Turystyka buraczana

Trzeba być chyba nie lada burakiem, żeby przyjechać na supernagłośniony koncert w samym środku Puszczy Białowieskiej.

Jakiś czas temu pisałem o tym, że różne władze samorządowe, leśne czy parkowe często nie zdają sobie sprawy z tego, jak cenne i ciekawe tereny posiadają, i za wszelką cenę starają się je przerobić na coś innego. Na Podlasiu np. panuje moda na zalewy. Wiele samorządów stara się je wybudować u siebie, bo myślą tak - będzie woda, to będą turyści, tak jak na Mazurach. Oczywiście, Podlasie nigdy nie będzie Mazurami, co najwyżej straci swój charakter i nie będzie już Podlasiem, które przyciąga wielu sympatycznych ludzi. Pamiętam, jak kiedyś pewien leśniczy stwierdził, że Puszczę trzeba wycinać i sadzić od nowa, bo ludzie są przyzwyczajeni do lasu posadzonego pod sznurek. Znam wiele takich przypadków, gdy decydenci mnożą idiotyczne pomysły i - niestety - czasem je realizują.

Ale nie są oni jedynymi winowajcami. Ostatnio tuż koło mojej wsi, czyli w środku polskiej części Puszczy, odbył się koncert rockowy. Sądząc po dochodzących z tego miejsca wrzaskach, paręset osób bawiło się całkiem nieźle. Nie mam nic przeciwko koncertom rockowym ani tym bardziej niezłej zabawie, ale w życiu nie pojechałbym na taki koncert ani w Tatry, ani w Bieszczady, ani do Puszczy Białowieskiej. Te miejsca są fajne właśnie dlatego, że nie ma w nich czegoś takiego jak koncert w środku lasu, a raczej nie powinno być. Do takich miejsc przyjeżdża się, aby zbierać grzyby i jagody, oglądać ptaki, żubry, kozice i świstaki. Na koncerty zaś nadaje się warszawski Torwar albo katowicki Spodek. Gdy byłem trochę młodszy, na ludzi pozbawionych wyczucia miejsca i sytuacji mówiło się "burak". Niestety, istnieje coś takiego jak buraczana turystyka. Nie miałbym nic przeciwko temu zjawisku, gdyby nie to, że buraczani turyści zabierają innym to, co dobre i cenne. Bo jeśli ktoś sądzi, że po takim koncercie zobaczy jakiekolwiek zwierzę w promieniu paru kilometrów, to się grubo myli. A najgorsze jest to, że w wielu miejscach w Polsce władze samorządowe traktują buraczanych turystów jak najlepszych klientów i starają się dostosować do ich marnych gustów. Czyżby nie wiedzieli, że ci najgorsi z możliwych gości rzadko wracają do miejsca, w którym się upili i wyszaleli na koncercie w środku lasu? Buraczanemu turyście i tak wszystko jedno, gdzie to zrobi. Mogą być Tatry, Mazury czy Puszcza - on zwykle i tak nie pamięta, gdzie był, nie mówiąc już o charakterystycznych dla tego miejsca cechach.

Więcej o: