Via ferrata (żelazna droga) została wymyślona właśnie dla takich jak ja - kochających góry i piękne widoki, pokonujących turystyczne szlaki, ale jeszcze nie zaprawionych w trudach wspinaczki. Pokonywanie ścian ułatwiają wbite w skałę metalowe stopnie, uchwyty, drabinki oraz lina poręczowa. W Szwajcarii takie trasy cieszą się coraz większą popularnością - wytyczono ich już 40 i wciąż powstają kolejne.
Okolice miasteczka Champéry w regionie Wallis, Via Ferrata de Tiere. O tym, że nie będzie to zwykły spacerek, przypomina mi alpinistyczna uprząż, przypięte do niej dwie linki zakończone karabinkami i kask. Nasz przewodnik Jacques (Via Ferrata de Tiere to jego dzieło!) udziela ostatnich wskazówek: - Pamiętajcie, żeby karabinki były dokładnie wpięte w linę poręczową. W miejscach, w których trzeba się przepiąć, zawsze wypinacie najpierw jeden - przesuwając go za hak, do którego przymocowana jest lina - a dopiero potem drugi. W ten sposób będziecie bezpieczni.
Patrzę na jego pooraną zmarszczkami i osmaganą wiatrem twarz - wie, co mówi, więc powoli nabieram pewności siebie.
Przez chwilę ćwiczymy na sucho, i w drogę. Jest nas siedmioro, dla bezpieczeństwa połączonych czerwoną liną asekuracyjną (nie jest to wymagane, ale zalecane). Na początku idzie nam kiepsko - ślizgamy się po mokrych od deszczu kamieniach i zaplątujemy w linę, którą co chwila trzeba przekładać przez metalowe haki wbitych w ścianę. Poza tym wszyscy muszą iść równym tempem i cały czas uważać, żeby zbytnio nie pociągnąć tego z tyłu.
Pierwszy odcinek to tylko rozgrzewka. Pod koniec technikę wspinaczki mam już w miarę opanowaną. Łapię rytm: kilka uważnych kroków po wystających ze ściany stopniach, jednoczesne ciągnięcie po metalowej linie karabinków, przepinka - jeden karabinek, potem drugi, a na końcu przełożenie przypiętej do mnie czerwonej liny.
Wreszcie mogę spokojnie rozejrzeć się dookoła. Pokonujemy trawers wzdłuż ściany - wąziuteńką ścieżkę, którą chodzą chyba tylko kozice. Zza kolejnego załamania skalnego wyłania się wodospad. Z hukiem spada w kilkunastometrową przepaść. Wzdłuż niego biegnie nasza trasa - właśnie tu zacznie się prawdziwa wspinaczka.
Idę pionowo w górę, po prawej stronie bryzga piana, huczy woda. Drabinka jest mokra i trzeba się mocno trzymać. W oczy sypie mi się błoto z butów kolegów, którzy są wyżej.
Wdrapuję się na półkę koło wodospadu. Wokół las, a rwący strumień pieni się wśród nagich skał. W górze dwa wąziutkie mostki. Właśnie przez nie prowadzi trasa. Wiszą tuż nad kipielą, kołyszą się w rytm kroków. Drugi mostek jest dłuższy i bardziej chybotliwy. Mocno łapię za liny-poręcze (czuję się jak akrobatka w cyrku).
Po przekroczeniu strumienia trochę oddechu - łagodna droga biegnie pomiędzy pionową skałą a urwiskiem. Gdzieniegdzie rosną karłowate drzewka, sterczą kępki trawy, a w jakiejś szczelinie widzę pluszowego misia. Chwilę później docieramy pod "właściwą skałę" (to ta, którą widziałam z dołu!) - prawie pionowa, z nielicznymi wybrzuszeniami, oświetlona słońcem zaprasza do wspinania. W dole wspaniały widok: panorama doliny Val d ' Illiez i samego Champéry - wieża kościółka, drewniane domy z ukwieconymi balkonami, krowy na pastwiskach (nawet stąd widać, że miasteczko żyje przygotowaniami do jutrzejszego maratonu kolarskiego - mistrzostw Szwajcarii we freestyle'owych rajdach rowerowych). A wokół majestatyczne szczyty.
Jacques daje sygnał do rozpoczęcia wspinaczki. Krok po kroku, przekładając stopy z jednego metalowego szczebla na drugi, wchodzimy na ścianę. Wszyscy niezwykle skupieni. Najpierw mały trawers. Patrzę w dół - pode mną półka skalna, a dalej już tylko zielone korony świerków - i mocniej zaciskam ręce na metalowym uchwycie. Przed nami pionowe drabinki i - jak ostrzega Jacques - trudny moment: przewieszka, czyli wybrzuszenie ściany. Pokonanie go wymaga sporego wysiłku. Bolą ręce, na których trzeba na chwilę zawisnąć.
I właśnie wtedy jakiś chłopak wspinający się tuż za Jacques'em wykonuje jeden nieopatrzny krok i odpada od ściany. Wisi nade mną, na - szczęśliwie dobrze wpiętych - karabinkach i linie asekuracyjnej. Gdy próbuje się ratować, spada na mnie lawina kamyków. Jacques spokojnie tłumaczy mu, co musi zrobić, by wrócić na trasę. - Prawa ręka w lewo, przenieś ciężar ciała na prawą nogę, ręka wyżej, złap się czerwonej liny...
Kibicujemy w skupieniu i ciszy. Ale im dłużej to wszystko trwa, tym więcej sił tracimy i tym bardziej udziela się nam się groza sytuacji. W końcu cała grupa jest przywiązana do tej samej liny...
Przykleiłam się do skały i zdążyłam się jej lepiej przyjrzeć - jest lekko chropowata, metalowe uchwyty wkręcono głęboko i zespolono specjalnym klejem, gdzieniegdzie w szczelinach rosną mikroskopijne roślinki, a w górę i w dół wędrują mrówki. Pozazdrościłam im tej swobody.
Tymczasem na górze sytuacja została opanowana. Kolej na nas - z lekkim drżeniem rąk pokonujemy pechową przewieszkę. Udało się!
Dalsza droga pionowo w górę wydaje mi się teraz drobnostką. Swoją drogą to niesamowite, jak ogromnej koncentracji wymaga mozolne pokonywanie stopni i jak łatwo można zapomnieć, że jest się kilkanaście metrów nad ziemią.
Minęły trzy godziny. Szczyt zbliża się coraz bardziej. Spoglądam na trasę, którą już przeszliśmy, i przepaść poniżej. Zachwycający widok! (a do niedawna bałam się spojrzeć z dziewiątego piętra w dół!).
Jeszcze kilka kroków, uścisk ręki Jacques'a i... za mną pierwsza w życiu via ferrata - 460 m i 125 m różnicy poziomów.
Druga czeka w Evolene. Na rozgrzewkę podejście pod skałę krętą ścieżką przez las. Po kwadransie - ściana. Trasa składa się z trzech części: pierwsza ma symbol TD, a więc jest bardzo trudna, z dwoma przewieszkami; druga to trawers - tak łatwy, że nasz przewodnik wielokrotnie zapuszczał się tu z dziećmi; ale ostatnia już tylko dla zaawansowanych - 130 m pionowej skały i liczne przewieszki (rezygnuję).
Podejście zaczyna się pionowo pod górę i prawie od razu przewieszka. Mięśnie zmęczone wczorajszą wspinaczką, na szczęście przewodnik dał nam dwa dodatkowe karabinki połączone krótką linką - można na nich zawisnąć na chwilę i odetchnąć. Wpinam je co jakiś czas w metalowe stopnie, dzięki czemu mam obie ręce wolne i mogę swobodnie robić zdjęcia.
Dzisiejsza trasa jest o wiele trudniejsza. Cały czas w górę, tylko czasem króciutki trawers. Wykończeni docieramy pod skalną półkę. Piękne widoki to doskonały pretekst do dłuższego odpoczynku. Widać Evolene, okoliczne pola i górujący nad doliną, ośnieżony Biały Ząb (Dent Blanche, 4357 m). W dole kolorowe skrzydła paralotni.
Przede mną trawers prowadzący równolegle do ściany - faktycznie dość prosty do przejścia, ale tak zachwycający, że chciałoby się nim iść i iść. Pod nami dolina widziana niemal z lotu ptaka, w dole przepaść i zielone czubki drzew. Skała, przy której idę, pełna wypukłości, załamań, rzeźbiona światłocieniami. Pokonujemy ten odcinek powoli, rozglądając się z zachwytem na wszystkie strony. Kto by pomyślał, że tak łatwo można przyzwyczaić się do wysokości?!
Jeszcze kilka kroków i koniec trasy (trzeci odcinek oglądam tylko z dołu). Czas na zasłużone raclette z pysznego sera wyrabianego w sąsiednim Les Hauderes i lampkę miejscowego białego wina Johannisberg. Za via ferrata !
Stopnie trudności via ferrata oznaczone są skrótami:
PD (peux difficile ) - trasa najłatwiejsza, dla początkujących
D (difficile ) - dla średnio zaawansowanych
D+ - dla tych, którzy już wcześniej się wspinali
TD (tres difficile ) - dla doświadczonych wspinaczy
Konieczny profesjonalny sprzęt (kask, uprząż, przymocowane do niej dwie linki z karabinkami) - wynajęcie ok. 20 franków szwajcarskich na dobę
Kto jest odpowiednio przygotowany, może pokonać trasę samodzielnie, początkujący niech nie idą bez przewodnika - ok. 250 franków pół dnia, 430 - cały
Świetnym treningiem może być wizyta w parku linowym Point Sud w Champoussin niedaleko Champéry - pokonuje się tu zawieszone w koronach świerków mostki i drabinki, wspina i zjeżdża po linach, dzięki czemu można nie tylko przyzwyczaić się do wysokości, ale i nauczyć przepinania karabińczyków oraz poćwiczyć równowagę - ok. 50 franków, dzieci ok. 40, zniżki dla grup; w cenie wypożyczenie sprzętu, kombinezonu ochronnego i kasku oraz opieka instruktora