Za każdym razem, gdy zakładam ją na palec, uświadamiam sobie, jaki sens ma dla mnie podróżowanie. Nie chodzi tylko o zwiedzanie nowych miejsc, ale przede wszystkim o poznawanie nowych ludzi - spotkania, rozmowy, czasem tylko uśmiech sprawiają, że stajemy się częścią świata innych. Zazwyczaj tylko na chwilę, czasem na dłużej.
Przydarzyło mi się to w ciepły październikowy wieczór na Plaza de Armas, gdzie z grupą przyjaciół czekałem na autobus. Podeszła do nas młoda dziewczyna z niemiłosiernie umorusanym chłopczykiem na plecach, zawiniętym w kolorową narzutę. W rękach trzymała kilka kolorowych, ręcznie wydzierganych lalek pacynek, które chciała nam sprzedać. Dawno już wyrosłem z dziecięcych zabawek, ale szybko pojąłem, jak bardzo Peruwiance na tym zależało. Niepytana wymieniła cenę dwóch soli - niewiele dla bogatych turystów (za jakich nas pewnie uważała), dużo jak dla biednej dziewczyny (jak my ją widzieliśmy).
Gdy oglądałem malutkie pacynki, moją uwagę zwróciła beżowo-brązowa lama; przyjaciele przyglądali się konikom, kotkowi i dwóm wielbłądom. Kupiliśmy w końcu wszystkie, nabywając coś jeszcze - uśmiech i chwilę szczęścia dziewczyny z Cuzco.
Dziś, gdy sięgam po lamę, zastanawiam się, czy ta dziewczyna wciąż sprzedaje swoje wełniane drobiazgi. Jeśli tak, to zapewne nas nie pamięta, ale mnie - kilkanaście tysięcy kilometrów od Cuzco - maleńkie dzieło jej rąk przypomina ją i to, co pozostało w Andach po fascynującym inkaskim imperium.