- Można wejść do środka? - pyta mnie kierowca taksówki, gdy zamawiam kurs do wieży ciśnień Na Grobli. - Nie? Szkoda, oglądałem reklamówkę piwa nakręconą we wnętrzu wieży. Imponujące.
Też tak myślę, gdy inżynier Ryszard Nowakowski z MPWiK otwiera ciężką bramę. Jak wejście do zamku. Byli tacy, co porównywali fasadę wrocławskiej wieży do pałacu Wielkich Mistrzów w Malborku albo angielskich wież mieszkalnych. Za to sień ma jak w porządnej wrocławskiej czynszówce.
Stukam obcasami po dziewiętnastowiecznych kafelkach, oglądam resztki malowanych nenufarów na ścianach i kręcone, żeliwne schody. Koronkowa robota, strach na nie wejść. - Kończą się na wysokości 38 metrów, dwa metry przed zbiornikiem wody umieszczonym na samym szczycie wieży - wyjaśnia inż. Nowakowski.
Balustradę już zżera rdza, ale stopnie wciąż w doskonałym stanie. Chociaż czy można im zaufać po 135 latach eksploatacji?
Oswajam się z myślą, że zakończę żywot, spadając w czeluść wieży, i wdrapuję się za moim przewodnikiem, patrząc wyłącznie pod nogi. - Widzi pani te ornamenty? Liście strzałki wodnej i kwiaty nenufarów. Indywidualny projekt - mówi Ryszard Nowakowski. - Nie ma drugiego takiego obiektu na świecie.
Nenufary na ścianach, nenufary na schodach, tutejsi pracownicy musieli czuć się jak nimfy wodne. Ilu ich było? - Dwóch. Majster i jego pomocnik - wyjaśnia inż. Nowakowski.
- Tylko oni tu wchodzili i tylko oni oglądali te wszystkie piękne detale. Dla pozostałych mieszkańców Wrocławia wieża miała wyłącznie czystą wodę. Dostęp do niej kosztował budżet miejski prawie trzy miliony marek.
Ale ta inwestycja była absolutnie konieczna. "Dobra woda do picia jest we Wrocławiu rzadkością, wyróżnia się nią jedynie dzielnica Katedry i kilka posesji w mieście" - czytam w jednym z wrocławskich druków z 1824 roku. Czerpano ją często wprost z fosy miejskiej, a ta była bardzo zanieczyszczona. Nad brzegami Oławy miejskiej znajdowały się ustępy, przepływająca woda zabierała fekalia. Nic dziwnego, że w mieście co rusz wybuchały epidemie.
Zresztą samo czerpanie wody już było czynnością niebezpieczną. Brzegi rzeki były często strome, drewniane tratwy też nie stanowiły wystarczającego zabezpieczenia. "Breslauer Beobachter" pisał w 1850 roku, jak to w styczniowy poranek służąca płukała w Oławie bieliznę, poślizgnęła się na oblodzonej tratwie i wpadła do lodowatej wody. Miała szczęście, uratował ją rzeźnik Ende.
Rajcy czuli, że stoją pod ścianą i trzeba zainwestować w wodę, ale podjęcie decyzji szło im niesporo. Już w 1847 roku dyskutowali o tym na sesjach rady miejskiej, a dopiero w trzynaście lat później postanowili rozpisać konkurs na opracowanie projektu nowoczesnego wodociągu wraz z siecią rurociągów rozprowadzających. Tempo zabójcze, grabarze mieli pełne ręce roboty, bo cholera ciągle do miasta zaglądała ("w przeciągu 24 godzin w samym klasztorze urszulinek umarło jedenaście osób" - pisała w lutym 1853 roku prasa).
Doszło do tego, że za tropienie czystej wody zabrała się... policja. Ogłosiła potem "wykaz studzien we Wrocławiu, w których woda jest zupełnie wolną od obcych części. W całym mieście jest tylko 18 takich studzien" - informował w 1867 roku krakowski "Czas". Stróże porządku podali także prosty i tani sposób na zbadanie czystości wody: "W naczynie dobrze zakorkowane z białego szkła wlewa się wodę i naczynie stawia na białym papierze. Jeżeli po pewnym przeciągu czasu woda pozostaje bezbarwna i na dnie tworzy się osad żółty lub zielonawy, ani też woda nie okazuje w sobie plam lub nitek, wtedy jest zdrową do picia".
Nie wiadomo, czy wrocławianie stosowali się do tej instrukcji. Na szczęście w tym samym roku rozpoczęto budowę nowego zakładu wodociągowego.
Zakład stanął na tzw. Niskich Łąkach (Neu-Holland), między ujściem Oławy i lewym brzegiem Odry, po obu stronach drogi zwanej Na Grobli (Am Weidendamm) do wioski Rakowiec (Morgenau). Zaczął pracować 1 sierpnia 1871 roku.
Ryszard Nowakowski: - Radni wybrali projekt angielskiego inżyniera Johna Moore'a z Berlina (choć duże poprawki wniósł wrocławski radca budowlany Carl Zimmermann). Zakładał on, że zbiornik czystej wody i wszystkie maszyny zostaną umieszczone w jednym budynku. W całej Europie nie ma drugiego takiego rozwiązania. Zazwyczaj wieża ciśnień jest osobnym obiektem budowlanym. A wrocławska mieściła w swoim wnętrzu najważniejsze urządzenia myśli inżynierskiej wieku pary.
I co najciekawsze, wciąż możemy je oglądać. Robią wrażenie. Dwie maszyny parowe podwójnego działania (energia pary wykorzystywana była dwukrotnie), podobno z największym w Europie kołem zamachowym o średnicy 7,5 metra, są wbudowane w trzy kondygnacje. Cała konstrukcja ma wysokość 24 metrów! Maszyny wyprodukowano w 1879 roku w zakładzie Gustava Heinricha Ruffera przy Lorenzgasse 2 (dziś Sikorskiego).
Na pierwszej kondygnacji oglądam koła zamachowe i wały korbowe, na drugiej prowadnice korbowodów i system przekazania napędu do pomp wodnych, na trzeciej same cylindry i elementy sterowania maszyną, takie jak wentyle i regulatory Watta (służyły do stabilizacji obrotów maszyny).
Inżynier Nowakowski mówi, że maszyna napędzała pompy tłokowe o wydajności 1000 m sześciennych na godzinę (taką samą mają używane dziś duże pompy). Mnie bardziej interesuje obudowa cylindrów - drewno cedrowe - i żeliwne kolumny z korynckimi kapitelami, podpierające poszczególne kondygnacje. Zdumiewająca jest ta dbałość o estetykę.
Początkowo wieża zaopatrywała w wodę - z Odry, uchodziła za bardzo dobrą - dwustutysięczne miasto. Statystycznie na głowę każdego z wrocławian przypadało dziennie ok. 90 litrów. Całkiem nieźle, choć dziś mamy 40 litrów więcej. Metr sześcienny (1000 litrów) kosztował 20 fenigów, za klozet spłukiwany opłacało się roczny ryczałt 2,25 marki.
Szybko jednak okazało się, że kolejka do wody cały czas się wydłuża. Już w 1885 roku Wrocław miał prawie trzysta tysięcy ludzi, trzeba więc było uruchomić w wieży nowe maszyny. Jednocześnie rozbudowywano cały czas sieć wodociągową.
Nowy system rur miał w 1890 roku prawie 200 km długości i zasilał dodatkowo 2000 hydrantów oraz sześć fontann. Wodę wciąż jednak czerpano z rzeki. Na początku ubiegłego wieku zrezygnowano z rzecznych ujęć na rzecz wody gruntowej. Czerpano ją z kilkuset studni, wybudowanych na terenie miasta i okolic. A wieża?
Ryszard Nowakowski: - Jeszcze długie lata służyła jako miejsce instalowania pomp i turbin parowych. Dopiero w latach 50. ubiegłego wieku okazało się, że wysokość zbiorników na wieży nie wystarcza, aby w ciągu dnia woda docierała na wyższe piętra budynków na Psim Polu czy Fabrycznej. Ciągle jednak wieża pracowała jako maszynownia. Turbiny parowe wyłączono dopiero w 1964 roku.
Od ponad czterdziestu lat jest tylko wspaniałym zabytkiem techniki. Niestety, zamkniętym przed zwiedzającymi. Ale i tak ma status gwiazdy.
Monika Czarnecka, rzeczniczka prasowa MPWiK: - W wieży kręcono reklamówki piwa, japoński film "Avalon" i "Falę zbrodni". Wystawia tu swoje spektakle teatr Ad Spectatores i nagrywa programy telewizyjne prof. Bednarek.
Reszta wrocławian i turystów na razie musi obejść się smakiem. Warto jednak choć z zewnątrz obejrzeć wieżę, bo to jeden z najbardziej charakterystycznych obiektów nabrzeża Odry. Szczególnie pięknie wygląda w nocy, od tygodnia jest efektownie iluminowany. Lampy (łącznie 124) umieszczono na ścianach budynku, dachach, masztach i na trawniku. Przygotowano dwa warianty oświetlenia: codzienne (z użyciem 64 lamp) i świąteczne.
Monika Czarnecka: - Tylko tyle na razie możemy zrobić. Chcieliśmy w ten sposób uczcić 135-lecie uruchomienia Zakładu Uzdatniania Wody "Na Grobli". Mamy jednak nadzieję, że wieża zostanie wkrótce otwarta i stanie się ważnym punktem na mapie turystycznej Wrocławia.
Jest na to szansa, prezydent Rafał Dutkiewicz planuje uruchomienie tam "pałacu cudów" albo muzeum techniki. Możemy w końcu wszyscy zobaczą żeliwne nenufary.