Waldemar Rychły, muzyk Kwartetu Jorgi

Serce zostało w Jugosławii, której już nie ma, i w Wenezueli. Po Jugosławii włóczyłem się autostopem z Kwartetem Jorgi i grupą przyjaciół pod koniec lat 80. graliśmy na ulicach miast Dalmacji

Ale najciekawiej było, gdy zostaliśmy tylko we dwóch z Maciejem, moim bratem, też członkiem Kwartetu. Jugosławia była niezwykle barwnym krajem. Spotykaliśmy Serbów, Chorwatów, Bośniaków, Cyganów, Macedończyków. To ludzie bardzo serdeczni i życzliwi. Podwozili nas, zapraszali do siebie. Wszędzie gdzie graliśmy, dołączali do nas. Kiedy na ulicy w Makarska zaczęli grać z nami Cyganie, policjanci zabrali nas na komisariat. Kiedy indziej wystąpiliśmy na dachu domu milionera. W Dubrowniku muzyk Davor, który nas podwoził i z którym połączyła nas wieloletnia przyjaźń, zabrał nas do radia, gdzie zagraliśmy na żywo. Powyżej Mostaru w Bośni w pobliżu zamku Herceg Novi, koncertowaliśmy przy kuczy, domu derwisza. Muzyka wszędzie otwierała przed nami ludzi i drzwi.

A Wenezuela to przede wszystkim Caracas, gdzie trafiłem z Kwartetem w latach 90. Było to w ramach Dni Kultury Polskiej, więc lecieliśmy z prezydentem Warszawy (wiózł do zasadzenia drzewo przyjaźni). Na lotnisku w Caracas przyjęto nas jak dyplomatów - nie sprawdzono paszportów, witała nas kompania honorowa. A potem zakwaterowano nas w najbardziej luksusowym hotelu. Wenezuela zaskoczyła mnie wspaniałą bujną przyrodą i takim samym życiem, a równocześnie ogromnym kontrastem bogactwa i biedy. Gospodarze mówili, że nie powinniśmy chodzić do dzielnic biedoty, ale poznaliśmy muzyków i etnografów często indiańskiego pochodzenia, którzy zabrali nas w zakazane regiony Caracas. Graliśmy tam wieczorami, wspólnie z ich mieszkańcami. Pamiętam jak dziś: noc, ze wzgórza widać światła miasta, a my siedzimy w ogrodzie, rozmawiamy i gramy (oni na harfach, narodowym instrumencie) - my polskie oberki, oni swoje joropo , ale łączyło się to znakomicie.

W Jugosławii najciekawsza była - i jakoś jest nadal, choć dziś podzielona granicami i wojną - wielka mozaika miejsc i ludzi. Jeździliśmy wzdłuż chorwackiego wybrzeża Adriatyku - bogata roślinność, góry, wysepki i wspaniałe widoki na morze. Pamiętam Dubrownik, wyspę Hvar z rybackimi miasteczkami i Split - miasto powstałe w obrębie murów antycznego pałacu Dioklecjana. W Macedonii zachwyciło mnie jezioro Ochryd wśród gór, nad granicą z Albanią - tereny, na których zaczęło się chrześcijaństwo Słowian. Zachowały się tam małe cerkiewki, niektóre sprzed tysiąca lat. Nocowaliśmy wysoko w górach w klasztorze Matka niedaleko Skopje, pierwszym, jaki tam powstał. Dla prawosławnych to święte miejsce, ale w prazdnik na placu przed cerkwią bawili się także miejscowi muzułmanie. Dziś pewnie tego już nie ma.

W Wenezueli ogromne wrażenie...

zrobiła na mnie dżungla. Etnografowie i muzykolodzy, których poznaliśmy, chcieli nas zawieźć w górę Amazonki, ale nie mieliśmy na to czasu. Dżunglę liznąłem wiec tylko w obrębie Caracas, na górze Avila mającej 2,2 tys. m. To święta góra Indian, przeszli przez nią hiszpańscy konkwistadorzy, zdobywając te ziemie w XVI w. Dziś porasta ją dżungla, a ze szczytu ma się wspaniały widok na Morze Karaibskie.

Niezapomniany dzień...

przeżyłem w Walii. Jane, była hippiska, prowadzi tam Druidstone Hotel - kamienny, stary dom na urwistym brzegu Atlantyku. Prowadzi doń droga wśród łąk, kręta i wąska, zarośnięta żywopłotem. Nie wiedziałem, gdzie jedziemy. I nagle znaleźliśmy się na otwartym terenie - razem z oceanem sprawiał wrażenie równiny. Tam stoi, na odludziu, ten dom. Wrażenie niezapomniane. Z bliska także, bo jego wapienne ściany wyżarło słone powietrze i wilgoć. Z urwiska można zejść nad brzeg oceanu, a tam plaża i jaskinie wyrzeźbione w skale przez wodę.

Najlepsze wakacje spędziłem...

Od lat nie mam wakacji. Latem gramy, ciągle wyjeżdżamy. Wakacje miałem jako student i wtedy jeździłem na Otryt. Uwielbiałem tę górę blisko granicy rosyjskiej, z której pięknie widać Bieszczady. Na Otrycie stała kiedyś Chata Socjologa zbudowana przez studentów Uniwersytetu Warszawskiego. Przyjeżdżało wielu studentów i naukowców. Zaprzyjaźniłem się bardzo z Christianem Belwitem, poetą. Chodziliśmy po górach, on recytował i śpiewał swoje teksty, ja grałem. Mam wrażenie, że ludzie stawali się tam inni - każdy człowiek był ważny i bardziej wyrazisty. Czułem, że jestem u siebie. Nie tylko grałem, także rysowałem portrety wyjętym z ogniska węglem. To było coś więcej niż wakacje - to było miejsce! W pewnym momencie zaczęła przyjeżdżać Jadwiga Staniszkis ze swoimi studentami, czyli tzw. alternatywna socjologia. Odbywały się wykłady i dyskusje, które nie mogły mieć miejsca w Warszawie. A potem buki na szczycie Otrytu wycięto, a chata się spaliła.

W Polsce lubię...

Rusinową Polanę w Tatrach i Dowspudę na Suwalszczyźnie. Dawno już nie byłem na Rusinowej, ale kiedy tam jeździłem w latach 70., wyznawałem zasadę, że w górach nie ogląda się widoków, góry się przeżywa. Na polanie stały szałasy i w jednym z nich, solidniejszym, mieszkała stara góralka. Za nic nie dawała się przegonić z terenu parku narodowego, choć próbowano. Ludzie jej pomagali, przywieźli piec, podrzucali rzeczy. Mieszkało się u niej (nie tylko ja), chodziło się w góry albo na Wiktorówki, gdzie stoi drewniany kościółek. Na zakupy, ale też do górali, napić się herbaty. Panował duch wspólnotowy i wiem, że kiedy dziś spotykam kogoś, kto jeździł do Babki na Rusinową Polanę, to jest to swój człowiek.

Na Suwalszczyźnie upatrzyłem sobie małą wioskę Dowspudę niedaleko Raczek. Co roku w ruinach pałacu Paca z początku XIX w. odbywa się Festiwal Kultury Celtyckiej (występowaliśmy tu parę razy). Hrabia Pac usiłował podnieść kulturę agrarną w swoich dobrach i sprowadził ze Szkocji i Anglii kilkudziesięciu osadników, by gospodarowali i uczyli ludność nowoczesnego rolnictwa. Stąd festiwal, który wymyślił wójt Dowspudy (trwa bodajże trzy dni, wójt jest wspaniałym gospodarzem). W pobliskich Jaśkach nad Rospudą leży uroczysko "Święte miejsce" - drewniana kaplica, kilka kapliczek i krzyży. To miejsce pamięta pogański kult Jadźwingów. Okolica przecudna i nie ma tu wielu ludzi.

Podróżuję z...

muzyką, co pozwala mi spotykać ludzi niezwykłych, nieraz dziwnych. Każde miejsce ma własną osobliwość, trzeba ją tylko znaleźć, zobaczyć. W Krynicy spotkałem niedawno starszego pana, który twierdził, że ma oryginalnego Caravaggia. Staram się, żeby w codziennej pogoni takie rzeczy mi nie uciekały.

Mój ulubiony hotel...

znalazłem w południowej Anglii. Nieduży, zadbany, w starym domu, zaledwie kilka pokoi urządzonych ze smakiem. Nie pamiętam, jak się nazywał ani gdzie był, chyba w Devon.

Niebo w gębie poczułem w...

Caracas. W luksusowym hotelu, o którym wspominałem, stoły uginały się od potraw i egzotycznych owoców. Sałatki, ryby, owoce morza, mięsa - cuda, których nazw nie znałem. Ale najciekawszą przygodę z kuchnią przeżyłem w Nowym Jorku. Graliśmy w Brooklyn Academy of Music. Po występie szef sąsiadującego lokalu zaprosił nas na kolację, mówiąc: - Wybierajcie, co chcecie. Wybrałem coś najdroższego, choć nie wiedziałem, co to było. Inni jedli, ja czekałem, aż w końcu dostałem... węża. Bardzo niedobrego.

Na wyprawę zawsze zabieram...

moje instrumenty: gitarę i dzwonki hinduskie. No i aparat fotograficzny, bo lubię robić zdjęcia.

Nigdy więcej nie powrócę do...

Nie mam tak negatywnych wrażeń. Jeździmy z koncertami, a więc tam, gdzie ludzie nas chcą i zapraszają.

Wkrótce będę w drodze do...

Polski, najogólniej mówiąc. W kalendarzu mam zapisane koncerty na kilka miesięcy naprzód: Jasło, Wrocław, Kraków, Tykocin A z zagranicznych podróży - latem do Prowansji, do Vence, na festiwal muzyki tradycyjnej. Graliśmy tam kiedyś na Boże Narodzenie. Żeby zdążyć, znaleźliśmy na mapie skrót przez najwyższe Alpy, drogą, którą szedł Napoleon z wojskami. I tam skończyła nam się benzyna. Była noc i nigdzie nie mogliśmy kupić paliwa. Zaczął nas zasypywać śnieg, domy, do których pukaliśmy, były pozamykane. W końcu pomogli nam gospodarze motelu, który był domem uciech. Kiedy wreszcie zjechaliśmy z gór na prowansalską nizinę, poczuliśmy się jak w raju: ciepło, palmy, słońce. Bardzo lubię Prowansję, ma swój kolor i atmosferę, czuje się tam ciągłość historyczną.

Wymarzony cel podróży...

Orient. Także muzycznie, choć może w mniejszym stopniu, bo można posłuchać nagrań. Ale nie kraje arabskie, bardziej Turcja (jej przedsmak poczułem w Jugosławii). Koło Sarajewa zaprzyjaźniliśmy się z budowniczym meczetów i jego rodziną. Zaproszono nas na poczęstunek. Gospodarz siedział z nami na ziemi, w szarawarach, piliśmy herbatę - my osobno, kobiety osobno. Interesuje mnie turecka kultura, to, co zostało w niej z czasów otomańskich.