwoma laty została zamknięta dla samochodów i autobusów. Za nami cały czas będzie w samochodzie jechał Rene.

Tak oto zaczęła się przygoda, której na pewno nigdy nie zapomnę. Zjazd ze stromej góry trwał pięć godzin! Od czasu do czasu robiliśmy krótkie przerwy na napicie się wody i podziwianie widoków. Cały czas towarzyszyła mi mieszanka euforii i strachu, który robił się jeszcze większy na widok licznych krzyży postawionych przy drodze ku pamięci ofiar, które straciły tutaj życie.

Mój, zdecydowanie wolniejszy i ostrożniejszy, styl jazdy nie pozwalał chłopakom bardziej się rozpędzić, jechać prawie bez naciskania na hamulec. Zgodnie z zasadami bezpieczeństwa nasza mała grupa nie mogła się rozdzielić. Dlatego, marząc również o chwili wypoczynku, postanowiłam przejechać kilka kilometrów z Rene, w samochodzie. Dopiero wtedy, nie będąc zmuszona do mocnego naciskania hamulców, mogłam w pełnej krasie podziwiać zapierające dech w piersiach i równocześnie napędzające strach widoki. Brudni i śmiertelnie zmęczeni, ale również dumni i zadowoleni dotarliśmy około 2 popołudniu do małego hotelu, gdzie czekały na nas prysznice, basen i obiad. Ze zdziwieniem obserwowaliśmy, jak bardzo zmienił się otaczający nas krajobraz. Gór prawie nie było widać. Powietrze zrobiło się gorące i wilgotne. Wszystko dookoła nas intensywnie się zazieleniło. Obok nas rosły banany, papaje i palmy kokosowe, a przy jedzeniu towarzyszyła nam zielona papuga.

Emerytura boliwijskiej Drogi Śmierci w serwisie kolumber.pl

Ceny: Koszt wyprawy: 400 bolivianos (ok. 55 dolarów) od osoby. W cenę wliczone jest śniadanie, sprzęt - profesjonalne rowery, ubranie; prysznic, obiad i basen po zakończeniu zjazdu oraz transport samochodem z powrotem do La Paz. Za pokój dwuosobowy w hostelu zapłaciliśmy ok. 30 bolivianos (ok. 4 dolarów)

TEKST I ZDJĘCIA: AGATA SUŁKOWSKA

Więcej o: