Sri Lanka - Łza Indii

Starożytni zwali ten ląd Taprobane, Arabowie - Serendib, Hindusi - Lanka, zaś niezmordowany podróżnik Marco Polo to, co ujrzał, nazwał Rajską Wyspą.

Sri Lanka - Łza Indii

Starożytni zwali ten ląd Taprobane, Arabowie - Serendib, Hindusi - Lanka, zaś niezmordowany podróżnik Marco Polo to, co ujrzał, nazwał Rajską Wyspą.

Statki bogatych kupców z Półwyspu Arabskiego niesione pasatem przybywały tu po cenne przyprawy, Sindbad Żeglarz po rubiny, akwamaryny i szafiry, zaglądali też Chińczycy. Sława bogactw przyciągnęła na wyspę Portugalię, Holandię i Anglię.

Na obszarze równym 20 proc. powierzchni Polski pomieściły się góry wysokie jak Tatry, kilometry wspaniałych plaż oblewanych wodami Oceanu Indyjskiego, starożytne miasta, które tkwiły setki lat zarośnięte dżunglą, zanim odkryli je archeolodzy, zabytki buddyjskie, kopalnie kamieni szlachetnych.

"Łza Indii", choć leży tak blisko subkontynentu indyjskiego, różni się jednak zdecydowanie od potężnego sąsiada z północy. Wybierając się na Sri Lankę, nie znajdziemy przytłaczających turystę tłumów wiecznie gdzieś wędrujących ludzi, wszechobecnego hałasu, kurzu, potwornie okaleczonych żebraków

i nieprzeciętnego w niektórych stanach brudu. Wspólna jest natomiast żarliwość religijna, zwariowani kierowcy autobusów i smaczna, tyle że piekielnie ostra kuchnia.

Zapomniane stolice

Każdy szanujący się globtroter przybywający na Sri Lankę ma w planie zaliczenie starych stolic Cejlonu. Chronologicznie pierwsza z nich była oddalona ok. 200 km od Kolombo miejscowość Anuradhapura. Położona w dżungli przez ponad tysiąc lat była centrum politycznym Cejlonu. Założone w IV wieku p.n.e. miasto miało wodociągi, łaźnie, ogrody i parki. Niestety, najazdy tamilskie z Indii stopniowo obracały wspaniałe budowle w ruinę. Zobaczymy tu gigantycznej wysokości dagoby - ceglane konstrukcje w kształcie dzwonu. Ich zadaniem jest ochrona relikwii buddyjskich. W jednej z nich, wcale zresztą nie wyróżniającej się gabarytami, przechowywany jest obojczyk Buddy.

Na terenie Anuradhapury mamy możliwość zobaczyć święte drzewo Bo, należące do gatunku fikusów. Jak twierdzą przewodniki, jest to najstarsze udokumentowane drzewo świata. Legenda głosi, że wyrosło z gałązki z drzewa, pod którym Budda doznał oświecenia. Wszystko wskazuje, że drzewo ma ponad 2300 lat, choć wygląda całkiem niepozornie, a jego cienkie, długie gałęzie podtrzymują metalowe tyczki. Zawsze kłębi się tu rój pielgrzymów i trzeba przejść przez kontrolę policyjną.

W historii państwa Syngalezów zdarzył się epizod, który zaowocował powstaniem pałacu królewskiego na... czubku skały. Około 70 km od Anuradhapury w gęstej dżungli zamieszkał pewien wyrodny syn królewski (z nieprawego łoża), a że nie mógł liczyć na objęcie tronu, postanowił zmienić nieco bieg historii. Po zamurowaniu ojca żywcem uzurpatorsko przejął władzę. Strach przed własnym bratem - prawowitym następcą tronu - skłonił go do wybudowania pałacu królewskiego na wierzchołku wielkiego ostańca. Sigiriya - Lwia Skała - wznosi się 200 m ponad otaczającą dżunglę! Po drodze, już bardzo wysoko, znajduje się znane miłośnikom sztuki azjatyckiej miejsce zwane Galerią, a przedstawiające freski, na których widnieją damy dworu szalonego króla, wszystkie w stroju... topless. Mimo upływu 1500 lat i monsunowego klimatu malowidła zachowały żywe kolory. Skalna twierdza w Sigirii to obowiązkowy punkt programu zwiedzania Cejlonu, tym bardziej że wraz z pozostałymi stolicami znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

W ostatniej wielkiej stolicy, położonej niedaleko Polonnaruwie, większość budowli zawdzięczamy królowi Parakramabahu Wielkiemu. Pochodzą z XII-XIII w., przy czym oprócz dagob są tu i konstrukcje zupełnie do nich niepodobne. Z dżungli wyrastają koliste świątynie z posągami Buddy, jest kamienna księga, Wieża Dzwonów podobna do budowli birmańskich, posągi Buddy wyrzeźbione w skale. Przy wejściach do niektórych świątyń są też przesycone symboliką półokrągłe kamienie.

Jako że obszar stolic jest bardzo rozległy (poza Sigiriyą), warto pożyczyć rower i zaliczać kamienne osobliwości z planem w ręku.

Szlak Buddy

Po objeździe trzech stolic zaczynamy zagłębiać się w wyspę. Nasza trasa biegnie teraz na południe, w stronę geograficznego centrum Sri Lanki. Na szczęście ze względu na niewielkie rozmiary wyspy dzienne odległości, jakie się tu przemierza, nie są przesadnie duże. Pozwala to zaplanować czas na częste postoje i robienie zdjęć niesłychanie fotogenicznych pól ryżowych oraz wędrujących słoni, odwiedziny w chatkach wieśniaków, zakupy tropikalnych owoców.

Klasyczny szlak prowadzi nas do miejscowości Dambulla. Znowu wspinaczka, tym razem pod wielką skałę. W jej pieczarach w średniowieczu ulokowano kilka świątyń buddyjskich. Na sklepieniach i ścianach wymalowano sceny religijne i niezliczone ilości posągów Buddy.

Żeby zobaczyć największy pomnik Buddy na Cejlonie, obieramy kierunek na miejscowość Aukana. Jedziemy brzegami wielkiego sztucznego jeziora; podobnych jest na wyspie wiele. W ten sposób przezorni królowie Cejlonu zapewniali wodę w suchszych rejonach kraju. Niektóre z tych zbiorników liczą sobie po 2 tys. lat!

Aukana położona jest z dala od głównej drogi, ale trud dotarcia tutaj wynagradza obejrzenie kilkunastometrowego posągu stojącego Buddy. Nazwa Aukana oznacza "pożerający słońce", jako że codziennie pierwsze promienie padają na jego twarz.

Warto pojechać jeszcze bardziej na południe, do miejscowości, gdzie wśród labiryntu skał znajdziemy świątynię. Ponoć tu po raz pierwszy spisano na liściach palmowych nauki Buddy, stąd jest to ważne miejsce pielgrzymkowe.

Maska na delirium

Kandy to drugie co do wielkości miasto Cejlonu, niegdyś - także stolica. Położone na wysokości 500 m ma znakomity klimat i piękne położenie wśród wzgórz nad sztucznym jeziorem w centrum miasta. Są tu eleganckie wiktoriańskie hotele budowane jeszcze przez Anglików, ale największym magnesem jest Świątynia Zęba Buddy

Święty ząb znajduje się w szkatułce, w kapliczce w sali budynku świątyni zwanej Dalada Maligawa. Przywieziono go z Indii, ukrywając we włosach księżniczki.Wywieziony znowu do Indii powrócił na Cejlon.W czasie panowania Portugalczyków został rzekomo spalony przez biskupa Goa, potem znalazł się w Birmie, w Chinach i znowu na Cejlonie.

Najważniejszym dorocznym wydarzeniem w Kandy jest odbywająca się raz w roku wielodniowa procesja słoni. Na ich dekorowanych grzbietach szkatułka z zębem Buddy przewożona jest przy akompaniamencie tańców, bębnów, setek tysięcy ludzi i sztucznych ogni.

Orchidee, przyprawy i słonie

Kandy jest świetnym punktem wypadowym w okolice zwane Krainą Wzgórz. Zaledwie kilka kilometrów od miasta, w Peradeniya, leży jeden z najpiękniejszych moim zdaniem ogrodów botanicznych świata. Poszczególnym roślinom oddano całe kwartały parku.Tak jest z dziesiątkami gatunków palm, wśród których mamy palmy talipot rosnące jedynie na Cejlonie. Na ich gigantycznych liściach zapisywano dawniej kroniki wyspy. Są tu też szpalery bambusów, pawilony z orchideami, drzewa kapokowe, aleja araukarii i dziesiątki drzew sadzonych przez znanych ludzi. Wśród nich dosyć niepozorne drzewko posadzone przez "Jego Ekscelencję Mr.Cyrankiewicza"...

Największe chyba wrażenie na zwiedzających robi rosnący na polanie gatunek fikusa pochodzącego z Indonezji. Jego korona obejmuje, bagatelka ...1600 m kw.

Wypada odwiedzić także słonie. Pełno ich jeszcze na Cejlonie. Są okolice, gdzie dokonują spustoszeń na polach wieśniaków, ale sporo udomowionych zarabia, ciężko pracując na kiść bananów. W okolicach Kandy jest specjalny "sierociniec" dla małych słoni, choć ciekawsza jest wizyta w jednej z wiosek, gdzie słonie biorą kąpiele w rzece i odpoczywają.

Technologia mycia słonia jest prosta.Wystarczy znaleźć kawałek włochatej łupiny kokosowej, co tutaj nie stanowi najmniejszego problemu, i szorować z całej siły mastodonta za uchem. Słoń z wdzięczności nie omieszka oblać nas za to wodą.

Okolice Kandy to wysokie szczyty, głębokie doliny i zieleń palm. Oprócz klasycznych plantacji przypraw obejrzymy tu tzw. ogrody przypraw.Tu na stosunkowo małej powierzchni właściciel zaprezentuje nam: pieprz, wanilię, cynamon, gałkę muszkatołową, kakao, kawę. I wszystko to, czego nie wymieniłem, a co znane jest z kuchni.

Plantacje herbaty i parki narodowe

W drodze z miasta Kandy do Nuwara Eliya dychawiczne autobusy muszą pokonać na odcinku 90 km różnicę wysokości 1500 m. Robi się coraz chłodniej. Coraz mniej jest lasu. Pierwotne dżungle na początku XIX w. wykarczowali synowie Albionu pod uprawę kawy. Po pary latach przyszła nieznana zaraza i zniszczyła plantacje. W mig stwierdzono, że tutejsze warunki klimatyczne będą idealne dla herbaty.Teraz podziwiamy efekt katorżniczej roboty, Tamilów którzy karczowali las i pielęgnowali drzewka herbaciane. Stoją tu też murowane fabryki, w których dokonuje się proces fermentacji. Przygotowuje się tu również listki do wysyłki w szeroki świat. Estate Rotschild, Estate Lipton - głoszą kamienne tabliczki informujące, kto jest właścicielem farmy.

Ludzie tu pracujący to bardzo ubodzy Tamilowie i warto mieć coś dla nich, choćby coś z używanej odzieży, bo żyją naprawdę biednie, a klimat na tej wysokości nie rozpieszcza.

Tymczasem sceneria zmienia się - pojawiają się przepaście i wodospady. Nuwara Eliya to były kurort Anglików. Pozostały do tej pory pola golfowe, wyścigi konne i wymyślne nazwy miejscowych hoteli. Istnieje nawet prawdziwy angielski klub w solidnym neogotyckim budynku na wzgórzach!

Zjazd z gór i dojazd na południowy wschód, żeby wreszcie wziąć udział w fotosafari w parku narodowym Yala, zajmie nam dobre pół dnia. Przed wybuchem konfliktu etnicznego na Sri Lance, to jest od początku lat osiemdziesiątych, dużym powodzeniem cieszył się Park Wilpattu.Teraz jest na wyspie 12 parków, ale niewiele z tej liczby jest otwartych.

Park Yala zwiedza się w dżipach.Towarzyszy nam zawsze traker, tj. tropiciel, który wyszukuje poukrywane zwierzaki w buszu i dba o nasze bezpieczeństwo. Park Yala prezentuje sobą różne formacje roślinne: od dżungli i kolczastego buszu po odkryte sawanny i rzadkie lasy. W wielu miejscach dotyka nawet do wybrzeża morskiego. Jest tu kilkaset sztuk słoni, ale zobaczyć je wcale nie jest łatwo. Kto ma szczęście, zobaczy fantastyczne dzioborożce na drzewach albo krokodyle wylegujące się nad zbiornikami wody. Bardzo liczne są jelenie, guźce i szakale.

Żółwie na plaży

Wybrzeże Cejlonu na szczęście tylko gdzieniegdzie jest zabudowane bijącymi w niebo hotelami. Nie są to żadne drapacze chmur i dobrze komponują się z tysiącami palm kokosowych, które porastają wyspę. Oprócz luksusowych hoteli z basenami, szwedzkimi stołami, nartami wodnymi itp. istnieje cała masa prywatnych pensjonatów, hotelików i kwater prywatnych na każdą kieszeń. Są tu piaszczyste plaże, a za niewielkie pieniądze można wypożyczyć maskę i fajkę, by obserwować życie rafy. W niektórych miejscowościach, np. Hikkaduwie, mamy możliwość wynajęcia łodzi ze szklanym dnem.

Wiele prywatnych firm oferuje rejs w górę rzeki Bentota. Wyprawa taka trwa od rana do popołudnia, a najciekawszy jest moment, gdy łódź z trudem przeciska się przez plątaninę napowietrznych korzeni zarośli mangrowiowych. Tam też przy odrobinie szczęścia zobaczymy krokodyla wylegującego się na brzegu i liczne warany pływające w poszukiwaniu pokarmu.

Jadąc wybrzeżem, narażeni jesteśmy nieustannie na pocztówkowe, wręcz kiczowate białe plaże z pochyloną palmą. Komu mało atrakcji, niech zwiedzi port Galle i zobaczy jedyny na Sri Lance fort otaczający miasto.

Stosunkowo niedawno powstały na wybrzeżu Cejlonu rządowe fermy... żółwi. Chodzi o ochronę coraz bardziej zagrożonych gadów. Skupuje się od okolicznej ludności jajka żółwi po 3 rupie za sztukę i umieszcza w glinianych amforach zakopywanych w ziemi. Po ok. sześciu tygodniach lęgną się małe żółwiki. Trzyma się oseski w specjalnych basenach przez trzy dni. Potem wypuszczane są do oceanu. Szanse ich przeżycia oceniane są na 20 proc. Na Cejlonie występuje pięć rodzajów żółwi morskich. Niestety, rybacy w kraju tak ubogim jak Sri Lanka nie mają skrupułów w łapaniu w sieci wszystkiego, co popadnie. Widać to najlepiej na porannych targach rybnych chociażby w Beruweli.

Poziom ryzyka

Częstym widokiem w palmowych gajach na wybrzeżu są porozwieszane pomiędzy drzewami liny - tworzą one system połączeń ciągnący się na długiej przestrzeni. Wszystko po to, by nieustannie nie schodzić z jednej i wchodzić na kolejną palmę. Wśród licznych pożytków, jakie daje palma kokosowa, jest też i wino palmowe. Po przedestylowaniu wychodzi z tego tęgi trunek znany tu jako arak. Jest arak dla biednych za grosze, jest i elegancko pakowany, droższy - dla bogatych.

Turyści odwiedzający Sri Lankę są zaskoczeni różnorodnością i jakością rękodzieła. Najbardziej popularne są chyba fantastycznie kolorowe maski, podobne nieco do masek z Indonezji. Nie jest to sztuka tylko dla turystów. W wielu regionach kraju brakuje lekarzy i maski używane są jako niezawodny środek leczniczy. Są maski na ból zębów, na zawiść, ale najbardziej podobała mi się maska na delirium.

Jedyny minus Sri Lanki to tocząca się tu od prawie 20 lat wojna domowa. Nie ma ona charakteru totalnego, obejmującego cały kraj. Walki toczą się na północy i wschodzie kraju, tam, gdzie turyści nie jeżdżą albo nie są wpuszczani. Na całym opisanym obszarze jedynie w stolicy kraju - Kolombo - istnieje zagrożenie w postaci zamachów bombowych. Ale nie warto zatrzymywać się w tym mieście na dłużej, bo nie ma tam szczególnych atrakcji i można je obejrzeć pobieżnie przed samym odlotem. Wprawdzie dwa lata temu doszło do zamachu o świcie na Świątynię Zęba w Kandy, jednak od kilkunastu lat turyści nie byli celem walczących ugrupowań tamilskich, nie było żadnych ofiar ani porwań. Niebezpieczeństwa są zwykle wyolbrzymiane, zresztą tak naprawdę mało jest krajów tzw. egzotycznych, gdzie nie ma zagrożenia wojną, rewolucją czy innymi plagami współczesnego świata.

Więcej o: