Chusta z Zakopanego

Jest czerwona, w kolorowe kwiatki, wełniana, bez frędzli. Duża, można się nią okryć. Przywiozłam ją z Zakopanego zeszłej jesieni. Do dziś przypomina mi tamte wakacje...

Był to mój pierwszy w życiu miesiąc w Tatrach, i to w samym ich sercu. Na początku ciężko mi było odnaleźć się w tym zgiełku i tłoku. Pierwszą górą, którą zdobyłam, była Gubałówka. Szłyśmy z koleżanką jakieś pół godziny po to tylko, żeby na szczycie zobaczyć pizzerie i mnóstwo knajp. To nie tak miało być!

Jednak z każdym dniem Zakopane stawało mi się coraz bliższe. Górale byli gościnni i życzliwi, a kolejne góry coraz mniej męczyły. Weszłyśmy na Giewont i na Kasprowy, zobaczyłyśmy Dolinę Pięciu Stawów i Dolinę Ku Dziurze... Pod koniec września, gdy wracałyśmy z Grzesia, zaskoczyła nas straszna ulewa. Lało jak z cebra, było coraz ciemniej. Przemoknięte i zziębnięte szłyśmy Doliną Chochołowską. Droga nie miała końca. W połowie doliny zaczęły wyłaniać się światła bacówek. To z jednej z nich zawołała nas starsza kobieta. Zaprosiła do środka, dała koce i chusty do okrycia. Dostałyśmy ciepłe moskole (placki ziemniaczane) z oscypkami i herbatę z wódką na rozgrzewkę. Góralka przedstawiła nas również mężowi i synowi.

Było późno, słońce dawno zaszło, a pogoda robiła się coraz gorsza. Nie było już szans na autobus do Zakopanego, więc przenocowałyśmy w bacówce.

Żegnając się nazajutrz, przypadkiem zapakowałam do plecaka chustę. Niestety, nie znam nazwiska gościnnych gospodarzy, by im ją odesłać. Może kiedyś jeszcze tam wrócę i ją oddam...

Więcej o: