Ko znaczy wyspa

Co można robić w Tajlandii? Łatwiej powiedzieć, czego robić nie można. Miłośnicy sportów zimowych nie mają tu czego szukać. Wszyscy inni odczują nadmiar atrakcji i będą musieli dokonywać bolesnych wyborów, chyba że poświęcą dwa miesiące wakacji na dokładne zwiedzenie całego kraju

Gdybym miał wymienić jeden powód, dla którego polubiłem Tajlandię, powiedziałbym: ludzie. Panująca tu ciepła atmosfera sprawia, że wielu przybyszy z zimniejszej części świata zaczyna się uśmiechać tak po prostu, bez powodu, a uśmiech ten, razem z wewnętrznym spokojem, udaje im się przywieźć do domu. W Tajlandii nie czułem się cząstką anonimowego tłumu jak na Zachodzie lub w bardziej powściągliwych Chinach. Ludzka obecność nie jest tu tak natrętna jak w Indiach, gdzie miewałem wrażenie, że gapi się na mnie miliard ludzi, z czego jakieś sto milionów ma ochotę mnie dotknąć lub coś mi sprzedać. Tajlandczycy przyzwyczajeni do obecności zagranicznych gości traktują ich z sympatią lub co najmniej przychylną obojętnością.

***

Na początek plaże. Południowe wybrzeże Tajlandii zostało w grudniu 2004 r. dotknięte katastrofalną falą tsunami, ale do dziś udało się przywrócić do stanu poprzedniego większość infrastruktury turystycznej (szczegółowe informacje o postępach w odbudowie można znaleźć m.in. na stronie http://www.lonelyplanet.com/tsunami/thailand.cfm ).

Najpopularniejsza wśród turystów miejscowość Phuket to w rzeczywistości spora wyspa połączona z lądem mostem, z miastem o tej samej nazwie w centrum. Plaże są dość ładne, ale trzeba się zastanowić, jakiej szukamy - czy z nocnym życiem tętniącym do przepisowej drugiej nad ranem (jak Ao Patong), czy też z palmami pochylonymi nad szmaragdową wodą i bezludną po horyzont łachą piachu.

Warto przynajmniej jeden dzień zatrzymać się na wyspie Ko Phi Phi - to dwie wystające z morza i porośnięte roślinnością góry wapienne słynące z jaskółczych gniazd (sezon zbioru tego cenionego, i to wysoko, azjatyckiego przysmaku trwa od lutego do maja) oraz kręconego tu filmu "Niebiańska plaża" z Leonardo DiCaprio. Do niebiańskości Ko Phi Phi daleko, gdyż prawie całkowicie zabudowano ją hotelikami, ostatniej zimy zmiecionymi przez tsunami, lecz sukcesywnie odbudowywanymi. A ponieważ wyspa jest bardzo mała, to wydaje się zatłoczona, głównie przez młodych ludzi z Zachodu.

Promem da się stąd dopłynąć do popularnego wśród wspinaczy skałkowych miasteczka Krabi, gdzie do obejrzenia są dwie ciekawostki - bagna namorzynowe i Świątynia Tygrysiej Jaskini. Na bagna można się udać łodzią silnikową (czekają w porcie) bądź kajakiem. Jadąc do świątyni, skorzystałem ze środka transportu charakterystycznego dla Tajlandii - taksówki... motocyklowej. Zasada działania taka sama jak taksówki tradycyjnej, poza tym, że cenę należy ustalić wcześniej, bo motor nie ma taksometru.

Świątynia Tygrysia pozostawia niezapomniane wrażenie. Idzie się po schodach 600 m w górę i dalej przez dżunglę, mijając drzewa o korzeniach wielkich jak stodoły, chatki mnichów oraz jaskinie z krasowymi stalaktytami i ołtarzami w zagłębieniach skał. Najdziwaczniejszy jest ludzki szkielet ustawiony w szklanej szafie pod skalnym urwiskiem jako przypomnienie o cielesnej przemijalności.

***

Kto chce doświadczyć uczucia pobytu w tropikalnym raju, może wykupić kilkudniowy pobyt na niewielkiej łodzi wycieczkowej pływającej po wysepkach Morza Andamańskiego (ok. 100 dol. dziennie od osoby, all inclusive). Szmaragdowa woda, bezludne plaże, rafy koralowe, żółwie morskie i delfiny... Archipelag Ko Similan jest zaliczany do pierwszej dziesiątki najlepszych miejsc nurkowych świata. Na Ko Surin ("ko" oznacza wyspę) można doskonale wypocząć, "snurklując" z fajką i eksplorując bezludne wyspy. Przed tsunami najlepiej było wykupić taką wycieczkę w miejscowości Khao Lak, bo łodzie startujące z Phuket były droższe. Niestety, malownicze Khao Lak bardzo ucierpiało w wyniku kataklizmu i na razie turyści je omijają. Odbudowa tego kurortu może potrwać jeszcze nawet rok.

Na południu Tajlandii jest wiele miejsc nadających się na kilkudniowy odpoczynek z dala od cywilizacji (nie licząc skuterów i pysznych jadłodajni). Na zachodnim wybrzeżu to np. Ko Lanta, na wschodnim - plaże Ko Samui czy Ko Chang. W wyborze warto uwzględnić porę roku - strona zachodnia (Morze Andamańskie) jest ładniejsza i nieco czystsza, ale od maja do października wystawiona na działanie monsunu. W tym okresie lepiej schronić się po stronie wschodniej, w Zatoce Tajlandzkiej.

Najsłynniejszy kurort Pataja wyrósł na najbliższej od Bangkoku plaży (dwie godziny) na przełomie lat 60. i 70. dzięki urlopowanym z wojny w Wietnamie żołnierzom amerykańskim, dla których nieodłącznym elementem wypoczynku był seks. Niewiele się od tego czasu zmieniło, tyle że chłopców w mundurach zastąpili turyści z całego świata. Jakkolwiek Tajlandia cieszy się wątpliwą sławą jednego z największych ośrodków przemysłu seksualnego, bary go-go i puby pełne łatwych pań zajmują bardzo ograniczoną przestrzeń, nawet w Bangkoku jest to ledwie kilka ulic, których - jeśli się nie szuka - można nie zauważyć. Pataja jest wyjątkiem, tu można odnieść wrażenie, iż liczba prostytutek przewyższa liczbę pozostałych mieszkańców i turystów razem wziętych. Jeśli ktoś nie mieszka w luksusowym hotelu z własną plażą i basenem, musi zauważyć hałaśliwe zaczepki dam barowych oraz wystawę kobiet na sprzedaż, w jaką po zmroku zamienia się nadmorska promenada. To też jest Tajlandia, którą warto zobaczyć, ale odpoczynek w Patai jest wątpliwy, zwłaszcza że plaże są zatłoczone, a woda pełna śmieci.

***

Z Phuket udałem się do parku narodowego Khao Sok. Niesamowite wrażenie robią widoczne już z szosy półokrągłe wzgórza porośnięte gęstym lasem. Na turystów czekają bambusowe lub ceglane domki, a oznaczone szlaki prowadzą w głąb leśnej głuszy. Zadziwia hałas panujący w dżungli, zwłaszcza że jego sprawców zupełnie nie widać - zdaje się, że im mniejsze stworzenie, w tym donośniejszy głos wyposażyła je natura. Ponad 30-stopniowy upał i stuprocentowa wilgotność mocno dają się we znaki. Kiedy przystaję, by odsapnąć, okulary i obiektyw aparatu zachodzą mgłą, a po moich butach rozpoczynają wspinaczkę krwiożercze pijawki. Kąpiel w towarzystwie gibonów pod jednym z wodospadów przynosi chwilową ulgę.

***

Kolejny przystanek w drodze na północ - Bangkok. Jest tak rozległy i zróżnicowany, iż sprawia wrażenie kilku odmiennych miast pod jedną nazwą. Poruszanie się po Bangkoku nie stanowi problemu, o ile ma się mapę z zaznaczoną siecią połączeń komunikacji miejskiej, którą znacznie usprawniły wybudowana niedawno kolejka naziemna (tzw. skytrain, czyli "podniebny pociąg") i metro, są też autobusy oraz znacznie przyjemniejsze promy rzeczne.

W Bangkoku warto zatrzymać się kilka dni. Trzeba obejrzeć dzielnicę królewską Ratanakosin z oszałamiającymi świątyniami, posągami Buddy, kopułami pokrytymi czystym złotem. Blisko stąd do chińskiej dzielnicy, z mrocznymi świątyniami przesiąkniętymi zapachem kadzideł i zatłoczonymi uliczkami, gdzie sklepy złotników i zielarzy sąsiadują z kramami z przekąskami dim sum . Urokliwy jest też targ amuletów noszonych przez Tajów dla ochrony przez złymi duchami i wypadkami.

Zupełnie inna jest nowoczesna część miasta z biurami, hotelami, kawiarniami i centrami handlowymi. Ale na zakupy najlepiej wybrać się na sobotnio-niedzielny targ Chakuchak, gdzie można kupić wszystko, od modnych ubrań i butów, przez wszelkiego rodzaju pamiątki, dewocjonalia, po żywe węże i pająki.

W zasięgu jednodniowej wycieczki z Bangkoku znajduje się Ajutja, stolica starożytnego królestwa Tajów. Ponoć niegdyś było tu tyle świątyń, że blask ich kopuł oślepiał wędrowców z odległości kilku kilometrów. Obecnie są to głównie ruiny, wciąż jednak imponujące. Kopuły pokryte omszałym kamieniem, posągi oparte o mury niczym manekiny, a ich utrącone głowy tkwią w kleszczach korzeni drzew.

***

Relaksującym miejscem jest położone na północy Chiang Mai, drugie co do wielkości miasto Tajlandii, pełne przepięknych świątyń. Wspomnę o jednej, Wat Umong, którą można reklamować jako "świątynię inną niż wszystkie". Jej serce stanowią tunele ze starożytnymi malowidłami. W chaszczach rozrzucono odzyskane z innych świątyń fragmenty posągów i przez chwilę można się tu poczuć jak w kambodżańskiej Angkor Wat. Na drzewach wiszą umoralniające hasła - "Dzisiaj jest lepsze niż dwa jutra" albo "Piękno zewnętrzne podoba się oczom, dobroć podoba się umysłowi". Nauki buddyjskie transmitują ustawione w parku głośniki (niestety, tylko po tajsku). Na tyłach świątyni jest spory kawałek dżungli, minizoo z bawołami i jeleniami oraz chaty mnichów. Szlak oznakowany "Tędy do zwierząt" wiedzie w górę wokół jeziorka i pozwala na solidny dwugodzinny spacer.

Chiang Mai to świetna baza wypadowa na okoliczne wzgórza. Najpopularniejsza wycieczka obejmuje pokaz tresury słoni wraz z przejażdżką na słoniowym grzbiecie, spływ tratwą oraz wizytę w wiosce któregoś z górskich plemion. Sporym wzięciem cieszą się też kilkudniowe trekkingi. Wybrałem - niezbyt fortunnie - imprezę reklamowaną jako "Wycieczka do długich szyj" (20 dol.).

W sześć osób plus przewodnik i kierowca wyruszyliśmy na najdalszą północ Tajlandii, pod granicę z Birmą. W programie było zwiedzanie farmy storczyków i hodowli motyli, fabryki papieru ze słoniowego łajna (pokazano nam cały cykl produkcyjny za wyjątkiem pierwszego ogniwa) oraz sporej jaskini, w której mieści się świątynia.

Kulminacyjny punkt programu - "Wioska trzech plemion" - okazał się czymś w rodzaju parku tematycznego, gdzie wzdłuż jednej ścieżki rząd osiedlił przedstawicieli trzech pochodzących z różnych zakątków regionu plemion i wypłaca im pensję za pozowanie do zdjęć. Na widok turystów górale i góralki w tradycyjnych strojach zaczynają grać na różnych instrumentach, tkać, ale przede wszystkim próbują sprzedać pamiątki.

Największym i najdokładniej obfotografowanym dziwem są kobiety o długich szyjach z plemienia Paduang. Dziewczynkom zakłada się mosiężne obręcze, które miażdżą obojczyki, optycznie wydłużając szyje. Wedle różnych wersji ma to być rytuał upiększający lub oszpecający, mający zapobiec porywaniu kobiet na birmański dwór czy też atakom tygrysów. Kobiety-żyrafy są skazane na noszenie sześciokilogramowego naszyjnika przez całe życie, bo zdjęcie go oznaczałoby złamanie karku.

Chwała ministerstwu turystyki, że zadbało, by obcokrajowcy nie musieli błąkać się po górach w poszukiwaniu ostatnich autochtonów, jednak czułem się tym miejscem zażenowany. Mimo że masowa turystyka przyczyniła się do częściowej "hamburgeryzacji" Tajlandii - czego dowodzi nie tylko przykład "Wioski trzech plemion" - to i tak w porównaniu z innymi krajami regionu rdzenna kultura jest tu nieźle zachowana, pewnie dlatego, że Tajlandia nigdy nie była zachodnią kolonią.

W Chiang Mai można spędzić miesiąc, nie nudząc się. Nie tylko ze względu na bogatą ofertę wycieczek, ale też kursów gotowania, masażu i medytacji. Te ostatnie odbywają się m.in. w świątyni Doi Suthep kilkanaście kilometrów za miastem. Świątynię warto odwiedzić, aby podejrzeć rytuały religijne Tajów. Jednym z najpopularniejszych jest wróżenie - z kubka wytrząsamy patyczek z numerem, następnie z regału bierzemy papier z wróżbą o tymże numerze. Moja brzmiała tak: "Nie obawiaj się, nikt cię nie skrzywdzi. Coś stracisz za to, co niesłusznie zyskałeś. Bądź ostrożny w kontaktach z ludźmi. Stały partner życiowy na razie się nie pojawi. Jeśli pożyczasz pieniądze innym, nie licz na zwrot. Spodziewaj się narodzin córki. Szczęście nieprędko, ale w końcu nadejdzie".

Czego i Państwu życzę.

Na co uważać

Kierowcy tuk-tuków (trójkołowych taksówek) namawiają na wycieczkę po mieście, która w praktyce polega na obwiezieniu po sklepach, odwiedzinach u indyjskiego krawca lub w salonie masażu. Zakupy dokonane pod okiem przedsiębiorczego pośrednika będą droższe o prowizję, którą później wypłaci mu właściciel sklepu.

Jubilerzy oferują hurtowy zakup "klejnotów" po "wyjątkowo obniżonej cenie" (wciąż jednak wysokiej), które według nich w Europie sprzedamy z zyskiem - zazwyczaj to podróbki.

Po plażach krążą młodzi ludzie, prosząc o wypełnienie ankiety dla potrzeb ministerstwa turystyki: skąd turysta przyjechał, w jakim hotelu się zatrzymał itp. Następnego dnia ktoś dzwoni do hotelu z informacją, że wygrałeś nagrodę - darmowe przyjęcie. Przyjęcie okazuje się prezentacją towarów na sprzedaż; jeśli nic nie kupisz, dostajesz słony rachunek za konsumpcję.

Niektóre wypożyczalnie skuterów, zwłaszcza w Patai, są nieuczciwe. Szef wysyła za klientem wspólnika z zapasowym kluczem. Gdy zaparkujesz motocykl i się oddalisz, złodziej odjeżdża i ukrywa pojazd. W wypożyczalni okazuje się, że warunki umowy (kto je wcześniej czyta?) zobowiązują cię do odkupienia skutera. Nie należy korzystać z nieznanych wypożyczalni na uboczu i zostawiać w zastaw paszportu.

Nigdy nie kupuj narkotyków. Kary za ich posiadanie są w Tajlandii bardzo wysokie, a więzienia bardzo nieprzyjemne. Uliczni dilerzy bywają w zmowie z policjantami i po transakcji wspólnymi siłami próbują wyciągnąć od naiwnego klienta łapówkę.

Lepiej zachować wzmożoną ostrożność na muzułmańskim południu przy granicy z Malezją, gdzie sporadycznie dochodzi do zamieszek lokalnych separatystów z siłami rządowymi - w 2004 r. zginęło kilkaset osób, choć turyści jak dotąd nie byli celem zamachów.

Więcej o: