Kamienna ścieżka pnie się powoli w górę. Przede mną oznaczony czterema gwiazdkami (w czterostopniowej skali trudności) szlak ze szwajcarskiego miasteczka Arolla (2006 m n.p.m.) w regionie Wallis aż do schroniska Cabane des Aiguilles Rouges na wysokości 2810 m. Wokół ośnieżone cztero- i trzytysięczniki - krajobraz wyżłobiony niegdyś przez potężne lodowce. Na krańcu doliny Val d'Arolla widać miejsce, gdzie docierała morena czołowa lodowca, którego niewielki już jęzor spływa zza szczytu Mont Collon (3637 m). Dwa inne okalają wierzchołek góry, poniżej zwaliska naniesionych tu i zgniecionych przez nie szarych kamieni. Po prawej stronie dumny szczyt Pigne d'Arolla (3796 m) chwilowo osłonięty pierzynką chmur.
Miasteczko zostaje daleko w dole. Idziemy w pięcioosobowej grupie, z przewodniczką France na czele. Przed nami cztery-pięć godzin wspinaczki. Pierwszy przystanek - Remointe de Pra-Gra, kamienne domki z dachami z kamiennych łupków (są tak ciężkie, że nie zniszczą ich silne wiatry). Są schronieniem dla pasterzy i stad krów wypasanych tu od lipca do sierpnia. W środku warunki spartańskie, ale za to jakie widoki!
Droga wciąż idzie w górę, coraz trudniej złapać oddech, a powietrze bardziej rozrzedzone niż w Val d'Arolla. Tylko na France zdaje się to nie robić wrażenia. Pokazuje schronisko ledwo widoczne tuż przy skraju lodowca, które zimą jest jej narciarską bazą (uprawia też popularny tu free skiing - narciarze zrzucani są z helikoptera wysoko w górach, a potem pędzą w dół, poza szlakami).
Przy maleńkim jeziorku, w którego tafli odbijają się chmury i góry, zaczynamy wypatrywać świstaków. Rozglądam się, ale wokół tylko skały i zbocza porośnięte maluteńkimi kwiatkami. - Są tam - France wskazuje ogromny stos kamieni. Ja nie widzę nic. Pomaga dopiero lornetka. Zdumiona dostrzegam dwa niewielkie stworzonka niemal całkowicie zlewające się kolorem z kamieniami. Co jakiś czas robią stójkę i czujnie patrzą w naszą stronę.
Trawy coraz mniej, za to głazy coraz większe. Wśród nich malutkie kwiatki przypominające kolorem gencjanę, dalej szarotki i małe fioletowe dzwoneczki (wczoraj zaserwowano mi je na obiad jako jadalną dekorację; są też bazą do produkcji lokalnego trunku). Chmury rzucają surrealistyczne cienie na przeciwległe szarozielone zbocza. Przekraczamy po śliskich kamieniach strumień niosący mlecznobiałą wodę z topniejącego lodowca. Pić jej nie wolno pod żadnym pozorem - zbyt nasycona jest minerałami.
Dalej zwalisko ogromnych głazów prawdopodobnie przyniesionych przez lawinę. Niektóre porasta seledynowy, wzorzysty mech. France wskazuje nieodległy szczyt, gdzie majaczy nasze schronisko Cabane des Aiguilles Rouges. Wybudowano je z miejscowego kamienia, więc stapia się z tłem. Gdyby nie powiewająca na wietrze szwajcarska flaga, trudno byłoby je wypatrzyć.
W progu wita nas gospodarz, który w sezonie letnim mieszka tu z rodziną. Dziś jesteśmy jedynymi gośćmi. Pokazuje dormitorium (dwie duże sale z piętrowymi łóżkami mogą pomieścić 30 wędrowców, nocleg ok. 30 franków) i prosi, żeby włożyć przypominające kalosze kapcie. - Toalety są tam - wskazuje skraj przepaści, jakieś 200 m w dół od schroniska. W zachodzącym słońcu dostrzegam dwie małe budki. "Łazienka" to sterczący spod kamienia metalowy kranik, płynie w nim woda z lodowca.
Z oszklonej werandy podziwiam szczyty, które otaczają schronisko. Tymczasem na stół wjeżdża bigos, mięso i grochówka (wszystko dowozi się helikopterem lub wnosi na plecach). Tylko jadalnia jest oświetlona (prąd dostarcza generator odpalany na czas gotowania posiłków), więc nie pozostaje nam nic innego jak spanie. Układam się na piętrowym łóżku, na poduszce wypchanej szeleszczącymi ziarenkami. Za oknem niebo usiane gwiazdami.
Budzę się przed wschodem słońca. Potykając się o kamienie, wdrapuję się na wzgórze tuż obok schroniska. Słońce powoli wyłania się zza szczytów, oświetlając ich wierzchołki, a potem schodzi niżej, wydobywając z cienia doliny i załamania skalne. Góry wyglądają magicznie - dwu-, trzy- i czterotysięczniki, niektóre pokryte śniegiem, gdzieniegdzie jęzory lodowców, zerodowane skały i wielkie głazy. Jak okiem sięgnąć, ani śladu człowieka. Za to wyłaniają się skryte wczoraj w chmurach Des Aiguilles Rouges d'Arolla, co można przetłumaczyć jako Czerwone Igły z Arolli (3646 m). Wczoraj ta nazwa wydała mi się pozbawiona sensu, ale w porannym słońcu czerwień szczytów rzeczywiście widać w pełnej krasie!
Na śniadanie zajadamy muesli w szwajcarskim wydaniu - czyli szaroburą, ale smakowitą breję z mielonych ziaren zbóż, orzechów i rodzynek zalanych mlekiem.
Ruszamy w drogę powrotną, przed nami około pięciu godzin marszu (tym, którzy mają więcej czasu, polecam jeszcze wyprawę do stóp pobliskiego lodowca spływającego z Des Aiguilles Rouges - wędrówka bardzo stromą ścieżką zajmuje ok. 40 min w jedną stronę). Najpierw wśród księżycowego, surowego krajobrazu wyrzeźbionego przez morenę - wokół stosy kamieni i obłe, niemal pustynne wzgórza. Dalej wzdłuż strumienia, którego szum słychać było aż w schronisku. Tak jak poprzedni niesie mleczną wodę. Błoto na brzegu - jak dowodzi France - zawiera mnóstwo minerałów i doskonale nadaje się na kosmetyczne maseczki i okłady.
Przy ścieżce kopczyki układane przez wędrowców - każdy dokłada "swój" kamień. Im niżej, tym bardziej zielono i więcej kwiatów. Na środku ścieżki zieje głęboka dziura. - To wejście do nory świstaka - mówi France. Rozglądam się dookoła i... całkiem niedaleko widzę świstaczą rodzinkę. Zajęte żerowaniem w ogóle nie zwracają na nas uwagi.
Tymczasem nad szczytami gromadzą się chmury. Musimy zejść na dół, zanim nadejdzie burza. Mijamy karłowaty modrzewiowy lasek (to właśnie z tego niezwykle wytrzymałego drewna zbudowano większość chat w okolicy), przed nami niewielkie turkusowe jeziorko. Niesamowity kolor zawdzięcza krystalicznie czystej wodzie, piaskowemu podłożu oraz glonom.
Pierwsze krople deszczu spadły w tym samym momencie, w którym zobaczyłam kozice. Deszczowe chmury przepędziły je w niższe partie gór. Teraz uciekają przed nami w popłochu, prezentując akrobatyczne umiejętności. - Latem w stadzie - tłumaczy France - są tylko samice z młodymi. Kozły dołączą do nich w zimie, gdy młode podrosną.
Ślizgam się po mokrych kamieniach, gdzieś w okolicy trzaskają pioruny. Góry przesłania ściana ciepłego, letniego deszczu.
Wynajęcie przewodnika z pełnymi górskimi uprawnieniami (wspinaczka, wchodzenie na lodowiec) - ok. 250 franków szwajcarskich za pół dnia, 430 za cały dzień; przewodnik do prowadzenia grup po górskich szlakach - 180 franków/pół dnia, 320/dzień. Opisaną powyżej trasę można pokonać samemu