Można tam wstąpić, jadąc ku dawnych kresom wschodnim w kierunku przejścia granicznego w Hrebennem. Będąc w Zamościu, także warto pamiętać, że niedaleko jest Narol.
Piękna aleja lipowa prowadzi do białego pałacu na łagodnym wzgórzu. Pałacu, który był realizacją estetycznych marzeń konesera sztuk wszelakich i kolekcjonera generała Feliksa Antoniego Łosia, do rozbiorów wojewody pomorskiego, a zaraz po nich wielkiego kuchmistrza koronnego i szambelana cesarza Józefa II (muzycznego dyletanta, który nie do końca był przekonany o geniuszu Mozarta). Od cesarza imć pan Łoś dostał albo kupił, jak często bywało, tytuł hrabiowski.
Droga, która zaprowadziła nas do Narolu, biegnie tuż przy ogrodzeniu otaczającym okazałą posesję. Szukając miejsca na zaparkowanie samochodu, skręcamy w lewo i jedziemy pod górę, gdzie odkrywamy ogromny (15 ha) park pałacowy pełen starych kasztanów, grabów, lip, wiązów - niezwykły ogród zapomnienia, w którym nie widać ingerencji ludzkiej ręki. No i chwała Bogu, bo dzięki temu przetrwał do dziś jako ostatnie w Polsce klasycystyczne założenie parkowe. Pozostał takim, jakim był u swych narodzin - XVIII-wiecznym arboretum.
Teren prywatny, ale wchodzimy. Mijamy budyneczek przypominający rządcówkę: rabatka z tujami, na trawniku białe sanie wypełnione kwiatami, przy stole państwo jedzą późne śniadanie. Jak z Czechowa. Wciąga nas szmaragdowy trawnik i aleja - imponująca. Tylko stare drzewa wiedzą, kim był architekt hrabiego Feliksa Antoniego Łosia, który zaplanował założenie pałacowe o podstawie w kształcie podkowy (nawiązując do motywu z herbu Dąbrowa, którym legitymowali się Łosiowie), główny budynek jednopiętrowy i przyklejone do niego z obu stron skrzydła. Powstał elegancki, zachwycający pałac.
W środku lipowej alei po obu stronach białe obeliski, w głębi biały łuk bramy. Przy frontowej bramie dwie kordegardy, które pełniły rolę raczej reprezentacyjną niż obronną. Jedna kryta brązową lekko wypłowiałą blachą, druga pięknym gontem (hrabia Łoś miał w Narolu m.in. fabryczkę gontów).
Dziedziniec przed pałacem porasta gęsta, wysoka trawa. Kiedyś w tym miejscu był wypieszczony, wytworny gazon, na którym pewnie stały kopie antycznych rzeźb. Przypuszczenie to potwierdzają dwa biusty starożytnych mędrców po obu stronach głównego wejścia. Wnętrza wprawdzie nie da się teraz zwiedzić, ale wiadomo, że tuż za progiem był westybul, a najważniejsze miejsce na parterze zajmowała owalna sala balowa. Za czasów Łosiów w pałacu znajdowały się bogate zbiory obrazów malarstwa niderlandzkiego, kolekcja chińskiej porcelany, cenne numizmatyki i stare księgi, które zbierał hrabia Feliks Antoni.
Obchodzimy rezydencję dookoła. Boczne skrzydła to ćwierćkoliste galerie dopełnione pawilonami o mansardowych dachach. Pokoje dla służby i gości kryły się za kolumnadą galerii. Zaglądamy w każdy kąt, a nawet w dziurkę od klucza drzwi jednego z pawilonów. Tu mieściła się sala teatralna zamieniona później w dworską kaplicę. Ganeczek wycementowany byle jak, z metalową poręczą zabezpieczającą schodki. Widać te remonty prowadzone przez lata, które wydobyły z niebytu spaloną w 1945 r. przez SB rezydencję. Władza ludowa potraktowała miotaczami ognia broniących się wewnątrz AK-owców i pańską architekturę.
Narol jednak przetrwał. Podobno na początku lat 60. pojawiła się grupa ludzi zafascynowanych przeszłością tego niezwykłego miejsca. Zaczęto odbudowę z zamiarem przeznaczenia pałacu na dom wczasowy. Wykonano stropy, dachy, wstawiono okna. Potem zabrakło albo pieniędzy, albo koncepcji. Na 20 lat budynek zamienił się w magazyn na tytoń i zboże. Prawdziwy remont zaczął się dopiero w latach 90., kiedy pałac przeszedł w ręce ludzi, którzy później zawiązali fundację Pro Academia Narolense ( http://www.narol.free.ngo.pl ), rozwijającą artystyczne pasje hrabiego Łosia. Powstała też Academia Narolensis kształcąca malarzy, muzyków i artystów dramatycznych.
Kończąc zwiedzanie, zachodzimy do tej niby rządcówki, a w istocie domeczku z wczesnego Peerelu. Jest tu część mieszkalna i ogólnie dostępny salon-galeria. Młody przewodnik opowiada skróconą historię pałacu i jego właścicieli zakończoną tragiczną śmiercią hrabiny Korytowskiej zamordowanej przez Sowietów.
Dowiadujemy się więcej o działającej tu fundacji i jej planach. Skupieni w fundacji ludzie, którym przewodzi prof. Władysław Kłosiewicz, znany klawesynista, wybitny interpretator muzyki dawnej, chcą odbudować zespół pałacowo-parkowy, aby utworzyć w nim artystyczne centrum naukowo-szkoleniowe nawiązujące do tradycji szkoły artystycznej założonej przez Łosia (powstał już zespół "Narol Baroque").
W miasteczku zwiedzamy kościół Najświętszej Maryi Panny i cerkiew grekokatolicką - jesteśmy przecież na styku Wschodu i Zachodu. Opuszczona cerkiew nie żyje zwykłym rytmem dnia odmierzanym modlitwą - hełm kopuły zardzewiał, okna i drzwi zabite są dechami. Dzwonnica milczy, bo nie ma już dzwonów... Może i to się zmieni, bo fundacja zamierza zaopiekować się XIX-wieczną świątynią.
Samo miasteczko zadbane, świeżo odmalowany ratusz, niezła restauracja przy rynku o zastanawiającej nazwie - Sakra.
W Narolu dużo się dzieje, zwłaszcza latem - znane są już Cesarsko-Królewskie Jarmarki Galicyjskie przyciągające artystów z Polski i ze świata, odbywają się Galicyjskie Warsztaty Muzyczne (jeden był poświęcony lirze korbowej), coroczne koncerty w parku.
Idą zmiany. A wszystko zgodnie z maksymą hrabiego Łosia: "Chwalić Boga, pomagać ludziom, zachowywać prawdę, przestrzegać praw".