Jakucja

Ewenkowie, zwani też Tunguzami, są jednym z kilkudziesięciu ?małych narodów? zamieszkujących terytorium Federacji Rosyjskiej. Pierwotnie Ewenkowie zajmowali się myślistwem i hodowlą reniferów. Dziś zaniedbane tradycje ojców kontynuuje niewielu z nich.

Toho znaczy ogień

- Ogień trzeba karmić - tłumaczy Aleksiej, rzucając w ognisko kawałek chleba lepioszki. - Na każdym postoju od nowa. Inaczej duch ognia się rozgniewa. Albo przyjdzie iczi - zły. Idziemy przez góry Udokan w południowej Jakucji. Już drugi dzień marszu na północ od kolei - Bajkalsko-Amurskiej Magistrali nazywanej tutaj po prostu żelezką. Niegdyś tereny te przemierzały tysięczne stada reniferów będących podstawą egzystencji koczowniczego ludu Ewenków zwanych też Tunguzami. Władza radziecka upaństwowiła stada, zakładając kołchozy, a ludność zmuszono do stałego osiedlenia się. Dziś rzadko już kultywowane są kilkusetletnie tradycje tego niegdyś wędrującego ciągle ludu. Trudno też spotkać duże stada reniferów zwanych z rosyjska oleniami. Nam się udało. Nasz przewodnik Aleksiej, choć słabo zna ewenkijski, uważa się za Ewenka. W bogatym świecie wierzeń owego ludu szczególną czcią otacza się ogień. Nie wolno dotykać płonących drew nożem ani też zapominać o "karmieniu" płomieni na każdym z postojów w czasie wędrówki. Ewenkowie nasłuchują dźwięków dochodzących z płonącego ogniska - jeżeli wieczorną porą słychać wśród płomieni ludzkie głosy, jest to zapowiedzią rychło nadchodzącego nieszczęścia. Jeśli ogień "mówi" rano, zwiastuje pomyślność. Nie należy też według ich przekonań palić zdjętych z ran opatrunków, gdyż rana długo nie będzie się wówczas goić. Przy ogniu dokonuje się też obrzędu karmienia sobola mającego zapewnić powodzenie na łowach. Latem ogień daje zbawienny dla reniferów dym, pozwala odgonić dokuczliwe meszki i komary, zimą zaś umożliwia przetrwać czterdziestostopniowe mrozy. Zrozumiały jest więc ów wielki szacunek dla toho i kult, którym się go otacza.

Dokuczliwe meszki i komary

Po trzech dniach marszu dochodzimy do niewielkiej, lecz wysoko położonej doliny, gdzie pasie się stado. - Świstaj, świstaj. Żeby wiatr usłyszał - zachęca mnie pewnego dnia Żenia, dawny brygadier oleniowod w sowieckim kołchozie. Widząc moje zdziwienie, odpowiada: - Wiatr usłyszy, przyjdzie i odgoni meszki - po czym sam zabiera się gorliwie do gwizdania. Żenia już od czterech lat nie był w rodzinnym domu. Włóczy się po okolicznych górach, doglądając stada i polując. W rodzinnej Tiani czeka na niego brat. Zobaczą się już niedługo, by pić krew świeżo zabitego renifera, jak nakazuje stary obyczaj po tak długim okresie rozłąki.

Renifery przyszły do ludzi

Rzeczywiście - jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wiatr odpowiada na nasze gwizdanie zbawiennym powiewem. Żenia uśmiecha się tajemniczo i porozumiewawczo. Nie trzeba już wymachiwać rękami, by chronić się przed dotkliwymi ukąszeniami meszek. Są one dla reniferów równie niebezpieczne jak wilki bądź niedźwiedzie. To właśnie w ucieczce przed meszkami i komarami stado wędruje wiosną i latem w góry. Rośnie tam przysmak oleni, jegiel - porost z rodzaju chrobotka - oraz górskie zioła. Zimą renifery muszą dobywać pokarm spod śniegu, dlatego ważny dla nich jest występujący tu również nadrzewny porost z rodzaju brodaczki. Poszukiwanie pokarmu dla reniferów, polowanie i masowe występowanie insektów determinowały koczowniczy tryb życia Ewenków.

Do przeszłości należą widoki tysięcznych stad pasących się na ogromnych obszarach Wyżyny Środkowosyberyjskiej pomiędzy Jenisejem a Morzem Ochockim. Dziś po ówczesnych koczownikach zostały ledwo widoczne ścieżki, nienaturalne stosy kamieni służące za spiżarnię czy resztki ogrodzeń, w których ujeżdżano renifery bądź spędzano rodzące matki.

- Oleń sam przyszedł do człowieka - opowiada Żenia. - Ludzie go nie schwytali. Dawno temu była ciężka zima. Renifery były bezbronne. Przyszły, żeby ochronić się przed wilkami - Ewenkowie wierzą w to do dziś. Dawniej obecność tych zwierząt decydowała wręcz o ich życiu, dawały bowiem mleko, mięso, skóry do okrycia zimowego mieszkania zwanego czumem, ale także tłuszcz do lamp czy kości do budowy siodeł i przedmiotów codziennego użytku.

Niezastąpiony środek transportu

W trudnych warunkach górskich renifery to niezastąpiony środek transportu. Są niezwykle wytrzymałe, spokojne i łagodne. Problemy sprawiać mogą jedynie rwące się do ssania kilkumiesięczne cielaki zwane aminokan lub dojone matki.

Mietakan znaczy głowa renifera

Mietakan w języku Ewenków znaczy głowa renifera. Tak nazywa się ród - plemię, z którego pochodzi Aleksiej. Dawniej każdy z rodów użytkował własne doliny i grzbiety górskie, których granic należało przestrzegać. Nie były więc rzadkością walki i potyczki o miejsce wypasu stad, jednak nie tak wyniszczające dla Ewenków były owe niesnaski jak alkohol, który pojawił się wraz z rosyjskimi kupcami. Całe stada oddawano za wódkę lub przegrywano w karty.

Tajga bez zwierzyny

- Są oleniowody i oleniojedy - mówi ze złością Aleksiej. Wraz z nastaniem władzy radzieckiej zaczęto zmuszać Ewenków do porzucenia koczowniczego trybu życia. Dzieci zabierano do szkół z internatami. Zapominały tam rodzimego języka, wracając do tajgi na wakacje, nie potrafiły sobie radzić. Dziś osiadłych w wioskach koczowników niszczy alkohol i bezczynność. Nic dziwnego, że ani Rosjanie, ani ich północno-wschodnia żelezna daroga - BAM - nie cieszy się wśród Ewenków sympatią. - Im dalej od kolei, tym lepiej, do niczego nam ona nie jest potrzebna - powtarzają. Kolej jest poważną przeszkodą dla migrujących z południa zwierząt, przede wszystkim dzikich renów zwanych z rosyjska sokżoj. Nierzadkim widokiem w sąsiedztwie torów są gorelniki - ogromne połacie spalonej tajgi. Są to obszary, gdzie trudno o zwierzynę, a przecież Ewenkowie to także świetni myśliwi.

Świetni myśliwi i rybacy

Przez stulecia egzystencji w tak wiele wymagającym od człowieka klimacie posiedli cechy nam obce. Są mistrzami w rzucaniu arkanem, łowieniu ryb, tropieniu i polowaniu. Imponują znajomością zwyczajów i zachowań zwierząt, co w połączeniu z niewiarygodną wprost wytrzymałością czyni ich myśliwymi pośród myśliwych.

Wielkie łowy

- Biełkę w głaz - śmieje się Alosza, trafiając ze swojej rusznicy w pudełko zapałek ustawione w imponującej odległości. Kiedyś od takich umiejętności zależało życie i przetrwanie ich rodzin. Dziś polowanie, choć straciło być może swój dawny charakter, jest jednak wciąż powszechnie uprawiane. Skóry i mięso upolowanych zwierząt dla wielu są jedynym źródłem dochodu i utrzymania. Wielkie łowy zaczynają się jesienią. Padają niedźwiedzie, łosie, dzikie renifery i rzadkie już rosomaki. Butelki po wódce napełniane są cennym, dobrym na wszelką dolegliwość tłuszczem świstaków. Drogie, bo ponad tysiąc rubli za sztukę, skórki soboli na pewno znajdą nabywców, zaś tuszę wielkiej zwierzyny można zamienić na mąkę w sklepach bądź u górników w kopalni złota dostać za nią amunicję, nóż, wódkę. Od nowego roku polowanie przybiera nieco inną formę - wysokie pokłady zalegającego śniegu poważnie utrudniają myśliwym poruszanie się, toteż przy pomocy tzw. kapkanów chwytają oni zwierzęta futerkowe, przede wszystkim sobole.

Kamień z tłuszczu i sierści

- Niektórym dobrym ludziom - opowiada Żenia - udaje się znaleźć w dobytej zwierzynie dziwny kamień z tłuszczu i sierści. Jeśli myśliwy znalazł go w łosiu, znaczy to, że odtąd będzie mu się szczęściło w polowaniu na niego. Jeśli kamień został znaleziony w świstaku, myśliwy może być pewien, że nie zadrży mu ręka, gdy będzie do niego mierzyć. Ów tajemniczy kamień myśliwy powinien nosić przy sobie, przytroczyć do siodła bądź ukryć w namiocie, tak aby nie zginął, gdyż wówczas szczęście się odwróci. Wśród wielu zwierząt tu żyjących są i takie, które posiadają status nietykalnych. Otóż nie wolno strzelać do pływających i latających parami łabędzi, zaś broń, z której zabito orła, nigdy już nie będzie bić celnie.

Nieskończona pieśń

O czym śpiewa Żenia, prowadząc nasz mały pochód przez górską modrzewiową tajgę w kierunku kolei? Pośród niezrozumiałych dla nas i dziwnie brzmiących ewenkijskich słów rozróżniamy nasze śpiewane po rosyjsku imiona. Okazuje się, że jest to dawno już przez przodków zaczęta, wciąż kontynuowana i chyba nigdy niekończąca się pieśń o tym, co go otacza, co widzi i słyszy. Pieśń o tajdze i jej mieszkańcach, o dzikich i wszędzie tu obecnych górach, o niezliczonych stadach reniferów, w końcu także o nas - przybyszach z dalekiego kraju. Nikt nie zapisuje tych powstających w czasie wędrówki tekstów. Powstają i są śpiewane tylko jeden raz. Ten znamienny dla ludów Syberii zwyczaj praktykowany jest, o dziwo, zarówno przez mieszkańców rozległych azjatyckich stepów, niedostępnych górskich obszarów Wyżyny Środkowosyberyjskiej, a nawet żyjących na dalekim północnym wschodzie Czukczów.

Nagle śpiew Żeni wzmaga się, a my zaczynamy szczególnie głośno gwizdać. Powoli zbliżamy się do miejsca, gdzie kilka tygodni temu padł jeden z naszych reniferów. Zwłoki zwierzęcia to łatwy łup dla licznych tutaj niedźwiedzi, a nagłe spotkanie z tym drapieżnikiem to jedno z największych niebezpieczeństw tajgi. Choć nie spotykamy gospodarza Tajgi - jak żartobliwie nazywają go tubylcy - to jednak widok resztek jego zaiste niedźwiedziej uczty budzi strach i respekt. Przez najbliższe kilka dni stajemy się szczególnie wrażliwi na spotykane podczas marszu podejrzanej wielkości tropy i niewiadomego pochodzenia nocne szmery.

Tajga jest prawem, a niedźwiedź prokuratorem

Kiedy przed trzema tygodniami padł jeden z jucznych reniferów, przewodnik zareagował często powtarzanym, choć wstrzemięźliwym "tajga zakon" - tajga jest prawem. Na koniec podróży usłyszeliśmy, jak kończy się owo powiedzenie: - "a miedwied prokuror" - a niedźwiedź prokuratorem.