Wieczne powroty do Rzymu

Gorąca wiosna 2000. Rok Jubileuszowy. Rzym pęka w szwach. Plac św. Piotra oblężony. Via della Conciliazione tak samo. Jestem w tym tłumie. Namówiła mnie włoska przyjaciółka Carla: - Przecież to Faustyna z Polski zostaje świętą! Musimy to zobaczyć. Anno Giubilare jest tylko raz!

Okropnie się bałam, że zginę w tym tłumie. Choć kocham Rzym i tęsknię za nim w Polsce. Ale kiedy już tam się zbliżam, skóra mi cierpnie. Bo jest tak samo cudowny, jak i nieznośny. Zgiełk klaksonów i motorynek niesie się echem wśród gęstych murów. Tłok. Wilgotny upał latem, smog zawsze. Od stycznia do grudnia rzesze turystów i pielgrzymów. W centrum coraz mniej sklepów spożywczych, coraz więcej luksusowych butików. Coraz droższe espresso i cappuccino.

Ale... to wszystko nic. Nie sposób powstrzymać zachwytu na widok Forum Romanum, porośniętego piniami wzgórza Janiculum, Sądu Ostatecznego Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej i kolumnady Berniniego wokół placu św. Piotra. Cudownymi uliczkami po obu stronach Tybru mogę chodzić godzinami. No a Termy Karakalli, katakumby, Muzeum Kapitolińskie, a niebo...

Najpierw sprawdzam, jak mają się moje ulubione miejsca (na Piazza Navona nie chcę już wracać, bo utonął w turystycznej tandecie). A potem po prostu błądzę i wyznaczam mapę moich nowych rzymskich adresów.

Do dziś jestem wdzięczna Carli, że mnie wtedy namówiła.

Tamto spotkanie z Rzymem było naprawdę wyjatkowe.