Całymi dniami chodziłem po zakamarkach Óbidos. Upajałem się zapachem czekoladowych ciast, smakowałem najwymyślniejsze czekoladowe lody, degustowałem czekoladowe nalewki, podpatrywałem czekoladowych rzeźbiarzy, tworzących słodkie okręty, Big-Beny i twierdze.
Oglądałem filmy ukazujące tradycje wykorzystania ziarna kakaowego, historię powstania czekolady mlecznej i migawki z czekoladowego festiwalu w Paryżu. Pewnego dnia dołączyłem do gromady dzieci podążających za Misiem Óbi - maskotką Festiwalu. Zwierzak zatrzymywał się przy stoiskach, zachęcając do korzystania z ich ofert. Jadłem więc gorące kasztany nurzane w czekoladowej polewie, żabki z masy migdałowej obsypane brązowymi wiórkami i inne, trudne nawet do nazwania specjały. W stoisku brazylijskim serwowano delikatnie narkotyzujący napój czekoladowy. Przed setkami lat wymyślili go Aztekowie, pierwsi ponoć przetwórcy kakaowego ziarna. Dwie Brazylijki w mikołajkowych strojach z wdziękiem nalewały gorący napój do kubków, życząc "smacznego" w dziesiątkach języków świata. Smakował wyśmienicie i niesamowicie wzmagał apetyt, choć przecież czekoladę zazwyczaj podaje się jako deser.
Warto było zapłacić 1,5 euro za 400 gramów tej ambrozji - kubek dostawało się w prezencie. Dostałem także darmowy bilet wstępu do garncarskiej manufaktury, gdzie owe kubki ręcznie malowano. W podgrodziu średniowiecznego Óbidos zaimprowizowano tradycyjny warsztat, gdzie goście mogli się przyglądać pracy rzemieślników.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że w następnej edycji Międzynarodowego Festiwalu Czekolady w Óbidos wystąpię jako finalista jednego z kulinarnych konkursów.