Górale skarżą się na brak rąk do pracy, choć oferują niewiele. "Ci, co przychodzą z ogłoszeń, to dramat"

Problem ze zdobyciem pracownika na Podhalu jest bardzo duży. Potencjalni pracownicy życzą sobie znacznie więcej, niż mogą im zaoferować górale. Często zdarza się jednak, że sami podchodzą do zatrudniania pracowników nie fair, oferując nawet mniej niż najniższa krajowa.
Krupówki (zdjęcie ilustracyjne)
Fot. Marek Podmokły / Agencja Wyborcza.pl

Jak podaje Onet, branża turystyczna w Zakopanem od lat zmaga się z problemem braku wystarczającej liczby rąk do pracy w gastronomii i hotelarstwie. Praca nie jest łatwa, a wynagrodzenie często nie zachęca. Niektórzy przedsiębiorcy skarżą się, że potencjalni pracownicy mają zbyt duże wymagania. 

Zobacz wideo Szokująca cena parkingu w Zakopanem. "Grube przegięcie"

Brak rąk do pracy na Podhalu. Ogłoszeń jest sporo, a kandydatów bardzo mało 

Dziennikarka Onetu postanowiła wcielić się w rolę kandydatki do pracy. Postanowiła przejść się po Krupówkach w poszukiwaniu posady. Okazało się, że bardzo wiele lokali ma wywieszoną kartkę z napisem: "przyjmę do pracy".  

Obecnie wysokość minimalnej składki godzinowej wynosi dokładnie 27,70 zł brutto za każdą godzinę wykonanego zlecenia lub świadczonych usług. Oznacza to, że pracownik powyżej 26. roku życia powinien zarobić minimum 19,18 zł netto. Z kolei pracownik poniżej 26. roku życia (bez podatku) powinien zarobić za godzinę 19,83 zł na rękę. 

Okazało się, że stawki są różne. Niektóre lokale oferowały niższą pensję niż najniższa krajowa. W większości lokali była to jednak stawka bliższa najniższej krajowej. Najwyższa oferta to 22 zł, a najniższa 18 zł. Co ciekawe, niektóre oferowały nawet umowę o pracę.  

Najlepiej płacą sieci. W popularnych sieciówkach można zarobić od 28 do aż 40 zł za godzinę brutto. Jest jednak pewien minus - umowa zlecenie.  

Podhale szuka pracowników. Ale wymagania drugiej strony są bardzo wysokie 

Jak przypomina Onet, w zeszłym roku portal "Tygodnik Podhalański" opublikował artykuł, w którym poruszył problem braku pracowników. Łukasz Filipowicz z pensjonatu "Fian" przytoczył wówczas sytuację jednego z hotelarzy, który zaprosił na rozmowę o pracę kobietę, która była świeżo po studiach fizjoterapii. Jej warunki wprawiły go w osłupienie. Okazało się, że młoda kobieta żąda na start 10 tys. zł wynagrodzenia. Po chwili dodała, że jeśli tyle nie dostanie, dalsza rozmowa nie ma sensu. Łukasz Filipowicz przyznał, że "ci, co przychodzą z ogłoszeń, to dramat".  

Więcej o: