Irlandia - w pubie zawsze ktoś będzie

Wzgórza Burren można przejść pieszo, półwysep Dingle przejechać na rowerze, a wieczór przetańczyć przy skocznej muzyce w pubie

Clare, Kerry i Cork - trzy hrabstwa, kawał Irlandii. Warto spędzić w nich choć kilka dni, omijając miasta i przemierzając wzgórza i doliny, bagna i skaliste cyple. Podziwiać piękną, surową naturę, celtyckie i wczesnochrześcijańskie budowle, a wieczory spędzać przy skocznej muzyce w zatłoczonych knajpach. I niech nie zdziwi nas typowo brytyjska, wilgotna pogoda - Irlandię od Anglii oddziela jedynie Kanał św. Jerzego.

W Galway

Klify Moheru

Doolin

W pubie

Warto wiedzieć

W krainie pierścieni

Irlandzki bestiariusz

In the pub

***

Początek naszej trasy to miasto Galway na zachodnim wybrzeżu, koniec - Cork nieopodal brzegu południowo-wschodniego, z Limerick po drodze. To trzy największe miasta kraju, nie licząc Dublina. Jednak to nie one interesują nas tym razem, lecz Munster, jedna z czterech historycznych krain Irlandii (pozostałe to Leinster, Connacht oraz Ulster, czyli dzisiejsza Irlandia Północna). Około 25 tys. km kw. i tylko milion mieszkańców. W wielu miejscach nie uświadczysz żywej duszy, na krętych i wąskich drogach ruch niewielki, nie licząc turystów w samochodach o obcych rejestracjach. Za to w pubach zawsze ktoś będzie - przed południem starsi obywatele spędzają czas na pogaduchach przy piwie, wieczorem dołączają młodsi, gra muzyka.

Z Galway udajemy się na południe do hrabstwa Clare. Od rana pogoda jak w tytule bollywoodzkiego przeboju - czasem słońce, czasem deszcz (jak dowcipkują miejscowi, dwutygodniowy brak ulew skłoniłby rząd do powołania sztabu antykryzysowego). Nie zważając na to, jedziemy dalej do wapiennych wzgórz Burren po drugiej stronie wielkiej Zatoki Galway. Drzew tu nie ma (efekt wichur i wycinki na opał), ale można podziwiać roślinność z wielu stref klimatycznych oraz jaskinie drążone przez podziemne rzeki i strumienie. Głównym bogactwem naturalnym są... kamienie, podstawowy materiał budowlany od najdawniejszych czasów. I niewiele więcej (jeden z angielskich generałów, który w połowie XVII w. podporządkowywał te ziemie protestanckiej Koronie Angielskiej, stwierdził: za mało wody, żeby człowieka utopić; drzew, by go powiesić; ziemi, by go pochować).

Poulnabrone to jeden z 70 dolmenów neolitycznych na wzgórzach Burren. Wspinamy się po krętej drodze, dookoła surowy, górski krajobraz. Szare kamienie wytarte tysiącami stóp przypominają równiutko położony bruk (gdzieniegdzie tylko sterczy potężny głaz). Celtyccy budowniczowie niemal 6 tys. lat temu postawili tu trzy wielkie płyty wapienne - dwie pionowo, trzecia leży na nich niczym "sufit" - skrywające wejście do komory ze szczątkami ponad 20 dostojników. Ten "dołek smutków" (tak można by przetłumaczyć nazwę Poulnabrone) można oglądać tylko z zewnątrz. Ktoś dowcipny nazwał go wyrzutnią rakietową epoki kamienia łupanego, a to z powodu "sufitu", który leży nieco pod kątem. Ze szczelin wokół dolmenu wyrastają kolorowe kwiatki i kępki trawy. Hrabstwo Clare to prawdziwy raj dla botaników - okazy od flory arktycznej po śródziemnomorską (obok paproci mamy orchidee, goryczkę wiosenną, bodziszek, pięciornik...). Nasiona z całego świata przyniosły tu ptaki wędrowne.

Warto wybrać się do jednej z niezliczonych jaskiń wydrążonych przez podziemne strumienie (ciekawostka przyrodnicza - tworzy je woda przenikająca przez szczeliny). Kilkanaście przystosowano do zwiedzania, zwane są nawet show caves . W wielu zobaczymy małe wysychające jeziorka turloughs . Podczas trwających niemal przez cały XX w. konfliktów (walka o niepodległość, potem wojna domowa, kilkadziesiąt lat działania IRA) służyły jako magazyny alkoholu, składy amunicji i kryjówki bojowników.

W jaskini Pol an Ionain nieopodal miasteczka Doolin (inaczej Doolin Cave, wstęp 15 euro) dostajemy latarkę i kask (niezbędny! - co i rusz głowa uderza w niski sufit) i schodzimy w dół po stu stromych stopniach. Jeszcze kilkaset metrów wąskim korytarzem i jesteśmy w olbrzymiej, pogrążonej w mroku skalistej komnacie. Przewodniczka zapala światło - z sufitu na środku wyłania się olbrzymi, długi na 6,5 metra stalaktyt. Gdy światło gaśnie - stalaktyt fosforyzuje.

***

Klify Moheru mogą przyprawić o zawrót głowy (od jaskini Doolin mamy do nich bardzo niedaleko): ponad 8 km długości, 200 m nad taflą wody, w najwyższym miejscu 214 m. Co prawda większość leży na terenie prywatnym, gdzie turyści nie mają wstępu, ale i tak można odbyć długi spacer wzdłuż urwiska. Widok niezapomniany. W dole kipią spienione fale, wściekle uderzając o skały, krople wody spadają nam na twarz. W oddali majaczą we mgle wyspy Aran, enklawa języka irlandzkiego słynąca z wyrobu swetrów.

Nad samym klifem jak i wcześniej, przy drodze, sterczą pozostałości pamiętających średniowiecze zamków - tu kawałek ściany, tam resztka muru, to znów cała baszta. Nieopodal Doolin mamy znany z pocztówek Doonagore Castle z XIV w. - widoczna z morza okrągła wieża otoczona niewielkim pasem murów przez wiele stuleci służyła jako punkt orientacyjny dla żeglarzy. Na samych klifach stoi natomiast XIX-wieczna O'Brien's Tower - też okrągła i też punkt obserwacyjny, tyle że zbudowana specjalnie dla turystów (w tym sezonie przechodzi renowację). Gdy jechaliśmy tu przez wzgórza Burren, podziwialiśmy XVI-wieczny Dunguaire Castle, ślicznie położony nad samym brzegiem zatoki, na małym cyplu-wzniesieniu. Woda wrzyna się w ląd i niemal otacza twierdzę (wstęp na wieżę 5,50 euro).

Tak naprawdę słowo "zamek" nie oddaje charakteru tych fotogenicznych budowli rozsianych po wybrzeżu i wyspach całej Irlandii. Takie ufortyfikowane, czterokondygnacyjne wieże mieszkalne budowane przez Normanów w XII-XIII w. noszą nazwę donżonów. Niektóre są własnością prywatną, wiele popadło w ruinę. Wieść niesie, że remontów nie życzą sobie zamieszkujące je duchy i to one odpowiadają np. za zrzucanie robotników z drabiny (by odpędzić złe moce, odprawiano tu nieraz egzorcyzmy).

Jeszcze starsze od zamków są katolickie ośrodki monastyczne, niektóre pochodzą z VI w. - spotkamy je we wszystkich zakątkach Zielonej Wyspy. Mnichów i pustelników oddających się tu kontemplacji i ascezie opiewały pieśni irlandzkie. Zazwyczaj stożkowe chatki kamienne (clocháns zwane też bee-houses ) wznoszono bez zaprawy murarskiej. W Munsterze do najsłynniejszych należy oratorium Galarusa na półwyspie Dingle z VI-IX w., w kształcie obróconego do góry dnem kadłuba statku. Zapewne było przystankiem w trakcie pielgrzymki tzw. szlakiem świętych na górę św. Brendana (na tym samym półwyspie, 953 m n.p.m.). W mrocznym wnętrzu oratorium jest tylko jedno małe okienko na tylnej, wschodniej ścianie. Zgodnie z legendą przejście przez ten otwór zwany uchem igielnym (18 na 12 cm) oczyszcza duszę i prowadzi ją prosto do nieba.

W małej wiosce Kilfenora na południowych obrzeżach Burren zwraca uwagę malutka gotycka katedra. Są tu cztery pięknie rzeźbione, pokryte inskrypcjami i ornamentami wysokie krzyże irlandzkie z XII w. Jest tu również Burren Centre - nieduże muzeum fauny i flory tych niezwykłych terenów.

***

Miasteczko Doolin zwane jest stolicą irlandzkiego folku. Tylko dwie ulice na krzyż, ale są tu aż trzy najsłynniejsze irlandzkie puby: McDermott's i McGann's przy Roadford i Gus O'Connor's kilkaset metrów dalej, przy Fisher Street (najstarszy, założony w 1832 r.). O występie tutaj marzy każdy irlandzki zespół, by iść w ślady związanych z Doolin słynnych artystów jak choćby Micho Russell, legenda flażoletu irlandzkiego (któremu w ostatni piątek lutego jest poświęcony minifestiwal). Zamówiwszy pintę ciemnego piwa, warto popróbować tutejszych specjałów - np. pieczonego lub wędzonego łososia, bacon and cabbage (dwa kawałki pysznej polędwicy z kapustą) czy po prostu fish & chips (ceny - ok. 10-15 euro).

Ale na obiad wpadnijmy raczej do kolorowego miasteczka Dingle pełnego pięknych XIX-wiecznych domów, choćby na pyszne flaczki po irlandzku (Irish stew , od polskich różnią się tym, że sos jest bardziej gęsty, a obok ziemniaków i cebuli pływają w nim kawałki baraniny). My zjedliśmy je w Kaya's Restaurant. Dingle, które w średniowieczu było portem dla pielgrzymów udających się do grobu św. Jakuba w hiszpańskiej Composteli, leży już w gaeltacht - tak nazywają się irlandzkojęzyczne enklawy, których jest na wyspie kilkadziesiąt, ale najwięcej właśnie w części zachodniej (żyje w nich ok. 85 tys. Irlandczyków; nazwy na tabliczkach pisane są tylko po irlandzku - warto mieć dwujęzyczną mapę). W zatoce Dingle czasem pojawiają się delfiny. Ponoć jeden z nich, o imieniu Fungie, zadomowił się tu już ćwierć wieku temu, zżył się z miastem i stał się jednym z jego symboli, ma nawet pomnik. W Dingle niemal od 50 lat odbywa się w sierpniu (w tym roku między 17 a 21) Rose of Tralee - wybory najpiękniejszej kobiety świata posiadającej irlandzkie korzenie.

Małe uzdrowisko Lisdoonvarna słynie zaś z... festiwalu swatów . Raz do roku spotykają się tu kobiety i mężczyźni (większość w dojrzałym wieku), by kontynuować irlandzką tradycję swatania. Przybywa ich nawet 40 tys.! Spośród nich wybiera się m.in. mistera Lisdoonvarny i królową wzgórz Burren. Festiwal trwa przez cały wrzesień, głównie w weekendy, wiec pary mają sporo czasu, by się poznać. Ale organizowane są też randki błyskawiczne (speed dating ), podczas których kandydaci na narzeczonych mają dla siebie tylko trzy minuty.

Warto zajrzeć do znajdującej się nieopodal Lisdoonvarny tradycyjnej wędzarni łososia. Złowione w zachodnioirlandzkich zatokach ryby są wędzone w dymie z opiłków dębowych: łosoś cold-smoked przez 60 godzin w temperaturze 30 stopni, a hot-smoked przez 5, w 80 stopniach. - To właśnie decyduje o ich charakterystycznym zapachu i smaku - twierdzi Birgitta, właścicielka wędzarni od kilkunastu lat. Wędzi się tu również trocie, pstrągi, węgorze, makrele i... ser żółty. Za ladą kuszą miejscowe kozie i owcze sery, marmolady oraz owocowe wino z malutkich winnic w regionie Glen.

W Clogher na półwyspie Dingle ma swoją pracownię Louis Mulcahy, garncarz od 30 lat. Louis i jego żona Lisbeth rzucili wtedy ciepłe posadki w Dublinie i otworzyli mały warsztat garncarski. Ceramika i wyroby kamionkowe, całe zastawy stołowe, lampy z porcelany - wszystkie pięknie zdobione i, jak na porcelanę, bardzo trwałe. Są też dekorowane umywalki, dzban na jabłecznik z kurkiem, stojaki na parasole, zegary (ceny słone, np. zegar - 250 euro). Wszystkie naczynia i obiekty są wyrabiane ręcznie, a każdy projektowany osobiście przez właściciela. Nie tylko można obejrzeć go przy pracy, ale i samemu sprawdzić się w sztuce garncarskiej, a potem zabrać swoje dzieło do domu (wypalanie 15 euro, koszty ewentualnej wysyłki drugie tyle).

***

Na koniec wizyta w prawdziwym irlandzkim pubie. Najlepiej w sobotę wieczór, najlepiej w Killarney (hrabstwo Kerry), mieście knajp i pubów, gdy nastaje crack - czas fiesty. Ta stricte turystyczna miejscowość powstała 250 lat temu w okolicy jeziora i Parku Narodowego Killarney. Ulice zakorkowane, na chodnikach tłumy. Często spotkać tu można grupy dziewcząt w kusych strojach świętujących wieczór panieński (organizowanie tutaj podobnych imprez jest w modzie). Z ochotą pozują do zdjęć. Przed wejściem do niemal każdego baru stoją grupki palaczy - w Irlandii obowiązuje drakońskie prawo zakazujące palenia tytoniu w miejscach publicznych, także w knajpach.

W Killarney nie musimy znać angielskiego, by świetnie się porozumieć - w regionie pracuje kilkadziesiąt tysięcy naszych rodaków.

Warto wiedzieć

Poza wyspą żyje dziesięciokrotnie więcej Irlandczyków niż w kraju - 40 mln wobec 4 mln wyspiarzy. Tanio dostaniemy się tam Aer Lingusem, Ryanairem lub WizzAirem.

Po wylądowaniu trzeba cofnąć zegarek o godzinę i... kupić płaszcz przeciwdeszczowy.

W gniazdkach - zgodne ze standardami brytyjskimi - napięcie 230 V, przełącznik (adapter) kupmy jeszcze w Polsce, bo na Zielonej Wyspie wcale o niego nie łatwo.

Irlandia ma zaledwie kilkadziesiąt kilometrów autostrad, ale za to gęstą sieć bardzo dobrze utrzymanych dróg.

Choć z Irlandią kojarzy nam się trójlistna koniczynka, oficjalnym symbolem kraju jest złota harfa na błękitnym tle.

Warto przenocować w którymś z wiejskich pensjonatów. Ja polecam niezwykle gościnną rezydencję pani Kathleen, pięciokrotnie wyróżnianą w plebiscytach, m.in. Irlandzka Izba Turystyczna uznała ją za pensjonat roku 2006. Jest tu studnia ze źródlaną wodą, przeszklona altanka zimowa, duży ogród i eleganckie wnętrza. Pani Kathleen świetnie doradzi, co zwiedzać w okolicy i jak zwiedzać. Ceny w sezonie - od 65 euro, http://kathleens.net .

W krainie pierścieni

Obok zaręczynowego claddagh najsłynniejszym pierścieniem Irlandii jest... widokowa trasa górska po półwyspie Iveragh na południowym zachodzie wyspy, znana jako Ring of Kerry. Na piechurów czeka tu m.in. szlak pieszy, na cyklistów - rowerowy (ponad 200 km każdy). Kto szuka nieco mniej zatłoczonych tras, a zarazem chce obcować z równie fascynującą przyrodą, może wybrać się na opisany w tekście Dingle lub na półwysep Deara. Jego piękne i wąskie drogi od Glengariff do Kenmare graniczą z urwiskiem, nie ma tu więc dużego ruchu samochodowego, jest za to kilkaset kilometrów szlaków spacerowych i rowerowych po dzikich, wichrowych wzgórzach. Ciekawy jest też szlak pieszy po surowych i odludnych wzgórzach Burren (mniej doświadczeni wędrowcy mogą skorzystać z wycieczek organizowanych przez lokalne biura podróży).

Irlandzki bestiariusz

Jak głoszą legendy i dawne podania, w głębi skalisto-zielonych wzniesień mieszkają leprikony - złośliwe, brodate skrzaty. To za ich sprawą niebo jest wiecznie zachmurzone. Choć dotknięcie "malutkiego szewca" (w staroirlandzkim - leprechaun ) może przynieść nieszczęście, to on właśnie może doprowadzić nas do glinianego garnca pełnego złota, a znajdującego się na drugim końcu tęczy. W irlandzkim bestiariuszu magicznym jest też wiele innych stworzeń: clurichauns - kuzyni leprikonów, gburowaci i wiecznie pijani, a ponadto: olbrzymy, strzygi, wiedźmy, zawodzące zjawy banshee zwiastujące śmierć w rodzinie, chochliki i inne psotne, bardziej lub mniej niebezpieczne istoty. Celtyckie stwory opisywał m.in. noblista William Butler Yeats, wielki piewca zachodniej Irlandii.

In the pub

Zadymione czy nie, irlandzkie puby to miejsca, w których pint of guinness albo po prostu pint (jeżeli nie podamy nazwy piwa, zawsze dostaniemy guinnessa) jest tylko rytualnym dodatkiem ułatwiającym zawieranie nowych znajomości, uczestnictwo we wspólnej zabawie niezależnie od statusu społecznego, wieku czy płci. Spotkamy w nich tyle samo kobiet co mężczyzn. Jednych pochłania przyjacielska rozmowa, inni sączą whiskey przy ladzie. Jedni piją Bushmillsa (produkowany od XVIII w., w północnoirlandzkim miasteczku o tej samej nazwie znajduje się najstarsza licencjonowana destylarnia na świecie) lub Jacka Danielsa, inni - mocniejszego Paddy'ego albo Johna Powersa popijanego zwykle szklanką wody źródlanej. Trzykrotnie destylowana irlandzka whiskey jest delikatniejsza od szkockiej whisky (destylowanej dwukrotnie) i innych (jednokrotnie). Whiskey tradycyjnie pije się z półlitrowego naczynia z dziobkiem zwanego dzbanem św. Patryka. W pubie z drewnianych stropów zwisają dziesiątki małych chorągiewek w narodowych barwach (Irlandczycy uwielbiają swoją flagę): pomarańczowy symbolizuje oranżystów - protestanckich mieszkańców, zieleń - katolików, biały - wieczną zgodę między nimi.

Więcej o: