Antarktyda da się lubić

Lód. Tak ?pieszczotliwie" nazywali Antarktydę badacze i odkrywcy. Lodowa pustynia od zawsze rozpalała wyobraźnię... i schładzała podróżnicze ambicje. Ale i tak każdy kiedyś marzył, aby stawić czoła żywiołom i pójść śladami Mawsona, Shackletona czy Arctowskiego. I choć samodzielna eksploracja bieguna południowego to zajęcie tylko dla podróżników ekstremalnych, od dobrych kilkunastu lat aby odwiedzić pingwini i foczy raj nie trzeba być wytrwałym.

Łukasz jest kolejnym czytelnikiem, którego relację publikujemy w serwisie. Jeśli chcesz opublikować swoją podróż w bermudach, napisz do nas: bermudy@g.pl

Ba, nie trzeba być nawet w formie. Wystarczy udać się w turystyczny rejs. Najłatwiejszy - i najtańszy - dostęp do Wielkiego Lodu zapewnia argentyńska Ushuaia i chilijskie Punta Arenas. Nasz statek - pływający pod rosyjską banderą "Polaris" - wyruszył z Ushuai, skąd to Półwyspu Antarktycznego jest najbliżej - co wcale nie znaczy, że blisko.

AntarktydaAntarktyda Łukasz Olczyk

Do pokonania mieliśmy przecież rozciągającą się za Przylądkiem Horn Cieśninę Drake'a, znaną z kapryśnej pogody i trudnych warunków. Ponieważ przeprawa zajmuje bez mała 2 dni, już pierwszej nocy 1/3 pasażerów zaległa na kojach z objawami choroby morskiej, a nasz lekarz miał ręce pełne roboty. Potem jednak było coraz lepiej. Tych, którzy odważyli się wytknąć nos na pokład, witać zaczęły pierwsze albatrosy. W dole na falach skakały pingwiny, a gdzieniegdzie pyszczek wychylały też ciekawie foki. Pod wieczór drugiego dnia właściciela znalazł szampan, obiecany przez kapitana osobie, która wypatrzy pierwszą górę lodową. Krajobraz zmieniał się powoli ale radykalnie. Olbrzymie tafle lodu otaczające nasz statek układały się w pejzaże jak z filmów George'a Lucasa. A potem spadł jeszcze śnieg i Polaris wzbogacił się o bałwana pokładowego.

AntarktydaAntarktyda Łukasz Olczyk

Z powodu złej pogody pierwsze lądowanie (lodowanie?) się opóźniło, ale i tak było wielką przygodą - stłoczeni w kruchych pontonach tańczących na lodowatych falach, grupami schodziliśmy na ląd, przyjmowani gościnnie przez pingwiny, słonie morskie, foki Weddella i lamparty morskie. Bywało też, że z morskich fal zapraszająco machały ogonami wieloryby. W takich sytuacjach, oprócz jęków zachwytu i strzałów migawek, panowała zwykłe błoga cisza. Po każdym powrocie na statek na przemarzniętych czekała oczywiście gorąca herbata i podwieczorek.

AntarktydaAntarktyda Łukasz Olczyk

Później wspięliśmy się jeszcze na kalderę wygasłego wulkanu, odwiedziliśmy porzucone bazy wielorybnicze i wpadliśmy z towarzyską wizytą do brazylijskiej bazy polarnej Comandante Ferraz (zresztą niemalże sąsiadującej z polskim "Arctowskim"), gdzie stęsknieni wizyt gospodarze powitali nas nader radośnie. Na odważnych czekał jeszcze gwóźdź programu - kąpiel w lodowatej toni Oceanu Południowego (woda 1°C, wiatr 45 węzłów). Niżej podpisany zanurzył się na całe 28 sekund i przeżył. Jeśli dodam do tego, że większość czasu spędzona z musu na pokładzie statku wypełniona była arcyciekawymi wykładami na wszelkie tematy antarktyczne, chyba już mało kto będzie wątpić, że rejs był warty swej wysokiej ceny. Nie każdy przecież może być Markiem Kamińskim - i to właśnie dla pozostałych śmiertelników jest to lodowe safari..

AntarkytdaAntarkytda Łukasz Olczyk

Ceny (sezon 2007/2008): od $4.000 USD w za rejs do Półwyspu Antarktycznego trwający 10-11 dni ("cena last minute") od $7.000 USD za 21-dniowy rejs uwzględniający też Georgię Południową i Falklandy Dłuższe i droższe rejsy dostępne są również z nowozelandzkiego Invercargill.

AUTOR: ŁUKASZ OLCZYK

ZDJĘCIA: ŁUKASZ OLCZYK i JOANNA ŁUCZAK

BLOG ŁUKASZA >>

Zobacz też:

Największa zamrażarka na świecie?

Więcej o: