Joanna Mostowska, studentka, podróżniczka

Serce zostało w Tybecie, krainie coraz częściej odwiedzanej przez turystów, ale wciąż mało znanej, mistycznej

Zawsze pociągał mnie Dach Świata, niesamowita, czerwona plama w atlasie. W tym roku udało mi się spędzić w Tybecie dwa miesiące (kwiecień i maj), przemierzając go na rowerze. To było duże przeżycie - znaleźć się w miejscu, o którym marzyło się od dzieciństwa. I choć wiele wyobrażeń nie zgodziło się z rzeczywistością, moje serce zostało właśnie tam. Zauroczyły mnie górskie, niekiedy bajkowe krajobrazy. Z wciśniętych pomiędzy skały klasztorów, pomalowanych na biało lub czerwono słychać było mantry, łopotały kolorowe flagi modlitewne. Na tle szarych gór można było czasem dostrzec sylwetki mnichów w czerwonych szatach. Pomimo inwazji chińskiej pół wieku temu kultura Tybetu przetrwała, szczególnie w małych wioskach. Ludzie są tam niezwykle gościnni i pomocni, zawsze byli wobec mnie bardzo serdeczni. Wydają się szczęśliwi i bardzo zżyci z trudnym środowiskiem. W ich roześmianych twarzach kryje się też niezwykły spokój. Każdy dom ma pięknie ozdobione okiennice, drzwi i pomalowane na kolorowo meble. Kobiety chodzą w spódnicach i barwnych fartuchach w paski, noszą mnóstwo ozdób - naszyjniki, bransoletki i kolczyki z turkusów i korali.

Niezwykłym przeżyciem była pielgrzymka (kora ) wokół góry Kailash, miejsca czczonego zarówno przez buddystów, jak i przez hinduistów. Kora , która ma oczyszczać duszę, trwa kilka dni - pielgrzymi kręcą młynkami modlitewnymi, przechodząc obok setek kamieni mani z wyrytymi modlitwami, wśród modlitewnych flag. Na nocleg można zatrzymać się w jednym z dwóch klasztorów, które leżą na trasie pielgrzymki. I ja też tak zrobiłam. Kilku sympatycznych mnichów przygotowało mi posłanie i kolację. Najmłodszy mnich, kiedy zostaliśmy na chwilę sami, wyciągnął z rękawa zdjęcie i szepnął mi na ucho: "Dalajlama".

Niezapomniany dzień miał miejsce...

w zachodnim Tybecie. To było już po pół roku moich samotnych podróży po Azji, w trzecim tygodniu jazdy na rowerze przez Tybet. Zziębnięta i wyczerpana drogą dotarłam do wioski złożonej z trzech domów. Przed jednym z nich stała rodzina, przyjaźnie do mnie machając. Zaprosili mnie na herbatę z masłem z mleka jaka. Zbudowany z kamieni i gliny dom miał tylko z jedną izbę, w której spała cała rodzina. Na środku stał piec (co chwila ktoś dosypywał doń wysuszonych odchodów jaka), a dookoła rozłożone były posłania ze skór i koców. Żadnych mebli, tylko jakaś skrzynka, szafka i kilka garnków. Umorusane dzieci z rozciętymi portkami (rozcięcia pełnią funkcję "pieluch") bawiły się kamykami na podłodze. Rodzina wydawała się żyć szczęśliwie: mieli duże stado jaków i owiec, które dają mięso, skórę, wełnę i opał. Na kolację dostałam suszone mięso jaka, placki i co najmniej kilkanaście filiżanek herbaty, bo gdy tylko wypijałam łyk lub dwa, dolewano mi znów do pełna. Chętnie przystałam na propozycję, by zostać na noc. Pomimo bariery językowej świetnie porozumiewaliśmy się na migi. Wieczorem cała rodzina śpiewała tybetańskie pieśni. Kiedy wszyscy już się położyli, najmłodszy, może trzyletni chłopiec wstał, wyszedł na zewnątrz i po chwili wrócił z malutką owieczką pod pachą. Wszedł z nią pod koc, pokazując mi, że tu będzie jej cieplej niż na dworze.

Dojechałam tam...

na zwykłym rowerze kupionym w północno-zachodnich Chinach, skąd wyruszyłam do Tybetu. Trasa nie była łatwa, trzeba było wdrapać się na Płaskowyż Tybetański, na ponad 4 tys. m n.p.m. Nie lada wyzwanie stanowiła sama droga - pełna żwiru, kamieni, piasku, błota, przerywana strumieniami, prowadząca przez przełęcze na wysokości ponad 5 tys. m. Trzeba też było znosić zimny, przenikliwy wiatr, a czasami i śnieg. Mogłam zabrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy (ubrania, które miałam na sobie, namiot, śpiwór, w sumie kilka kilogramów) - musiały mi wystarczyć na dwa miesiące. Na szczęście udało się przejechać bez większych problemów około 3 tys. km przez zachodni Tybet do Lhasy, a potem do Nepalu. Rower, z którym zżyłam się niemal jak z przyjacielem, z żalem sprzedałam w Katmandu.

Najlepsze wakacje spędziłam...

w Norwegii parę lat temu, kiedy byłam jeszcze w liceum. Przejechałam autostopem cały kraj, od Przylądka Północnego do Oslo. Najbardziej podobały mi się góry Jotunheimen, najwyższe w północnej Europie, oraz Finnmark, północny kraniec Skandynawii. Zauroczyły mnie wielkie, bezludne przestrzenie, stada reniferów, małe skupiska kolorowych, drewnianych domków i oczywiście słynne fiordy. To był mój pierwszy długi, samotny wyjazd. I chyba wtedy połknęłam podróżniczego bakcyla

W Polsce lubię...

Karkonosze. Byłam tam kilka razy na górskich wędrówkach i to miejsce jest mi bliskie. Zresztą każdy znajdzie tu coś dla siebie - prócz górskich wypadów można wybrać wspinaczkę, jazdę na nartach czy pobyt w uzdrowisku. Poza tym doceniam miejsca przystosowane dla niepełnosprawnych turystów, a w Karkonoszach można znaleźć pensjonaty z udogodnieniami dla osób na wózkach i wybrać się na obóz wspinaczkowy dla niepełnosprawnych.

Mój ulubiony hotel...

to własny namiot. Na szczęście potrafię spać jak suseł w każdych warunkach - w pociągach, samolotach, łódkach, nawet na ławce, a to bardzo ułatwia podróżowanie. W miastach staram się znaleźć tanie hoteliki lub schroniska, a poza nimi najlepiej mieć własny namiot i zasypiać przy szmerze strumyków, szumie liści czy cykaniu świerszczy.

Niebo w gębie poczułam...

na wybrzeżu Tajlandii. Bardzo mi przypadło do gustu bogactwo ryb, owoców morza, świeżych warzyw i fantazyjnie powycinanych owoców. Dania można kupić na ulicy, wprost z wystawionych na chodnik garnków, pokazując palcem, na co ma się ochotę. Moja ulubiona potrawa to Kung Manau - surowe krewetki z ostrym sosem polane sokiem cytrynowym oraz Tom Kha Gai - ostro-kwaśna zupa z kurczakiem gotowana na mleku kokosowym.

Na wyprawę zawsze zabieram...

walizkę poczucia humoru, torbę uśmiechów, worek cierpliwości i spokoju, garść kobiecej intuicji. I koniecznie oczy i uszy - otwarte na wszystko, co nowe i niezwykłe. Poza tym jeżdżę z małym, pluszowym pieskiem, z którym zawsze mogę pogadać podczas samotnych wypraw.

Nigdy więcej nie powrócę do...

Nie ma takiego miejsca. Każde, w którym byłam, miało swój urok. Ale rzeczywiście moja ciekawość świata sprawia, że wolę jeździć wciąż gdzie indziej. Myślę więc, że do wielu miejsc nie powrócę, ale wcale nie dlatego, że nie chcę

Wkrótce będę w drodze do...

Bartnego w Beskidzie Niskim, krainy rozległych, wciąż dzikich gór, niezwykłych zabytków kultury łemkowskiej oraz tysiąca szlaków pieszych i rowerowych. Nadal można tu odkrywać nowe miejsca.

Wymarzony cel podróży:

Jest ich mnóstwo. Od dziecka lubię jeździć palcem po mapie, więc w głowie mam setki obmyślanych tras. Numer jeden to Patagonia. Marzy mi się, by stanąć na przylądku Horn, na krańcu świata.

Joanna Mostowska odbyła trwającą dziewięć miesięcy samotną podróż po Azji, odwiedzając Indie, Tajlandię, Kambodżę, Wietnam, Chiny i Nepal; jako pierwsza Polka przejechała Tybet na rowerze - od chińskiego Kashgaru po nepalskie Katmandu. 11 grudnia o godz. 20 w warszawskim klubie Dobra Karma przy ul. Górczewskiej 67 pokaże swoje slajdy z Indii. Więcej o wyprawie:

www.azjatyckiebrzmienia.blox.pl

Więcej o: