Pustynia Thar: safari na wielbłądach

Nic tak nie gasi pragnienia, jak biały, wodnisty miąższ dyni syjamskiej

Na północnym zachodzie subkontynentu indyjskiego, pomiędzy dorzeczem Gangesu a granicą z Pakistanem, rozciąga się Thar, wielka pustynia Ziemi Władców - Radżastanu. Wędrówka na wielbłądach przez jej piaski to niezapomniane przeżycie

***

Na pustynię najlepiej wyruszyć z Jaisalmeru, 48-tysięcznego miasta w samym sercu Thar. Hindusi nazywają je Złotym, bo ściany domów zbudowanych z żółtego piaskowca złocą się wspaniale o zachodzie słońca. "Złotym" okazało się dla mieszkańców położenie grodu na szlaku kupieckich karawan z Indii do Azji Środkowej. Dzisiaj żyłą złota są turyści przemierzający na wielbłądach okoliczne wydmy.

Pociągi przyjeżdżają do Jaisalmeru wczesnym rankiem. Nasz wtoczył się na peron o godz. 5.30 - było jeszcze ciemno. Przed dworcem stała zwartym szeregiem (bo pod kontrolą policjantów) grupa hotelarzy. Na widok turysty wznosili wysoko w górę tablice z nazwami hoteli.

Wypatrzyliśmy tabliczkę "Hotel Paradise" (400-letni, na terenie fortu). Hotelowa riksza zawiozła nas na miejsce.

Jaisalmerski fort, uczepiony 80-metrowego wzgórza Trikuta, tętni życiem nieprzerwanie od 800 lat. Mury z 99 bastionami i pałac o siedmiu kondygnacjach wzniósł w 1156 r. maharadża Jaisal z potężnej dynastii Rażputów władającej Radżastanem przez kilka stuleci. Wąska droga wiodąca do fortu skręca nagle o 90 stopni. To celowy zabieg, który miał chronić wrota twierdzy przed szarżą słoni, które pędząc, nie były w stanie wziąć ostrego zakrętu i staranować bramy.

Pałac prezentuje się okazale - ażurowe rzeźbienia w kamieniu, bogate detale na wykuszach okien, galeryjki, łuki, filary. W komnatach zachowało się niewiele z dawnego wystroju. W pustawych salach eksponowane są zabytkowe przedmioty codziennego użytku, naczynia, szaty, radżpucka broń palna i biała, portrety maharadżów. W ciemnych korytarzach na niższych piętrach mieszkają nietoperze (fruwają wszędzie bez przeszkód, bo okna nie mają szyb).

Na wzgórzu Trikuta kwitnie handel. Liczne sklepiki zarzucone są barwnymi pledami, kilimami, dywanami, srebrami i posążkami hinduistycznych bóstw. Za bezcen kupiliśmy bawełniane lekkie bluzy z rękawami i długie przewiewne spodnie.

***

Zdecydowaliśmy się spędzić na pustyni dwa dni i noc. Wyprawę zorganizowało biuro Ganesh Travel (polecane w przewodniku). W cenę (1500 rupii) wliczona była opłata za dwóch wielbłądników (zarazem kucharzy), wielbłądy i jarskie dania serwowane w drodze.

Z miasta na pustynię wywiózł nas dżip. W umówionym miejscu czekali z wielbłądami nasi opiekunowie - Amin i Dawid, obaj dwudziestoletni, urodzeni i wychowani na pustyni Thar, niepiśmienni (angielskiego nauczyli się ze słuchu od turystów). Dawid jest muzułmaninem, Amin hindusem.

Thar to najgęściej zaludniona pustynia na świecie. Na 300 tys. km kw. jest wiele oaz i osad, czasem bardzo małych - dwa lub trzy domki z gliny i słomy oraz studnia. Obok wiosek niewielkie, sztucznie nawadniane poletka prosa lub pszenicy, zagony melonów i dyń (nic tak nie gasi pragnienia, jak biały, wodnisty miąższ podobnej do arbuza dyni syjamskiej). Mieszkańcy hodują kozy, owce i wielbłądy. Wyznają głównie hinduizm, ale nie brak też muzułmanów. W większości są analfabetami. Żenią się młodo i mają bardzo liczne potomstwo.

Pustynię nawet w porze gorącej (koniec lutego - maj) porasta niska kolczasta trawa, sukulenty i kaktusy. Rzeczne piaski formują gdzieniegdzie piękne żółte wydmy osiągające do 150 m wysokości. Słowo "thar" w języku hindi oznacza właśnie wydmy, piaszczyste grzbiety. Monsun zagląda tu w lipcu na dwa, trzy tygodnie. Wtedy pustynia zakwita. Kolczaste drzewa o przekroju parasola i kłujące zarośla pokrywają się drobnymi liśćmi, kwitną wysokie trawy, wąwozami wartko płyną okresowe rzeki, a w obniżeniach gruntu tworzą się słone jeziorka i oczka wodne.

Po zachodzie słońca jest przeraźliwie zimno, za to w dzień z nieba leje się trudny do zniesienia żar. W samo południe Thar ogarnia martwa cisza przerywana jedynie łopotem ptasich skrzydeł lub dźwiękiem dzwoneczka zawieszonego u szyi wielbłąda. Mieszkańcy chowają się w głąb glinianych domów o małych oknach. Pasterze i wędrowcy odpoczywają w cieniu rozłożystych drzew.

***

Powozić wielbłądem teoretycznie nie jest trudno. W ich nozdrzach tkwią małe kołki, przez które przewleczono cugle. Mój mąż radził sobie całkiem nieźle, ale mnie wydawało się, że pociągając mocniej za wodze, sprawiam zwierzęciu ból. Sprytna Sonia wykorzystała to i powiodła mnie w kępę kolczastych akacji

Jazda na wielbłądzim garbie to naprawdę sztuka. Siedzisko z koców i derek okazało się niewygodne. Bałam się, że jeśli Sonia podskoczy, ja zsunę się po jej szyi w piach. Na szczęście kroczyła dostojnie, od czasu do czasu podszczypując z krzaków smakowite kolczaste gałązki.

W południe wyciągnęliśmy się na cienkiej derce w cieniu drzewa. Obserwowaliśmy pasące się nieopodal wielbłądy, a przewodnicy gotowali obiad. Podali pakorę (obtaczane w cieście warzywa), czapati (hinduski chleb podobny w smaku do macy) z duszonymi warzywami, a do picia słodką herbatę i wodę. Smakowało świetnie.

Kiedy upał trochę zelżał, znów dosiedliśmy wielbłądów. Na pustyni obrazy jak z westernów. Sępy białogłowe skubały padlinę i zwierzęce kości. Mijaliśmy pasterzy prowadzących stada i spieszące gdzieś kobiety obwieszone ciężką radżastańską biżuterią. Zaglądaliśmy do osad. Mieszkańcy wychodzili z domów i częstowali nas melonami.

Nocne obozowisko rozłożyliśmy na wydmach. O zachodzie słońca zjedliśmy warzywno-ryżową kolację. Do późnej nocy słuchaliśmy przy ognisku egzotycznych śpiewów wielbłądników. Do snu ułożyliśmy się na piasku w śpiworach. Na wydmach - jak nas zapewniano - nie ma jadowitych stworzeń. Były za to duże, czarne żuki. Pochłonęła nas obserwacja rozgwieżdżonego nieba. Nad pustynią nieboskłon nie ma końca. W którąkolwiek stronę spojrzeć - nieskończone gwiazdozbiory.

Nie chciałam spać tej nocy. Budziłam się i zasypiałam, śledząc niebieskie konstelacje. Utrwalałam w pamięci cudowny obraz nieba. W końcu gwiazdy oddaliły się i przybladły, nad pustynią Thar wstawał dzień. Dzień naszego powrotu do Jaisalmeru.

Radżputowie

Władali Radżastanem (dawną Radżputaną) ok. tysiąca lat. Przybyli do Indii prawdopodobnie z terenów dzisiejszego Afganistanu w V-VI w. Byli najeźdźcami, ale szybko się zasymilowali, przyjęli hinduizm i surowo przestrzegali dogmatów nowej wiary. Należeli do kasty wojowników (kszatrijów ) i obowiązywał ich kodeks rycerski. Dumni, prawi, honorowi, nie mogli dobrowolnie złożyć broni w walce. Kiedy wiedzieli, że przegrają, dokonywali dżauhar , czyli samospalenia. Radżpucki radża (wyraz "radża" spokrewniony jest z łacińskim rex - król, władca; "maharadża" to "wielki król") rzucał się na stos wraz z rodziną i strażą przyboczną.

Kiedy i za ile

Najlepsze miesiące na pustynne safari to październik i luty (najmniejsza różnica temperatury między nocą a dniem)

Waluta: rupia, 1 dol. = 46 rupii

Samolot z Delhi do Jaisalmeru lata trzy razy na tydzień, ok. 155 dol.

Pociąg Delhi - Jodhpur - Jaisalmer kursuje codziennie, bilet 330 rupii

Autobusy kursują codziennie, bilet 320 rupii.

Wyprawa na wielbłądach - 1500 rupii

Więcej o: