Wersja pierwsza jest prosta - mijając po lewej Pałac Dożów, idziemy nadbrzeżem Riva degli Schiavoni, skręcamy w lewo do kościoła San Zaccaria, by pośpiesznie rzucić okiem na jedno z arcydzieł Giovanniego Belliniego, idziemy dalej aż do Scuola San Giorgio Degli Schiavoni.
Wenecka scuola to coś w rodzaju bractwa wzajemnej pomocy łączącego ludzi tego samego pochodzenia i zawodu. Ich siedziby to jedne z najciekawszych architektonicznie budynków typowych dla Wenecji, z wielkimi salami zgromadzeń na piętrze. San Giorgio degli Schiavoni nie jest najokazalszą scuolą, ale za to przetrwał tam do dziś zespół malowideł wykonanych przez Carpaccia. Możemy tu zobaczyć sławnego świętego Jerzego walczącego ze smokiem (jeden z najpyszniejszych smoków, jakie namalowała Europa) oraz cykl ciepłych, refleksyjnych scen z życia świętego Hieronima.
Trzeba teraz wrócić ku dzielnicy świętego Marka w stronę Palazzo Grassi. Możemy obrać dowolną drogę, warto jednak skorzystać z okazji i zahaczyć o dwa wielkie place: Campo Sant'Angelo i Campo Santo Stefano. Do Palazzo Grassi możemy wchodzić bez obaw, "w ciemno", bez sprawdzania, co tu dają w tym sezonie, bowiem każda z tutejszych wystaw monograficznych to wielkie wydarzenie intelektualne i obowiązkowy punkt programu szanującego się europejskiego snoba. Tutaj lansuje się artystyczne mody, wydobywa na światło dzienne zapomniane prądy malarskie i cywilizacje, a wszystko z dobrym aparatem dydaktycznym i w bardzo wygodnym dla zwiedzającego wnętrzu.
Nie da się tego powiedzieć o Akademii, której kolekcja warta jest wszelkiej niewygody. Malarstwo weneckie i północnowłoskie w pigułce, do zobaczenia zwłaszcza Giorgione i Tycjan, bardzo marnie wychodzący na trzymanych w naszych domach reprodukcjach, oraz dla warszawiaków wychowanych w kulcie Canaletta jego o niebo zdolniejszy kolega Francesco Guardi, malujący pełne podskórnej melancholii widoki podupadającej Wenecji.
Jeśli komuś nie przemawiają do wyobraźni tłuści dożowie w futrach i wielkie sceny biblijne, nic straconego. Nieopodal znajduje się Kolekcja Peggy Guggenheim niewielki, ale przez to przyjemny - na ludzką miarę - zbiór tego wszystkiego, co było wielkie w pierwszej połowie XX wieku. Zbiór starannie dobrany; czuje się, że te obrazy gromadziła jedna osoba.
Osoby niechętne malarstwu, natomiast łase na widoki, nie mają nic innego do zrobienia, jak po prostu zapuścić się w miasto, błądząc bez kierunku, łapiąc po drodze ciągle zmieniające się, ale wciąż podobne w smaku sceny cienistych, wilgotnych calli (zaułków) i wygrzanych placów (campi). Nie ma właściwie sensu sugerować jakiejś trasy; najlepsza taktyka polega na tym, żeby wyznaczyć sobie kilka punktów kontrolnych do zaliczenia i poruszać się na chybił trafił między nimi, idąc za głosem intuicji, unikając najbardziej zatłoczonych uliczek, co jakiś czas sprawdzając na mapie, czy nie za daleko zaszliśmy.
Oto kilka takich punktów, o które warto zahaczyć, z trudem wybranych spośród setki kościołów, nie układających się w żadną logiczną całość - ale o logice lepiej tutaj zapomnieć. Co ważniejsze, leżą one mniej więcej w obrębie ścisłego centrum, więc można je wszystkie obejść w jedno popołudnie. Na każdym placu warto usiąść na chwilę po ocienionej stronie i napić się naprawdę czystej wody ze studni.
Campo Santa Maria Formosa - moim zdaniem najurodziwszy wenecki placyk, do zobaczenia koniecznie kościół;
Chiesa S. Giovanni e Paolo - wraz z przyległym klasztorem przemienionym na szpital miejski;
Chiesa S. Maria dei Miracoli - niesamowita, nawet jak na Wenecję, fantazja architektoniczna: kościół pod postacią szkatułki na klejnoty;
Campo Santo Stefano;
Campo dei Frari - w kościele wspaniały Tycjan oraz Bellini;
Scuola di San Rocco - dla amatorów: kilka hektarów płócien Tintoretta;
Scuola di San Giovanni Evangelista - jedna z najpiękniejszych scuole, niesprawiedliwie zapomniana.
Trzeba też zaliczyć jedno z dwóch długich otwartych nadbrzeży, miejsc, gdzie nagle, jak nożem uciął, kończy się miasto: albo zwrócone na południe, gorące Zatterre z widokiem na wyspę Giudecca i wyróżniającą się na niej czystą palladiańską fasadę kościoła Il Redentore. Wzdłuż tego nabrzeża mieszczą się siedziby towarzystw żeglugowych, sporo jest przyjemnych knajpek, w których można poddać się działaniu morskiego wiatru; albo Fondamenta Nuove, zwrócone na północ, a więc prawie zawsze ocienione, z jeszcze rozleglejszym widokiem, urozmaiconym przez zieloną kępę cyprysów na cmentarnej wyspie S. Michele i odleglejsze Murano.
Tuż przed powrotem na ląd zagląda się zwykle pośpiesznie na Cannaregio, prosty, szeroki kanał nieopodal stacji. Jego zaletą jest zwyczajność, to okolica nieobfitująca w "japońskie" zabytki, zamieszkana przez te niedobitki normalnych mieszkańców, jakie się jeszcze na wodzie uchowały. Wzdłuż kanału stoją wielkie, choć nie tak pyszne budynki; im dalej od Canal Grande, tym łatwiej trafić na zwykłą knajpę z miejscowymi pijącymi aperitif, a w bocznych zaułkach i kanalikach na skomplikowanych konstrukcjach z drutów łopocze bielizna i kraciaste obrusy. Przedsmak tej piękniejszej Wenecji, którą będziemy mogli poznać, jeśli zostaniemy tu dłużej.