Wybierając się na dalekie wyprawy, próbowałem odszukać własne prazwiązki z naturą. Nauka stwierdza, że kolebkę pierwszych istot ludzkich otulał klimat na wpół tropikalny, zwłaszcza egzotyczne krainy wyraźnie przywołują wizję zaginionych światów i uczucie powrotu do "rodzinnego domostwa". Wędrówka przez puszczę jest więc rodzajem podróży metafizycznej, wtapianiem się w pierwotną matrycę przyrody. Ciekawiły mnie miejsca, które nie uległy wielkiej przemianie, mimo upływu stuleci. To jest jak przeniesienie się wstecz o tysiące lat. Kierowała mną chęć zrozumienia sposobu myślenia i wierzeń naszych przodków, poszukiwanie korzeni ludzkości, a więc i swoich.
plecak i spluwę. W 1939 r. dostałem od ojca pierwszy pistolet i odtąd już zawsze jakiś miałem. Nie zdarzyło mi się żadnego użyć w czasie podróży, ale trzymałem go za paskiem na wszelki wypadek. Dzięki temu czułem się spokojnie.
przeżyłem kiedy złapałem anakondę. W dżungli węże jadowite i niejadowite spotykaliśmy codziennie. A jednak trzymanie wielokilogramowego węża to szczególne przeżycie. Łapaliśmy go we trzech, gołymi rękami, musieliśmy chwycić tuż za głową. Mój przyjaciel, który wychował się w puszczy, ośmielał nas i dodawał odwagi, jednak złapanie potężnej anakondy czy boa dusiciela wymaga wprawy i sporego wysiłku.
Mam ich w domu mnóstwo: uprząż dla wielbłąda z Azji, zatrute kurarą strzały, prasłowiańskie miski z Gór Pieprzowych, gabloty z motylami z całego świata, monety z XIII w., które znalazłem w Polsce. Ale moją ulubioną jest pióropusz Tahuasamba, który kupiłem w wiosce słynącego z okrucieństwa plemienia Hiwarów w Ekwadorze. Jest zamontowany na siatce jak peruka, wyplatany czerwonymi i żółtymi piórkami. Szkoda tylko, że dla zrobienia takiego pióropusza trzeba zabić ok. 100 tukanów - mają po jednym czerwonym piórku.
Zawsze najchętniej jadłem owoce. Nie mogę wymienić jednego ulubionego, gdyż w lasach tropikalnych są ich dziesiątki: banany, figi, ananasy, daktyle, drzewa jabłkopodobne, gruszkopodobne, morelopodobne... Unikałem mięsa i jadłem wszystko to, co jedli miejscowi i widziałem, że nie umierali.
Sandomierszczyznę, gdzie się wychowałem. Opodal Sandomierza leży wzgórze w formie regularnego ostrosłupa o trójkątnej podstawie. Na jego szczycie wyryty jest napis: "Salve Regina", od którego wzięło nazwę. Kiedyś było to miejsce kultu pogańskiego, a od średniowiecza - katolickiego. W moich gimnazjalnych czasach okolice kurhanu były idealnym miejscem na randki. Tam nie sięgał już wszechwidzący wzrok profesora-katechety.
na Krecie. Spodziewałem się dużo więcej po tym miejscu. Wszędzie są parszywi turyści, którzy niszczą przyrodę, pierwotność i świat, który był. Ludzie zwiedzają tam tylko najmniej ciekawe miejsca, nastawiają się na północne i zachodnie wybrzeże, a to południowa i wschodnia część wyspy jest najciekawsza i najdziksza.
Chciałbym wrócić do dżungli, ale tam, gdzie nie ma turystów. Musiałbym się dowiedzieć, czy jest jeszcze takie miejsce, do którego nie dotarli. Może gdzieś w środkowej Ameryce Południowej, bo tam są najdziksze puszcze?
Stanisław Szwarc-Bronikowski (ur. w 1917 r.) - autor ponad 100 filmów o tematyce podróżniczej, etnograficznej i religioznawczej, laureat Super Kolosa 2003