Odessa

Większości turystów Odessa kojarzy się ze sceną z filmu ?Pancernik Potiomkin?, w której pomiędzy panicznie uciekającymi przed kozackimi kulami ludźmi toczy się po schodach wózek wypuszczony przez zabitą matkę.

Odessa

Większości turystów Odessa kojarzy się ze sceną z filmu "Pancernik Potiomkin", w której pomiędzy panicznie uciekającymi przed kozackimi kulami ludźmi toczy się po schodach wózek wypuszczony przez zabitą matkę.

Potiomkinowskie schody to obecnie jeden z symboli miasta.

Na mapie widnieją często jako Schody Priomorskie, choć nazwa "Potiomkinowskie" jest zdecydowanie popularniejsza. Przyjęła się dopiero po wydarzeniach czerwca 1905 roku, czyli po sławetnym powstaniu na pancerniku "Potiomkin". Wcześniej mówiono o nich "Gigantyczne" albo "Wielkie Bulwarne". Wybudowano je w latach 1837--41 jako reprezentacyjne wejście z portu do centrum miasta. Początkowo miały 200 stopni, ale po tym, jak na dole po- wstała ulica, osiem z nich zostało przykrytych jezdnią. W sumie długość wznoszących się na 27 metrów schodów wynosi 136 metrów. Bardziej imponująco wyglądają z dołu - to dlatego, że zwężają się, pnąc się do góry (na dole mają 21 metrów szerokości, u góry tylko 13).

Burmistrz rodem z Francji

Wprawdzie film "Pancernik Potiomkin" odbiegał trochę od faktów, ale masakra rzeczywiście miała na schodach miejsce - 15 czerwca 1905 r. zginęło na nich ok. 2 tys. ludzi. Do wymyślenia efektownej sceny z wózkiem doprowadził przypadek. Ponoć reżyser S. Eisenstein długo zastanawiał się nad koncepcją "skręcenia" schodów, aż któregoś dnia, siedząc na stopniach i jedząc czereśnie, zwrócił uwagę na staczającą się pestkę. Reżysera olśniło - pestka czereśni została wkrótce zastąpiona przez wózek...

Schody to ulubione przez turystów miejsce. Roztacza się z nich ładna panorama - widać statki w porcie, wielki i nowoczesny Dworzec Morski, a tuż za nim 17-piętrowy drapacz chmur, czyli oddany do użytku w kwietniu tego roku pięciogwiazdkowy hotel sieci Kempinski.

Na szczycie schodów, pośrodku niewielkiego placu, stoi sobie spokojnie ka- mienny książę de Richelieu. Szlachetny Francuz przybył do Rosji, uciekając przed gilotyną, która mu groziła w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Mimo że był cudzoziemcem, bardzo dużo dla miasta zrobił. Miał ku temu możliwości, był bowiem pierwszym burmistrzem (w latach 1823-28). Złośliwi powiadają, że pod naciskiem rodziny ożenił się z bardzo dobrą, ale wyjątkowo brzydką dziewczyną. Nie mogąc przełamać niechęci do żony, całą energię przelewał na pracę dla rozwijającej się metropolii.

Na odeskim pomniku Richelieu przedstawiono jako patrycjusza w todze, z wieńcem laurowym na głowie i rulonem dokumentu w ręku. Minę ma poważną, wręcz smętną, bo, jak tłumaczy lokalna anegdota, dostał list, że przyjeżdżają krewni z Paryża. Kiedy zobaczył na schodach, ilu ich jest, to skamieniał. Swoją drogą Odesiti, jak mówi się o mieszkańcach Odessy, kochają anegdoty i słyną z poczucia humoru. Przekonać się można o tym zwłaszcza podczas festiwalu Humoryna (co roku 1 kwietnia).

Szutka Pinocheta

Wspomnianą na wstępie scenę z wózkiem, choć już w zupełnie innej, bo komediowej konwencji, widzieliśmy też w filmie "Deja vu" J. Machulskiego. Ukraińcy i Rosjanie bardzo dobrze kojarzą ową produkcję. W oparciu o nią działa jedna z najmodniejszych obecnie odeskich restauracji Deża wiu. Otwarto ją w czerwcu br. w pobliżu schodów Potiomkinowskich. Wejścia strzeże wąsaty portier (niczym ten z filmu), obok niego stoi popiersie Lenina z podpisem: "Wódz światowego proletariatu", w tle - ściana oblepiona zdjęciami-kadrami z filmu z J. Stuhrem w roli głównej. Kelnerzy przebrani za komsomolców uwijają się jak w ukropie, zbierając zamówienia. Już sama lektura menu dostarcza niezłej zabawy. Można zamówić Żart (ros. - szutka) Pinocheta, Zakąskę Proletariacką lub spróbować Siódmej Floty USA (sałatka z tuńczykiem) czy Ateizmu po chłopsku (jesiotr w warzywach). Obok propozycji jadłospisu - rysunki, np. lokomotywa i podpis: "Pociąg jedzie od stacji Socjalizm do stacji Komunizm". Swoistą twórczością są też autentyczne plakaty na ścianach. Pouczają: "O każdego z nas troszczy się na Kremlu towarzysz Stalin", "Robotnico! - walcz o czystą stołówkę" czy: "Kto nie pracuje - ten nie je". Kto chce, może uwiecznić się w księdze pamiątkowej. Jakiś Anglik wpisał: "Czułem się jak gość KGB".

Piąte na Ukrainie

Wiekowo Odessa jest jeszcze stosunkowo "młoda" - liczy 206 lat. Wiadomo, że już w starożytności istniała w tym miejscu grecka osada - Istrion, zaś w średniowieczu - słowiańskie osiedle Kaczuba. W XV wieku tereny te zaję- li Tatarzy krymscy, a po nich Turcy. O mieście jednak możemy mówić dopiero od roku 1795, kiedy to po zdobyciu tureckiej twierdzy Rosjanie założyli port i nazwali go Odessa od greckiego imienia niedalekiego antycznego portu Odessos. Dzisiaj jest to piąte co do wielkości miasto Ukrainy (1,1 mln mieszkańców) i największy port Morza Czarnego.

Nazywana jest perłą Morza Czarnego. Miasto nie ma zbyt wielu zabytków, nie jest też specjalnie pięknie położone. Ma jednak Odessa to "coś", co sprawia, że trudno jej nie lubić

Tuż przy Schodach Potiom-kinowski zaczyna się Bulwar Przymorski. Spacerując po nim na pewno nie da się przeoczyć budynku starej giełdy, a obecnie - ratusza. Fasadę zdobią dwa posągi - symboliczni protektorzy miasta - Fortuna (bogini szczęścia) oraz Merkury (bóg handlu). Co jakiś czas przypomina o sobie ratuszowy zegar - co pół godziny kuranty wygrywają "Pieśń o Odessie".

Groźna armata na placu przed budynkiem to pamiątka z czasów wojny krymskiej - zdjęto ją z osiadłego na mieliźnie alianckiego okrętu "Tygrys". Jednak najważniejszy jest Puszkin, a dokładniej - jego pomnik wystawiony w 1888 roku. Puszkin zjawił się w Odessie w 1823 roku jako zesłaniec i mieszkał tu przez 15 miesięcy. Bardzo go w mieście lubiono, choć "grzeczny" wcale nie był. Kochliwy - równocześnie zaangażował się uczuciowo w związki z trzema mężatkami! Jak wyglądała Odessa tamtych czasów, możemy przeczytać w "Eugeniuszu Onieginie". Notabene innym poetą zesłańcem był w Odessie Adam Mickiewicz.

Przy końcu Primorskiego Bulwaru mamy osobliwy most - nazwany mostem Teściowej. Wieść gminna niesie, że wybudowano go 30 lat temu na polecenie komunistycznego kacyka, chcącego skrócić sobie drogę do ukochanej teściowej, by ją częściej odwiedzać. Zdaniem tych, którzy utrzymują, że miłość do teściowej jest niemożliwa, motywacja była inna: dzięki skrótowi przez most teściowa nie miała pretekstu, by u zięcia nocować - przecież mogła wracać do siebie.

Tuż za mostem stoi Pałac Woroncowa, czyli XIX-wieczna rezydencja jednego z dawnych gubernatorów. Dzisiaj mieści się tu akademia muzyki i tańca. Z tarasu przy pałacyku mamy ładny widok na port.

Pięć krów albo bilet do opery

Niewątpliwie najbardziej reprezentacyjnym zabytkiem Odessy jest opera, uważana za jedną z najpiękniejszych na świecie. Kiedy w 1873 po pożarze teatru rozpisano konkurs na nowy budynek, zwyciężyli dwaj wiedeńscy architekci: Fellner i Gelmer. Ten pierwszy miał już na swoim koncie projekty opery w Wiedniu, a także teatry - m.in. w Budapeszcie i Zagrzebiu. Oddany do użytku w roku 1887 gmach to podobno jeden z pięciu najlepszych akustycznie teatrów świata (konkurencją są opery w Mediolanie, Londynie, Wiedniu i Paryżu). Na liczącej 1560 miejsc widowni od początku niełatwo było zasiąść - zainteresowanie przedstawieniami było ogromne i nawet plebs znał włoskie arie. Bilet do opery pod koniec XIX wieku kosztował 25 rubli, a dość powiedzieć, że za 5 rubli można było kupić krowę. Mimo to każda przyzwoita rodzina pragnęła mieć w teatrze swoje miejsca, najlepiej lożę wykupioną od razu na cały sezon - miejsce w teatrze dawało przecież prestiż.

Plac grecki i Polska ulica

Najbardziej urokliwą ulicą Odessy jest zamieniona na deptak Deribasiwska. Nazwano ją tak dla uczczenia Francuza de Ribasa, dzięki któremu w 1789 roku wyrwano Odessę z rąk Turków.

Na otoczonym secesyjnymi kamienicami deptaku ruch. Można zrobić sobie zdjęcie w objęciach pluszowej różowej pantery albo z prawdziwym, uwiązanym na smyczy lemurem. Jakiś muzyk gra na akordeonie tęskne ukraińskie dumki, obok przysypia babcia, której biznes to pordze-wiała waga. Roześmiane dziewczyny okupują telefon wyglądający, jakby miał z 50 lat. Wybierając określony numer, możemy posłuchać ulubionej melodii.

Najbardziej tłoczno jest na wypełnionym straganami placyku - można tu kupić kolorowe matrioszki, malowane pudełeczka, rozmaite pamiątki.

Stąd już niedaleko do placu Katedralnego - to teren, gdzie Deribasiwska łączy się z ulicą Preobrazenską (d. Armii Radzieckiej). Katedry, od której pochodzi nazwa placu, dawno już tu nie ma - w latach 30. zniszczyło ją radzieckie wojsko.

Ale to nie tu jest serce miasta, lecz na niedalekim placu Greckim (Hrecka Płoszcza). W ciągu dnia ruch jak w ulu - tutaj mają "pętle" kursujące po mieście mikrobusy. Nazwa placu przypomina o narodowości, która w Odessie mieszka najdłużej. Swoją drogą jest tu też ulica Polska. Polacy mają nawet własny kościół (pw. św. Piotra), nad którym już od ponad 40 lat pieczę trzyma ks. Tadeusz Hoppe. Większość mieszkańców to jednak ludność prawosławna - zainteresowanie religią jest teraz naprawdę żywe, także wśród młodzieży.

Oprócz cerkwi i kościołów są też i świątynie innych wyznań - można zajrzeć np. do synagogi, ciekawą budowlą jest też Centrum Kultury Muzułmańskiej.

Kulturalne miasto

Nietypową ciekawostką Odessy są katakumby, jak nazywa się ciągi korytarzy powstałe w tutejszym piaskowcu. Nie chowano w nich zmarłych - podziemne labirynty służyły bezdomnym, złodziejom, wyjętym spod prawa, rewolucjonistom, a w czasie II wojny światowej partyzantom, którzy właśnie tutaj urządzili sztab przygotowujący akcje przeciw 16-tysięcznym siłom niemieckiego okupanta. Nic dziwnego, że właśnie tutaj ulokowano Muzeum Chwały Partyzanckiej.

W Odessie muzeów nie brakuje. Archeologiczne zostało założone już w roku 1875 - było to pierwsze tego typu muzeum w rosyjskim imperium. Jest Muzeum Historii Morskiej, Literatury, Puszkina, Muzeum Sztuki, w którym można zobaczyć stare ikony, czy Sztuki Zachodniej i Orientalnej, gdzie eksponowane są m.in. prace Canaletta i Caravaggia. Ciekawy sam w sobie jest Pałac Potockich, ale jeśli już do niego dojdziemy, zajrzyjmy do mieszczącego się w nim Muzeum Malarstwa. Innego rodzaju atrakcją jest delfinarium - latem występują w nim sprowadzane z Sewastopola delfiny.

Wschodnia specyfika

Nie ma już ZSRR, ale na ogromnym placu Kulikowe Polie (wcześniej - plac Rewolucji) nadal możemy zobaczyć dumnego Lenina. Tyle że teraz pomnik ma już inny charakter - swego czasu go nawet zdjęto, ale ostatecznie uznano za zabytek i postawiono powtórnie.

Odessa się zmienia - szarość komunizmu zastępowana jest kolorowymi reklamami i witrynami sklepów zachodnich firm, choć mimo wszystko dominuje tu "wschodnia specyfika". Największy dom towarowy to nadal Centralnyj Uniwersalnyj Magazin, po szerokich ulicach mkną głównie łady i żiguli, na ulicach stoją beczki z kwasem chlebowym. Zaglądam do księgarni - ładnie wydany atlas samochodowy Europy kosztuje 70 hrywien - tyle, ile wynosi przeciętna emerytura! Niełatwo tu żyć, choć dla gości z zagranicy ciągle jest tu tanio...

Wchodzę na podwórko - to zupełnie inny świat niż od frontu. Powiewa pranie, przeciągają się koty, siedzące na taboretach staruszki machają przyjaźnie. Rozmawiamy po rosyjsku - w przeciwieństwie do innych regionów Ukrainy w Odessie to na co dzień główny język (ukraiński obowiązuje w urzędach i szkołach).

Do wstrieczi

Dla większości przyjeżdżających nad Morze Czarne Ukraińców i Rosjan Odessa to przede wszystkim kurort wakacyjny. Słońca tu nie brakuje, w obrębie miasta jest aż 40 km wybrzeża, na którym jest sporo ładnych, choć na ogół zatłoczonych plaż. Którą z nich wybrać? - Jedź tramwajem na Bolszoj Fontan - poleca nam Katia. Plaża plażą, ale naszą uwagę przykuwa potężna wieża ciśnień. Jak się okazuje, słodka woda od zawsze stanowiła dla miasta spory problem - najbliższa rzeka to Dniestr oddalony od Odessy aż o 40 km. Kiedyś wodę dowożono, aż w końcu jeden z kupców wpadł na pomysł zrobienia wodociągu. Niestety, początkowo nie było chętnych do płacenia za wodę - nieszczęsny biznesmen popełnił samobójstwo, rzucając się z wieży.

Regułą w nadmorskich kurortach jest życie nocne. Tak jest i w Odessie. Spotkana młodzież poleca nam Arkadię - dzielnicę słynącą z ogrodów, eleganckich restauracji i pubów. Zostajemy jednak w centrum. We wspomnianej już restauracji Deża Wju gra na żywo zespół, ale choć obowiązujące w lokalu ceny jak na warunki ukraińskie do niskich nie należą ("Ceny u nas są śmieszne. Ale tylko dla tych, którzy mają poczucie humoru" - lojalnie się uprzedza), trudno o miejsce przy stoliku. Wkrótce zmieniamy lokal na modny Amsterdam przypominający uliczkę tej holenderskiej metropolii. O 23 rozpoczyna się show - zespół tańca nowoczesnego daje profesjonalny popis, po którym czas na dyskotekę. Poznani Ukraińcy stawiają szampana Odessa. W ramach toastu życzenia - "Do wstrieczi", czyli do zobaczenia - w Odessie...

Więcej o: