Ukryte światło Rzymu

Chłodny półmrok kościołów kryje niewiarygodne skarby często pomijane przez przewodniki i dzięki temu wolne od tłumów

Żadne miasto świata nie kryje tylu sekretów, bo też żadne inne nie powstaje nieprzerwanie od 2,5 tys. lat. Nie sposób zrobić kroku, by nie natknąć się na perłę architektury baroku, obraz malarza z najwyższej półki, czy rzeźbę z czasów Oktawiana... W takich warunkach łatwo się zniechęcić i przesiedzieć cały pobyt w kawiarni na Piazza Navona, jak najbliżej fontanny - zresztą dzieła najwybitniejszego twórcy włoskiego baroku Gian Lorenzo Berniniego (1598-1680). Dlatego zanim pojedziemy do Rzymu, lepiej wiedzieć, czego się szuka. A znaleźć można miejsca, które zapamięta się na zawsze. I wcale nie trzeba przedzierać się przez tłumy turystów oblegających wiecznie to samo: Watykan, Fontannę di Trevi, Zamek Świętego Anioła.

***

Jeśli nie rozpala naszej wyobraźni stos starożytnych kamieni, a wypalone słońcem rzymskie fora są tylko jeszcze jednym obowiązkowym miejscem, którego obejrzenie przypłacimy udarem słonecznym - jest na to rada. Chłodny półmrok kościołów kryje niewiarygodne skarby często pomijane przez przewodniki. Weźmy pod uwagę choćby dwa ciche i rzadko odwiedzane przez turystów kościoły - San Francesco a Ripa na Zatybrzu i Santa Maria della Vittoria niedaleko Kwirynału. One same warte są wizyty w Wiecznym Mieście, nawet gdyby reszta pobytu upłynęła nam na przesiadywaniu w kawiarniach.

Mała Santa Maria della Vittoria ma niepozorną, niczym niewyróżniającą się (na tle innych kościołów) fasadę. Za drzwiami zostawiamy rozgrzaną, hałaśliwą ulicę i wkraczamy w inny świat. Oczy muszą przywyknąć do półmroku w niewielkiej kruchcie, a pod powiekami jeszcze przez chwilę zostaje oślepiające słońce. Całe bogactwo barokowego wystroju uderza w jednonawowym wnętrzu. Idziemy w kierunku ołtarza i wydaje się, że to, co widzimy, jest dowodem na tchnienie prawdziwego ducha. I nagle, kiedy wzrok, podążając za rytmem marmurowych kolumn, wędruje w lewo, porażeni zastygamy w pół kroku. Na tle spływających wprost z nieba złotych promieni dwie białe postaci unoszą się w powietrzu. Dopiero po chwili jesteśmy w stanie dostrzec, że to nie duchy. Nogi same prowadzą nas w pobliże tej niezwykłej sceny. Zaczynamy wyławiać szczegóły. W środkowej części marmurowego ołtarza uśmiechnięta skrzydlata postać o boskim ciele celuje złotą strzałą w omdlewającą młodą kobietę. Figura niemal pogańska, jakby żywcem wzięta z bachicznych scen starożytnej mozaiki. Nic bardziej mylnego - to ekstaza świętej Teresy z Avila, i to nie w ciało, ale w jej ducha unoszonego na obłoku do nieba, celuje uśmiechnięty anioł: "To dotknięcie miłości, która istnieje między duszą a Bogiem, jest tak słodkie, że proszę Boga, aby pozwolił doświadczyć jej tym, którzy sądzą, że kłamię". Bez wątpienia Bernini miał słowa św. Teresy przed oczami, gdy tworzył to niezwykłe dzieło. Niezależnie od tego, czy wierzymy w ekstazy świętej, czy tego rodzaju przeżycia są nam obce, przez krótką chwilę mamy szansę być blisko świata odległego od zwykłego życia toczącego się tuż za ścianami świątyni.

Jak zwykle u Berniniego, scena została umieszczona tak, że jasne promienie słońca przenikające do wnętrza przez ukryte okno stapiają się ze złotymi promieniami boskiej poświaty będącymi dziełem rąk artysty. Na to wszystko patrzą od wieków członkowie rodziny Cornaro z loży w ścianach bocznych kaplicy. Naprawdę trudno tak po prostu wstać i wyjść. I zapewniam, że będziecie tu wracać, ilekroć przyjedziecie do Rzymu.

San Francesco a Ripa to kościół i klasztor, w którym mieszkał św. Franciszek, gdy odwiedzał Rzym (wtedy pod wezwaniem św. Blaisa). Można zwiedzać celę i obejrzeć kamień, którego używał zamiast poduszki. Ale naszym celem jest kaplica Paluzzi-Albertino, ostatnia po lewej stronie nawy. Tam właśnie Bernini zostawił jedno z ostatnich dzieł - posąg błogosławionej Lodoviki Albertoni. W czasach, gdy powstał, wzbudził niemal oburzenie, a i dziś trudno uwierzyć, że Berniniemu chodziło o moment śmierci błogosławionej Lodoviki. Twarz w ekstazie, wygięte w łuk ciało, ręce obejmujące piersi, szata w nieładzie, wszystko to przywodzi na myśl bardzo odległe od śmierci chwile. Postać błogosławionej otacza naturalne światło wpadające z ukrytego nad posągiem okna, ale mamy wrażenie, jakby twarz w ekstazie rozjaśniał blask nie z tego świata...

***

Wielbiciele autora "Kodu da Vinci" powinni jeszcze pojechać na Piazza Santa Maria del Popolo, gdzie stoi kościół pod tym samym wezwaniem. Dan Brown opisał znajdującą się tam kaplicę Chigi w innej książce - "Anioły i Demony", a rzeźba Berniniego "Habakuk i anioł" była jedną ze wskazówek prowadzących do rozwiązania mrocznej tajemnicy. Swoją drogą to zdumiewające, że można opisać Berniniego jako wroga kościoła, choć wiadomo, że był jednym z najgłębiej wierzących artystów swojej epoki, a jego mistyczne dzieła nie są przypadkowe.

Santa Maria del Popolo jest warta zobaczenia, nawet jeśli ani Bernini ani wplatanie go w antykościelne spiski przez gwiazdę powieści sensacyjnej nie robią na was wrażenia. Wszyscy z obowiązku pędzimy do najsłynniejszych muzeów świata, aby tam, na płaskich ścianach, oglądać obrazy, których naturalne środowisko jest całkowicie odmienne (El Greco wisi obok Murilla, a Leonardo obok Tycjana - eksponaty odarte z tajemnicy). Tymczasem w tym kościele mamy jedną z nielicznych okazji, aby zobaczyć dzieła jednego z najwybitniejszych artystów wszech czasów dokładnie w tym samym miejscu, w którym umieszczono je ponad 400 lat temu - w kaplicy Cerasi. Dwa niezwykłe obrazy Caravaggia (1571-1610) - "Nawrócenie w drodze do Damaszku" i "Ukrzyżowanie Świętego Piotra" - mają tu spokój i ciszę, tajemniczy półmrok, w którym boska poświata odbijająca się w oczach nawróconego Szawła jest niemal namacalna. Nawet jeśli rozsądek podpowiada, że genialne dzieła mistrzów są bezpieczniejsze we współczesnych galeriach, to bardzo trudno się z tym pogodzić po wizycie w kaplicy Cerasi.

Dlatego z Piazza del Popolo trzeba zaraz pojechać (albo pójść) via di Ripetta do San Luigi dei Francesi, kościoła wspólnoty francuskiej niedaleko Panteonu. Trzy kolejne słynne dzieła Caravaggia poświęcone św. Mateuszowi zawisły w kaplicy Contarelli mniej więcej w tym samym czasie, co te w Santa Maria. Zdumiewające, że tak niewielu turystów o tym wie i tak niewielu tu przychodzi, gdy tymczasem nawet pojedyncze obrazy Caravaggia wystawiane w galeriach gromadzą tłumy. Znowu mamy dość czasu i miejsca, aby dać się porwać nieziemskiemu wiatrowi rozwiewającemu szatę Ewangelisty, uwieść gestowi Chrystusa powołującego Mateusza do grona wybranych i razem z przerażonym chłopcem przeżyć męczeńską śmierć świętego. Te obrazy zostają pod powiekami na zawsze.

Jest jeszcze jedno miejsce, w którym można obejrzeć Caravaggia tak, jak widzieli go współcześni - tuż za rogiem, w kościele Sant'Agostino. Tylko jeden obraz - "Madonna Loreto". Dwoje starych, zmęczonych życiem prostych ludzi klęczy w nabożnych pozach przed młodą kobietą o rysach i w ubraniu dziewczyny z ludu, trzymającej na rękach kilkuletnie dziecko. I nie chodzi już o to, że zamiast wyniosłej damy o arystokratycznych rysach, malarz sportretował dziewczynę z sąsiedztwa. Światło pełzające po jej dekolcie, wydobywające najdrobniejsze załamania prostej szaty, zmęczony profil, brudne nogi klęczącego starca na pierwszym planie, trudne do uchwycenia emocje, wszystko to każe w skupieniu i ciszy trwać przed tym obrazem jak najdłużej.

W Rzymie jest jeszcze kilka obrazów Caravaggia: "Ukrzyżowanie" w Pinakotece Watykańskiej, "Madonna dei Palafrenieri" i "Bachus" w Galerii Borghese. W tejże galerii stoją także słynne posągi Berniniego: "Porwanie Prozerpiny", "David" czy "Apollo i Dafne". Z pewnością warto je zobaczyć. Ale w żadnym muzeum nie przeżyjemy takich emocji, jak w mrocznych, pustych, pachnących kadzidłem kościelnych kaplicach.

Więcej o: