Czy ktoś z Czytelników pamięta jeszcze pionierki? W latach 60.-70. ubiegłego wieku było to najpopularniejsze obuwie turystyczne ze skórzanymi cholewkami, na gumowych podeszwach. Lekkie, praktyczne, chociaż przeważnie przeciekające po pierwszym zetknięciu z deszczem. Kiedy przed laty wróciłem do Katmandu z himalajskiego trekkingu, nie były mi już potrzebne i tylko zajmowały drogocenne miejsce w plecaku. Na głównym placu miasta bosonodzy chłopcy rozłożyli płachty brezentu lub plastiku i poukładali na nich wszystko, co mogło zainteresować turystów. Wspaniałe, zakrzywione noże Gurkhów, swetry i kamizelki z wełny jaków, biżuterię, fajki, i co tam jeszcze.
Moją uwagę przykuł niewielki młynek modlitewny z kości ozdobiony czerwonymi koralikami. Sprzedawca, widząc, jak jestem zainteresowany, zaczął natychmiast demonstrować jego zastosowanie. Przy pomocy ciężarka zawieszonego na łańcuszku bębenek można było z łatwością wprawić w ruch obrotowy, a każdy obrót oznaczał jedną modlitwę. Zaczęły się targi i po kilkunastu minutach chłopak został właścicielem moich pionierek, a ja - kościanego młynka. - Look, sahib - powiedział na pożegnanie, zdejmując pokrywę z młynka. - Look inside! I pokazał mi papierowy zwitek z wypisaną mantrą. Za tego sahiba , słowa znanego mi z "W pustyni i w puszczy", dostał dodatkowo dolara.
Gdy nazajutrz przechodziłem przez rynek, zobaczyłem mojego handlarza w nieprawdopodobnie wyczyszczonych i lśniących pionierkach. Były pewnie na niego ze trzy numery za duże, ale i tak stanowiły obiekt zazdrości współziomków.