Postawa pani Bronisławy zasługuje na medal. Góralka własnoręcznie zapobiegła rozprzestrzenieniu się ognia, dzięki czemu prawdopodobnie ocaliła nie tylko dobytek sąsiadów, lecz także spory fragment Tatrzańskiego Parku Narodowego. O sytuacji poinformował Tygodnik Podhalański, którego reporter dotarł do bohaterki i z nią porozmawiał.
Do niebezpiecznego incydentu doszło w czwartek, w godzinach wieczornych. Na Siwej Polanie, tuż przy Dolinie Chochołowskiej, wybuchł pożar. Paliła się drewniana część gospodarcza bacówki, tuż przy parku linowym. W chwili pojawienia się ognia właścicieli nie było na miejscu. Gdyby nie szybka reakcja ze strony sąsiadki, dziś po zabudowaniach mogłyby pozostać same zgliszcza.
Pani Bronisława jako pierwsza dostrzegła kłęby dymu. - Zauważyłam, że dymi się, a później ogień. Dopadłam wiaderko z wodą i pobiegłam. Zadzwoniłam po strażaków. Co mogłam, to chciałam zrobić - relacjonuje góralka w rozmowie z reporterem Tygodnika Podhalańskiego.
Kobieta po wezwaniu straży pożarnej sama - chwytając za wiadro z wodą i zimny popiół - rzuciła się ratować dobytek sąsiadów. W czasie gaszenia pożaru zraniła się w rękę, jednak to właśnie jej natychmiastowa reakcja zapobiegła większym zniszczeniom oraz rozprzestrzenieniu się ognia na dalsze tereny TPN.
Kiedy zastępy strażaków z Witowa, Kościeliska i Zakopanego zjawiły się na miejscu, największy ogień został już ugaszony. Pozostało jedynie dogasić go. Pani Bronisława w chwili wybuchu pożaru znajdowała się w sąsiedniej bacówce, w której na co dzień trudni się sprzedażą regionalnych wyrobów. Można u niej kupić miejscowe oscypki i inne smakołyki. Dolina Chochołowska to chętnie odwiedzany zakątek Tatr. Już wkrótce zaroi się tam od turystów, pragnących podziwiać pola wiosennych krokusów.