Szyszka

W malutkim Ponte di Buriano, dokąd uciekłam z upalnego Arezzo (autobusem 20 min), najciekawszy jest most nad Arno z XIII w. postawiony na miejscu rzymskiego. Kamienny, siedmioprzęsłowy, solidny, ale wąski. Ruch samochodów regulują światła, dla pieszych właściwie nie ma miejsca. Wieść gminna głosi, że krajobraz z widokiem z Ponte Buriano na rzekę i toskańskie wzgórza, a nawet jedno przęsło mostu namalował Leonardo da Vinci w tle ?Mony Lizy?...

Tu też było gorąco, ale nie mogłam sobie darować spaceru brzegiem rzeki piaszczystą polną dróżką. Po prawej winnice, oliwki, pola bobu wyższego od człowieka. Z dala kamienne domy w otoczeniu ostrej zieleni. Arno płynie tu leniwie, rozlewa się szeroko.

Powróciwszy do miasteczka, przeszłam je wzdłuż i wszerz. Cicho, spokojnie, kobiety pracują w małych ogródkach, stary mężczyzna wygrzewa się w słońcu, kościółek zamknięty. Myśląc (z przykrością) o powrocie do nagrzanego miasta, zauważyłam czerwony pasek szlaku na grubym pniu drzewa. Początkowo prowadził niezbyt ruchliwą szosą, by po kilkuset metrach skręcić w środek pejzażu jak ze snu. Pola, zielone wzgórza z cyprysami, gdzieś daleko grupki domów. Po niebie płynęły leniwie wielkie chmury zakrywając palące słońce. Mogłabym tak iść bez końca. Ale niebawem odjedzie ostatni autobus do Arezzo, trzeba wracać. Kiedy doszłam do przystanku pod starą, rozłożystą pinią, zerwał się wiatr. Na daszek z głuchym stukotem spadały szyszki. Wzięłam jedną na pamiątkę. Ilekroć na nią spojrzę, przenoszę się w sam środek czarodziejskiego toskańskiego pejzażu.

Więcej o: