Pozjeżdżaj w Ździarze

Starannie przygotowane stoki, drewniane domy w paski i pyszne jedzenie - pół godziny od granicy

Przejście na Łysej Polanie. Kolejka samochodów umiarkowana, sporo pieszych idących tylko do sklepu z alkoholem, 200 metrów od granicy. Tuż obok przystanek. Zimno, minus 10 stopni, wszędzie masy śniegu. Podekscytowani jak zawsze podczas przekraczania granicy patrzyliśmy przez oszronione szyby autobusu na wielkie świerki w czapach śniegu, krętą drogę i pierwsze słowackie wioski. Niby podobnie jak u nas, a jednak inaczej. Przede wszystkim szosa była zupełnie biała. Tutaj nie walczą ze śniegiem przy pomocy soli, lecz ubijają go i posypują żwirem, by zwiększyć przyczepność. Metoda znacznie mniej zagrażająca środowisku i bardziej estetyczna niż nasza. Nie ma brudnych zwałów na poboczach, nie ma zasolenia gleby, a żwir wiosną wystarczy zmieść. Domy też inne - o konstrukcji zrębowej jak na Podhalu, ale kolorowe. Wypełnienia między balami często są pomalowane na niebiesko lub biało - domy są więc w paski, w narożach mają białe ornamenty, a wokół okien czerwone.

***

Po pół godzinie byliśmy w Ździarze (słow. Ždiar), to tylko 15 kilometrów od granicy.

Długa wieś leży w Dolinie Białej dzielącej Tatry Bielskie od Magury Spiskiej. Osadnicy przybywali tu na przełomie XVI i XVII w. zarówno ze słowackiego Spiszu, jak i z terenów polskich. W roku 1787 wieś miała już 120 domów i 794 mieszkańców: rolników, pasterzy, węglarzy, którzy od XIX w. zaczęli w coraz większym stopniu żyć z turystów. Tych ostatnich ciągle przybywa. Przyciągają ich wspaniałe tatrzańskie krajobrazy, zabytkowe zagrody, żywa, zbliżona do podhalańskiej kultura ludowa, a zimą kilkanaście wyciągów. Najkrótsze są w centrum wsi, większe na obrzeżach - w rejonie Strednicy, w przysiółku Bachledowa Dolina oraz w rejonie Jezierska. Są też piękne trasy biegowe (30 km) prowadzące grzbietami Magury Spiskiej i Monkovą Doliną.

Pokoje do wynajęcia mają w Ździarze prawie wszyscy, po godzinie poszukiwań znaleźliśmy coś dla siebie. Dom był drewniany, pod gontem, bale grube, pociemniałe, a pomiędzy nimi pasy w kolorze ultramaryny. W izbie tak samo. Na tle pasiastych ścian Matka Boska i św. Józef sąsiadowali z powyginanymi korzeniami i mnóstwem polakierowanych hub. Na każdej, niczym na półeczce, stały święta figurka, baranek albo krucyfiks. Całości dopełniały fajansowe talerze malowane w kolorowe kwiaty, a w przeszklonym kredensie równo ustawione złocone filiżanki. Przez okno widać było ogródek pokryty półtorametrową warstwą śniegu, z zasp wystawały jedynie czubki sztachet. Wieczorem, zasypiając pod puchową pierzyną, słuchaliśmy, jak wiatr, poświstując, krąży wokół domu. Rano z trudem otworzyliśmy zasypane śniegiem drzwi.

***

Następne dni upłynęły nam na nartach, najpierw zjazdowych (stoki starannie utrzymane, wieczorem oświetlone), a potem biegowych. Skorzystaliśmy z dobrze wyposażonej wypożyczalni sprzętu. Pogoda była cudna, choć mroźna, po nartach rozgrzewaliśmy się więc w knajpkach, co dzień w innej. Miały sympatyczny regionalny wystrój - drewniane stoły, ławy - i miłą obsługę. Naszym ulubionym daniem stała się czosnkowa polewka, czyli rosół przyprawiony czosnkiem podawany z grzankami. Poza tym były oczywiście pirohy , pieczone mięsa i węgierski gulasz z knedliczkami. Do tego pyszne słowackie piwo i korbaczki - wędzone nitki serowe z dodatkami ziołowymi. Gdy mieliśmy ochotę na słodycze, jedliśmy palacinki - naleśniki z konfiturami i bitą śmietaną albo polewane czekoladą. Kuchnia może niezbyt lekka, ale za to smaczna, a w dodatku niedroga.

Wybraliśmy się do neogotyckiego kościoła z 1813 r. w środku wsi. Obejrzeliśmy też małe muzeum etnograficzne (Ždiarska Izba, poniedziałek-piątek, od 9 do 16) z typowym wyposażeniem XIX-wiecznej drewnianej chaty ździarskiej, która niewiele różniła się od naszego wynajętego pokoju. W sklepie obok można było kupić słowackie rękodzieło - śliczne zabawki na choinkę z liści kukurydzy i fajans ze słynnej manufaktury w Modrej: białe talerze, miski, miseczki, świeczniki, dzbanki malowane w niebieskie lub wielobarwne kwiaty. Wybór duży, a wzory tak różnorodne, że trudno się oprzeć.

***

Nasz gospodarz, samotny starszy góral, był ratownikiem w Horskej Službie (odpowiednik polskiego TOPR-u) i muzykiem (grał na skrzypcach). Mówił językiem tylko nieznacznie różniącym się od znanego nam z Podhala. Rano nas zaskoczył. Zasilony gotówką (zapłaciliśmy z góry za cały tydzień) wybierał się do Zakopanego po... kapelusz. U kogo zamierza kupić? Jak to u kogo, oczywiście u Bułecki, tylko on ma dobre (tu padło wiele ciepłych słów na temat Bułecki, toprowców i innych zakopiańczyków).

Przez następne dni my bawiliśmy się w Ździarze, a gospodarz w Zakopanem. Po kilku dniach wrócił z czarnym filcowym kapeluszem. Jego radość była wielka i... mocno zakrapiana. Potem zaczęło się montowanie pióra. Orlego. Znalazł je już dawno, martwił się tylko, że nie jest dość długie (nam wydawało się olbrzymie). W końcu, narzekając na długość pióra, wyruszył z domu. Oględziny i wizyty trwały nieprzerwanie aż do naszego wyjazdu. Mam nadzieję, że nie dłużej, bo konsekwencje tych ponadgranicznych związków stawały się dla naszego gospodarza coraz bardziej wyczerpujące.

W Ździarze jest wyciąg krzesełkowy oraz 12 orczyków i wyciągów talerzykowych, długość tras zjazdowych -11,2 km; Strednica - trasy o umiarkowanym stopniu trudności, dla mniej zaawansowanych narciarzy; Bachledowa Dolina - średni stopień trudności; karnet całodniowy - 690 koron, dzieci - 490, 3-dniowy - 1930, dzieci - 1370, 7-dniowy - 2440, dzieci - 3500

W sieci:

http://www.zdiar.sk