Jadąc przez sosnowe lasy z Olsztyna w stronę Ostrołęki, można zobaczyć migające między drzewami sylwetki zbieraczy jagód albo grzybiarzy - wczesną jesienią o podgrzybki można się potykać. Droga prowadząca do gminnego Świętajna także zanurzona jest w lesie. Zaraz przed Jerutkami las się rozstępuje. Pojawiają się łąki, w głębi pierwsze domy, a z gęstwiny starodrzewu wynurza się niewielki szachulcowy kościół. W sam raz na malutkie Jerutki.
Oprowadza nas ksiądz Edward Koperwas, proboszcz ze Świętajna. Kiedy przyjechał tu po raz pierwszy, też był sierpień, tylko że 1968 roku. Ledwie znalazł kościółek w krzakach, chaszczach i zielsku sięgającym - jak to się mówi - po pas. Trudno było się przedrzeć, aby ocenić skalę zniszczeń. Wreszcie zobaczył. Okna powybijane. Wyważone drzwi leżały z boku w wysokiej trawie. Wewnątrz panował półmrok, bo roślinność, przesłaniając okienne czeluści, zagłuszyła światło. Ołtarz jeszcze stał. Pamięta czerwone przykrycie na mensie ołtarzowej, a na niej Biblię, tak jakby przed chwilą zakończyło się nabożeństwo. Tak wyglądał barokowy kościół ewangelicko-augsburski z 1734 r., z wieżą prawie o wiek późniejszą.
Obok kościoła jest plebania. Ta sama, która podobno gościła królową Prus Luizę. Romantyczna legenda głosi, że spotkała się tu z podbijającym jej królestwo Napoleonem i uchroniła Prusy przed ostateczną klęską (Hohenzollernom pozostawiono Prusy, Pomorze, Brandenburgię i Śląsk). To legenda, bo historia umieszcza to spotkanie w Tylży. Królowa była w Jerutkach, owszem, ale bez Napoleona - towarzyszyła mężowi w czasie manewrów wojsk pruskich. Inna sprawa, że będąc w Tylży, wywarła na Napoleonie wielkie wrażenie nie tylko urodą, ale i powszechnie znaną elegancją. Tam również Luiza zmieniła na lepsze swoje zdanie o Napoleonie. A pomyśleć, że jeszcze rok wcześniej, po klęsce Prus pod Jeną i Auerstadt, uciekała przed "korsykańskim potworem". Zaliczano ją do najpiękniejszych kobiet epoki. Na znanym portrecie pędzla Józefa Grassiego można podziwiać urodziwą blondynkę o kształtnym biuście (nasza pani Walewska bardzo była do niej podobna). Opowiastka dodaje tylko rumieńców Jerutkom. Jest wysoce prawdopodobne, że na tutejszej plebani piękna Luiza przebywała parokrotnie. Być może spędziła tu także noc podczas panicznej ucieczki do Królewca? Na pewno w grudniu 1806 r. była w niedalekim Szczytnie, gdzie nocowała w domku przy dzisiejszej ulicy Pasymskiej pod numerem piątym.
Na plebanię u schyłku lat 60. przyjeżdżała latem ewangelicka młodzież akademicka, bodajże z Warszawy, razem ze swoimi wychowawcami. I jeszcze wtedy w kościółku odprawiali nabożeństwo. Kiedy mijały wakacje, plebania pustoszała, świątynię zamykano. Nikt jej nie pilnował, a ludzie jak to ludzie. Czas też robił swoje, raczej nie pomagał. W końcu ewangelicy przekazali oba obiekty na rzecz skarbu państwa. Właścicielem stał się urząd gminy. Gmina, chcąc się pozbyć rumowiska, przekazała je parafii.
Księdza Koperwasa od dawna bolało "szabrowanie kościoła". Zabrał się więc do roboty. Zniszczeń było bez liku. Przy kompletowaniu ławek okazało się, że jest ich tylko połowa (resztę ludzie rozebrali, bo to "nie był ich kościół"). Z pięknych poręczy przy schodach prowadzących na wieżę ktoś zrobił sobie dyszel do sań.
Jeszcze na początku lat 70. piękny barokowy ołtarz (teraz główna ozdoba kościoła) stał i niszczał jak wszystko. Na zlecenie wojewódzkiego konserwatora zabytków rozebrano go i przewieziono do skansenu w Olsztynku. Tam przeleżał w stodole-składnicy przeszło dziesięć lat. Wrócił w 1985 r. po renowacji w Pracowni Konserwacji Zabytków w Olsztynie razem z resztkami organów, empory i wszystkiego, co zostało ze starego wnętrza.
Na koniec dociekliwy i nieustępliwy ksiądz Koperwas odzyskał Anioła Chrzcielnego. Kiedy go zobaczyliśmy w maju 1998 r., zupełnie nie przypominał anioła. Leżał na trawie na podwórku u księdza, a wokół niego spacerowały kaczki. Nie miał skrzydeł, jedna ręka kończyła się na łokciu, druga na przedramieniu. Teraz sfruwa prosto ze stropu, trzepocząc złotymi skrzydłami. Kiedyś trzymał w wyciągniętych rękach misę, nad którą chrzczono miejscowe noworodki - opuszczano łańcuch, na którym figura była zwieszona. Jerucki anioł, w eleganckiej, wyszywanej błękitnej szacie, przepasany szeroką jasną szarfą nie jest osamotniony. Ma dwóch współtowarzyszy, którzy stoją za nim, podtrzymując nieużywaną ambonę, nieodzowny element protestanckiego ołtarza. Owszem, zachowała się, ale zmieniła się jej funkcja - w miejsce drzwi wstawiono obraz przedstawiający św. Maksymiliana Kolbe.
Mały, wiejski kościół położony z dala od znanych szlaków zaczyna promieniować nie tylko sacrum, ale i kulturą. Kilka lat temu udało się zorganizować w nim koncert muzyki dawnej. Ks. Koperwas w porozumieniu z pastorem Twardzikiem z Pasymia ściągnął dwie rosyjskie artystki, które akurat brały udział w Koncertach Pasymskich, festiwalu muzyki dawnej odbywającym się w lipcu pod auspicjami parafii ewangelickiej. Sprawdziły się świeżo wyremontowane organy.
Zaglądają tu czasem dawni mieszkańcy Jerutek. To dzięki ich pomocy odbudowano kościół. Przy okazji ogarnięto stare groby na przykościelnym cmentarzu. Czytając napisy na nagrobnych płytach, można poznać dzieje całej okolicy. Tu spoczywa dawny leśniczy Bismarcków wraz z rodziną, tam dwaj młodzi chłopcy o polsko brzmiących nazwiskach, którzy oddali życie na wojnie - w pierwszej za kaisera, w drugiej za führera.
Kamienna tablica we wnętrzu kościoła upamiętnia 17-letnią żonę pierwszego pastora zmarłą w pierwszej połowie XVIII w. (pewnie przy porodzie). Zatarte, rozpływające się w kamieniu litery każą się domyślać, że przez dziesiątki lat epitafium znajdowało się na posadzce. Może przy wejściu, aby każdy, kto tędy przechodził, wspomniał i zmówił modlitwę w intencji pani pastorowej? Teraz płytę osadzono w ścianie pod chórem. Nie będzie niszczała, przetrwa pamięć o innych czasach i ludziach, którzy już odeszli, do aniołów.
"Nie mów mi, że to nieprawda, że nie ma aniołów", pisał Zbigniew Herbert w wierszu "Zobacz". Są na pewno. Nie tylko w Jerutkach.