Paralotnie

Na bungy w życiu by nie skoczyli. Ale pofrunąć jak ptak to ich zawsze kusiło. - pierwszy lot to był szok - opowiadają. Jest ich ponad 20 w warszawskim Gekon Glide Club, paralotniarskim.

PARALOTNIE

Na bungy w życiu by nie skoczyli. Ale pofrunąć jak ptak to ich zawsze kusiło. - pierwszy lot to był szok - opowiadają. Jest ich ponad 20 w warszawskim Gekon Glide Club, paralotniarskim.

- Zbocze z równym przedpolem zobaczył nasz kolega, lecąc samolotem nad Płockiem - opowiada prezes klubu Piotr Sawka.

To zbocze to wiślana skarpa. Pierwszy raz przyjechali dwa lata temu, łamiąc zakaz wjazdu samochodami na płocką skarpę, i rozłożyli się na prywatnej działce. - Tuż obok mają siedzibę miejscy strażnicy, nie przeganiali - opowiada Sawka. - A policjanci przyjechali, żeby zapytać, gdzie mogliby nauczyć się latać.

Teraz już zadomowili się w Płocku. Wynegocjowali z władzami startowisko i pozwolenie na wjazd samochodami. A płocczanie przychodzą ich oglądać.

Gdy są niewylatani, przyjeżdżają dwa razy w tygodniu. - Zamykamy wcześniej firmy, sprzęt do bagażnika i w drogę.

Ostatnio byli w pięciu. Wiek od dwudziestu paru do ok. pięćdziesięciu lat. Jan Wołyński w uprzęży z protektorem jak wielki plecak, w kasku, kombinezonie i wysokich butach staje parę kroków od urwiska, czeka na wiatr. - Gdy spada się w krzaki, protektor działa jak amortyzator. Buty to podwozie, przy lądowaniu chronią staw skokowy, bo skręcenie kostki czy kolana to nasze najczęstsze kontuzje - wyjaśnia Sawka.

Na brzuchu Wołyński ma zapasowy spadochron. Na kolanie wariometr, który pokazuje noszenia, opadania, wysokość, temperaturę, rejestruje lot, czas itd.

Gdy przywiązana do krzaka fiołkowa wstążka ułoży się prostopadle do pobliskiego budynku, to znak, że można startować. Najpierw Wołyński pomaga wiatrowi podnieść skrzydło o wymiarach kawalerki. - Od 24 do 33 mkw - uściślają paralotniarze - bo dobiera się je do umiejętności i wagi.

Bieg i .... rozpoczyna się przygoda. Choć tak na prawdę bywa różnie. Czasem na wyjście ze startowiska czekają i pół dnia. - Raz tak wiało, że tylko nadlatywaliśmy nad pobliskiego grilla po kiełbaskę - wspomina Czarnak. Bo gdy kiepsko wieje, skrzydło z furkotem opada na paralotniarzy. - Trzeba uważać, bo spadająca, naprężona linka może nawet odciąć ucho - przestrzegają.

Za to przy dobrych wiatrach, 3-5 m/s, nawet i dwie godziny wznoszą się 200 metrów nad linią startu. - Gdy lecę skrzydło w skrzydło z ptakiem, a ten na mnie pytająco zerka, to myślę, że uczestniczę w cudzie - wtrąca Grzegorz Bujanowski. Sawka dodaje: - Opowiadał mi znajomy, że podczas lotu we włoskich Alpach dwukrotnie okrążył go wielki sęp płowy. To dopiero przeżycie.

Czy to niebezpieczny sport? - Jak ktoś kupuje sprzęt i książkę o paralotniarstwie, zamiast iść na kurs, to jest to prawdziwe ekstremum - tłumaczy Sawka.

Paralotniarze znad płockiej Wisły to wyższy stopień wtajemniczenia. Wszyscy są posiadaczami licencji. Mówią o sobie, że należą do elitarnej grupy ludzi bogatszych o widoki, których inni nigdy nie doświadczą.

- My czujemy, że atmosfera żyje. Uwielbiam latać nad Płockiem, bo to chyba jedyne startowisko w centrum miasta. Można zrobić slalom między latarniami, albo iść po czubkach drzew lekko je muskając - zachwyca się Bujanowski.

Za pełne wyposażenie paralotniarz zapłacić musi od 5 do 7 tys. zł. Jak dojechać od granic miasta, od strony Warszawy:

Wjeżdża się ulicą Wyszogrodzką, potem w lewo w Kilińskiego i przed mostem w prawo w ul. Mostową. Mija się katedrę, przez plac Narutowicza ulicą Teatralną dojazd do startowiska przy ul. Piekarskiej. Ale niewtajemniczonych obowiązuje zakaz wjazdu na Piekarską, samochód można zostawić przy pobliskiej Teatralnej.