By obudzić Ducha Bielucha i uprzedzić go o naszym przyjściu, trzy razy uderzamy kołatką w masywne drzwi zabytkowej kopalni kredy. Dopiero teraz możemy zejść do podziemi. Wokół bielusieńkie ściany - kreda do pisania w czystej postaci. W sztucznym świetle jest burożółta, ale na ubraniu zostawia białe ślady. W powietrzu unosi się pył. Zimno - panuje tu stała temperatura ok. 9 st. C.
Kredę wydobywano w Chełmie już w średniowieczu, najwięcej - w XVII i XVIII w. Górka Chełmska, na której leży miasto, kryje w sobie złoża sięgające nawet 800 m w głąb Ziemi.
Podziemia to wynik wydobywczej samowoli - prawie każdy mieszkaniec miał w piwnicy "prywatną" kopalnię i na własną rękę (niekiedy podkopując swój dom) wydobywał kredę. Każdy eksploatował kredowe złoża, jak mógł. Dlatego korytarze przypominają poplątaną pajęczynę: łączą się ze sobą, mijają, biegną wielopoziomowo, a niektóre sięgają nawet 20-25 m głębokości. Podobno mają ok. 40 km.
Samowola trwała do XIX w., kiedy chodniki zaczęły się zapadać na taką skalę, że władze miasta zakazały wydobycia kredy. Na długie lata o nich zapomniano i dopiero budowa wodociągów miejskich pozwoliła odkryć kredowe korytarze na nowo. Podczas II wojny światowej (jak i w czasie wcześniejszych napaści czy grabieży) chronili się tu mieszkańcy Chełma, wśród nich liczni wówczas Żydzi.
W latach 60. kredowe lochy same przypomniały o sobie - w samym centrum zapadła się ulica. Wtedy zaczęto myśleć o ich zabezpieczeniu, a w 1985 r. udostępniono zwiedzającym. Przejście prawie 2-kilometrowej trasy prowadzącej ok. 16 m pod ziemią trwa godzinę. Krążymy korytarzami o łukowatych sklepieniach. Mijamy namalowaną na ścianie panoramę Chełma i studnię, do której niegdyś wrzucano śmieci - dziś są cennym źródłem informacji o dawnych czasach. Znaleziono m.in. monety, skorupy naczyń. Kawałek dalej zastygłe w kredzie muszle i skamieliny. Ubrany w bury strój z kapturem górnik-manekin pokazuje, jak wydobywano niegdyś kredę. Nie podpierano korytarzy, nie stosowano planów, więc niejednemu kredowe stropy zwaliły się na głowę.
Docieramy do komory Ducha Bielucha. Gaśnie światło. Ktoś mówi: - Rozumiem teraz, co to są egipskie ciemności. Cisza jak makiem zasiał. Nagle w stroboskopowym świetle pojawia się duch. Dzieci piszczą, dorośli się uśmiechają. A duch opowiada, jak straszył rzezimieszków i poszukiwaczy skarbów pałętających się po podziemiach. Na koniec obiecuje, że spełni jedno życzenie wypowiedziane w ciemności z ręką przyłożoną do kredowej ściany. I znika.
W drodze powrotnej przewodniczka Grażyna Biernacka opowiada, do czegóż to ludzie nie używali kredy. Służyła nie tylko do pisania, ale jako bielidło do twarzy i proszek do czyszczenia zębów i metalu. Mylne jest powszechne przekonanie, że chełmianie budowali z kredy domy - wznosili je z podobnej kolorystycznie opoki.
Z kopalni niedaleko do najcenniejszego zabytku Chełma - późnobarokowego popijarskiego kościoła Rozesłania Świętych Apostołów. Uchodzi on za jedno z najwybitniejszych dzieł Pawła Antoniego Fontany. Masywny kościół z białą fasadą i z dwiema wieżami budowano od 1753 r. przez 10 lat. Powstał na miejscu świątyni ufundowanej w XV w. przez Władysława Jagiełłę na pamiątkę zwycięstwa pod Grunwaldem (pomogło mu w tym rycerstwo z ziemi chełmskiej).
W środku bogactwo złoceń, obrazów, fresków. Ani jeden fragment ścian nie pozostał pusty. Polichromie stworzył nadworny malarz Augusta III Sasa Józef Mayer. Tuż przy wyjściu mój wzrok przykuwa niewielka figurka Dzieciątka Jezus. Siedzi z nogą założoną na nogę i o wiele bardziej przypomina pogrążonego w medytacji Buddę niż Jezusa.
Chełm to miasto pogranicza i kontrastów. Po drodze do cerkwi św. Jana Teologa przechodzę obok dawnej synagogi z 1912 r. - dziś bank, sklep i restauracja Mc Kenzee Saloon...
Cerkiew tonie w zieleni, tylko jej zwieńczone czerwoną blachą pękate kopuły wystają ponad drzewa. Wzniesiono ją na planie krzyża greckiego w latach 1846-50 na potrzeby stacjonującego tu podczas zaborów garnizonu rosyjskiego. W środku XIX-wieczny ikonostas, w jego centrum replika obrazu Matki Boskiej Chełmskiej. Całości dopełniają złocone, ażurowe żyrandole i chorągwie.
Nad Chełmem góruje późnobarokowa bazylika Narodzenia Najświętszej Marii Panny, również projektu Fontany. Ma strzelistą, śnieżnobiałą fasadę z dwiema wieżami, ale wnętrze jest puste, pozbawione ozdób. To tu w 1795 r. koronowano obraz Matki Bożej Chełmskiej. Dziś w bazylice wisi tylko jego replika - oryginał wywieźli w 1915 r. Rosjanie do Łucka na Ukrainie.
Warto wdrapać się na 40-metrową dzwonnicę tuż obok bazyliki. Strome schody prowadzą obok ogromnych dzwonów (dary mieszkańców Chełma) na taras widokowy. Stąd na cztery strony świata rozciąga się panorama Chełma. Widać nie tylko piękny park przy bazylice, zwieńczone krzyżem wzniesienie zwane Wysoką Górką kryjące w sobie średniowieczny gród, ale także blokowiska, kominy fabryki, ogromne osiedle kolejowe z okresu międzywojennego. Całość - budynki i ulice - miały stworzyć kształt orła. Budowę przerwała druga wojna światowa, powstało 150 bloków (nie dopatrzyłam się orlej głowy).
Na rynku otoczonym kolorowo malowanymi kamienicami, tuż obok przykrytej daszkiem studni miejskiej rozłożył się kram z pamiątkami. Króluje Duch Bieluch w różnych postaciach, np. jako magnes na lodówkę i gliniana figurka z wybałuszonymi oczami. Wybieram przypominającego naparstek duszka szczęścia - podobno wystarczy "podrapać w lewą piętę". Nie wiem tylko, czy siebie, czy ducha...