Tabu zostało zniesione

Rozmowa 9. O tym, kto wychodzi na kairskie ulice, i co im za to grozi

Na spotkanie z Hossamem Bahgatem, szefem i założycielem Egipskiej Inicjatywy na rzecz Praw Obywatelskich, umówiłam się ze sporym, przedświątecznym wyprzedzeniem. Do jego biura w prestiżowym Garden City, pełnym willi otoczonych zielonymi ogrodami, taksówkarz zabrał mnie chętnie, choć nie bardzo miał pojęcie, gdzie dokładnie ma mnie dostarczyć. Ja rzecz jasna też nie wiedziałam, ale kairscy taksówkarze zawsze sobie dadzą radę - na każdym skrzyżowaniu już w Garden City pytał, gdzie jechać dalej. I trafił, gdzie trzeba.

Na budynku ani na furtce nie ma numeru. W środku odrapane ściany - klatka schodowa wygląda raczej jak squat niż biurowiec. Do samego biura też nie łatwo trafić, bo nie ma numerów na drzwiach. Na szczęście do czego są sąsiedzi! Kiedy o 13.03 do pokoju, w którym czekam na Bahgata wchodzi młoda dziewczyna, już wiem, że nie jest dobrze. - Przykro mi, ale Hossam nie dotrze na spotkanie. Negocjuję przez chwilę zmianę terminu (mam aż trzy świąteczne dni do zaoferowania zanim wyjadę do Indii, taaak). Odpada. Nie lubię łatwo się poddawać, ale kiedy słyszę powód nieobecności Bahgata, nie mam innego wyjścia. Soha Abdelaty, wiceszefowa Inicjatywy: - Hossam musiał pojechać do prokuratury. Wczoraj w gazetach ukazał się artykuł, że prezydent ratyfikował karę śmierci dla trzech skazanych w procesie bomb z Taby. Chodzi o zamach bombowy w kurorcie na granicy z Izraelem, w którym zginęły 34 osoby. Proces uważacie za sfingowany. - Tak. My i Afrykańska Komisja Praw Człowieka uważamy, że to nie był sprawiedliwy proces - podpisy na zeznaniach wymuszono torturami, wcześniejsze zeznania nie zgadzają się z późniejszymi. Nikt nam jeszcze nie potwierdził oficjalnie tej informacji. Hossam pojechał do prokuratury dowiedzieć się czegokolwiek. Jest kilka możliwości. Jeśli prezydent podpisał zgodę na karę śmierci, skazani mogą być w każdej chwili straceni. Wtedy można starać się o prezydencką łaskę albo o zamianę kary śmierci na więzienie. Jeśli prezydent podpisał karę śmierci kilka miesięcy temu, to może oznaczać, że wcale nie ma zamiaru jej wykonywać. Niektórzy latami siedzą w celach śmieci czekając na stracenie. Naprawdę trudno się połapać, o co może chodzić naszemu rządowi. W ubiegłym tygodniu znów został aresztowany Mohamed El-Derini, szyita, który napisał książkę o torturach w egipskich więzieniach. Gazety pisały, że mu pomagacie. - Zapewniamy mu prawnika. Teraz aresztowali go pod zarzutem obrazy ogólnych zasad islamu. Ale oczywiście nie o to chodzi. El-Derini jest szyitą. A z wolnością wyznania jest u nas nie za bardzo. Albo jesteś sunnitą, albo jesteś odstępcą od wiary. A El-Derini już wcześniej był oskarżany o obrazę prezydenta. Chodzi o książkę "Stolica piekła". - Tak. To nie jest jego pierwszy raz w więzieniu. W książce opisał to, co widział, i co mu opowiadali współwięźniowie. Nowy raport Amnesty International dokumentuje to, o czym my mówimy już od jakiegoś czasu. Tortury są w egipskich więzieniach powszechne. I nie dotyczą tylko opozycji politycznej. Zabierają człowieka z ulicy, biją, rzucają nim po pomieszczeniu, rozdzierają skórę kluczem, przypalają papierosami, ale używają też elektrowstrząsów, podwieszają pod sufitem. W ciągu ostatniego roku wielu ludzi nabrało odwagi i zaczęło o tym mówić. Wszczęto wiele postępowań w sprawie tortur. Dam przykład słynnej sprawy Ahmeda El-Kebira. To kierowca autobusu, który stanął za swoim kuzynem w sporze z policjantem. Policjant zabrał go na komisariat, pobił, zgwałcił kijem, nagrał to telefonem komórkowym i porozsyłał w internecie, żeby dać mu nauczkę. Kierowcy wytoczono sprawę za grożenie policjantowi zbitą butelką. Ale kłopoty mają nie tylko szyici, bahaici, którzy nie dostają dokumentów, ale też sunnici - radykalni sunnici, egipskie Bractwo Muzułmańskie. Wspieracie ich jak mają kłopoty. - Reagujemy w każdym przypadku zagrożenia wolności wyznania. Nie musimy popierać tego, co robią, ale każdy powinien mieć możliwość wiary, w co mu się podoba. Oni często są zatrzymywani za pranie brudnych pieniędzy albo jako członkowie nielegalnej organizacji. Obojętnie czy wierzysz w ich sprawę czy nie, trzeba im pozwolić na sprawiedliwy proces. Dopiero wtedy można zacząć mówić o ekstremizmie. Przecież oni mają 80 członków w parlamencie. Oczywiście nie jako Bractwo Muzułmańskie. - Startowali jako niezależni, ale każdy wiedział o co chodzi. Nielegalne Bractwo Muzułmańskie ma ponoć tysiąc różnych legalnych organizacji. - Od dobroczynnych przez biznes do politycznych. To wspólnota, a nie różne organizacje. Młodych z bogatych rodzin polityka nie obchodzi. Mówili mi wprost - my się tego nie dotykamyt. Kogo w Egipcie obchodzi polityka? - Coraz więcej ludzi zaczyna rozumieć, o co chodzi w polityce. Dlaczego nie mają wody, dróg, domów, dlaczego rząd nie potrafi tego wszystkiego zapewnić. Ludzie zaczynają wychodzić na ulice, co 10-15 lat temu było nie do pomyślenia. Ostatnio strajkowało 26 tys. robotników i udało im się wywalczyć podwyżki. Ludzie potrafią stanąć pod biurem prokuratora i domagać się swoich praw. To coś nowego. Ale to nie był dobry rok. - Dwie organizacje pozarządowe zostały zamknięte, redaktorzy naczelni niezależnych gazet dostali wyroki za np. rozsiewanie plotek o chorobie Mubaraka, co kosztowało rząd 350 mln dol., aresztowano szyitów, członków Bractwa Muzułmańskiego Hosni Mubarak przygotowuje się do przekazania władzy. - Takie chodzą plotki. Nie jest już najmłodszy. Może wstawi na swoje miejsce syna, a może nie. Wszyscy się zaczynają zastanawiać, co się stanie, jak Mubarak odejdzie. I nie wiemy, co się stanie. Wszyscy tu w biurze jesteście bardzo młodzi. - Ja mam 29 lat, Hossam jest rok młodszy. Oboje wcześniej pracowaliśmy jako dziennikarze. Ja w anglojęzycznym tygodniku Al-Ahram Weekly, który jeszcze wtedy nadawał się do czytania. Zawsze żartowaliśmy sobie, że rząd nam na więcej pozwala, bo urzędnicy nie znają angielskiego. Ale oni też wykorzystywali nas, żeby móc powiedzieć Zachodowi: "Zobaczcie, mamy przecież wolną prasę". Pod koniec lat 90. chodziłam w demontracjach przeciwko okupacji Palestyny. Nigdy nie byly to demonstracje przeciwko naszemu rządowi, naszemu prezydentowi. W gazecie mogliśmy pisać wszystko oprócz artykułów krytycznych wobec prezydenta. To tabu znieśliśmy na pierwszej demonstracji przeciwko wojnie w Iraku w 2003 r. Nagle ktoś zaczął krzyczeć antyprezydenckie hasła. Nie boicie się o siebie? - Zawsze się cieszymy, kiedy ludzie o nas piszą. Każdy jak się bierze za taką pracę, wie, czego się podejmuje. Wiemy, że jest gdzieś granica ich tolerancji, ale gdzie ona jest - tego nie wiemy. 15 lat temu w Kairze była garstka organizacji praw człowieka, teraz jest ich całkiem sporo. Nie czuję się osamotniona, w tym, co robię. Nie mówię niczego, czego ktoś już wcześniej nie powiedział. Rozmawiała Aleksandra Krzyżaniak-Gumowska

Więcej o: