Szopka z Ekwadoru

Cała Święta Rodzina, łącznie ze śpiącym w żłóbku Jezusem, ma indiańskie rysy. Matka Boska siedzi w długiej sukni, ma długie warkocze, na głowie kapelusz, na szyi złote korale - tak właśnie ubierają się kobiety z okolic Calderon

Józef nosi białe spodnie, brązowe poncho i obowiązkowy kapelusz. Jest też anioł, a raczej anielica, a jakże, w indiańskim stroju, choć bez kapelusza (pewnie trudno go założyć, gdy skrzydła wystają ponad głowę). No i jeszcze zwierzaki - sympatyczna krowa i uśmiechnięty osioł. Ta ekwadorska kompozycja stanęła na moim telewizorze już na tydzień przed świętami.

Kupiłam ją kilka kilometrów poniżej równika. Położone przy Panamericanie (słynna szosa biegnąca przez obie Ameryki) miasteczko Calderon nie ma ani zabytków, ani muzeów, a jednak stanowi niemal obowiązkowy przystanek dla tych, którzy wybierają się na wycieczkę ze stolicy Ekwadoru Quito do Otavalo, gdzie w soboty rozkłada się słynny indiański bazar. Powód? Figurki z ciasta chlebowego. Od małych, wręcz mikroskopijnych, służących choćby za broszki, po całkiem duże, nawet 30-centymetrowej wysokości ozdoby do zawieszenia na ścianie. Lepią je na ogół kobiety - zręczne palce błyskawicznie formują lamy, postaci, kwiaty czy charakterystyczne dla tych okolic kaktusy. Ciasto jest od razu barwione (cała gama kolorów), a upieczone i polakierowane figurki wyglądają niczym ceramiczne. - Przetrwają całe lata - zapewniają w Otavalo.

Nie jest to wcale "cepelia" dla zagranicznych turystów, uwielbiają je też sami Ekwadorczycy. Kiedy byłam w Calderon na początku grudnia, lepiono głównie ozdoby choinkowe, no i właśnie szopki. Gdy kupowałam moją (kosztowała 7 dolarów), dostałam w prezencie jeszcze dwie figurki chlebowych indigenos , jak mówią o sobie miejscowi, którzy nie lubią, gdy turyści nazywają ich Indianami.

Więcej o: