Od Smotrycza po Dniestr: Kajakiem do Kamieńca

Zachwyca bezkres Podola i legendarne zabytki, porusza tragiczna historia

Nocą przekraczamy granicę w Hrebennem. Na przejściu długi sznur samochodów: wołgi, łady i... mercedesy. Rano zatrzymujemy się w Złoczowie. Zwiedzamy zamek Sobieskich, jedną z najlepiej zachowanych bastionowych fortyfikacji na dawnych ziemiach Rzeczypospolitej. Kolejny przystanek - Czortków, malowniczo położony w jarze Seretu. Późnym popołudniem w Skale Podolskiej przekraczamy Zbrucz, przez ponad 200 lat rzekę graniczną. Najpierw oddzielała zabór austriacki od rosyjskiego, a w międzywojniu - Polskę od ZSRR. Pod wieczór dojeżdżamy do maleńkiego Smotrycza, imiennika rzeki, na której nazajutrz rozpoczniemy spływ. Pierwszy biwak nad wodą pachnie piołunem, dymem i... jedzeniem.

Dzień 1. Niedziela

W katolickim kościele odbywa się nabożeństwo. Mury są z XVIII w., ale pozbawione stylu, nie kojarzą się z żadną epoką. Wnętrze puste, prawie bez wystroju. Staruszek ksiądz (Polak) czyta ewangelię po polsku i tak też wygłasza kazanie. Pozostałe czytania i odpowiedzi wiernych są po ukraińsku. Czy rozumieją, co mówi ksiądz, czy on rozumie ich? Po mszy rozmawiamy z ludźmi. O księdzu mówią z szacunkiem i wdzięcznością. Nabożeństwa odbywają się tu zaledwie od kilku lat, wcześniej, od rewolucji, kościół był zamknięty. - My tu żyli jak bydlęta - mówi kobieta w chustce.

Koło południa składamy kajaki - legendarne krasnoarmiejskie tajmeny. Łączymy aluminiowe rurki szkieletu (kilkanaście dużych elementów i drugie tyle malutkich) i naciągamy na nie gumowany od zewnątrz brezent. Będziemy płynąć tylko z podręcznym bagażem; namioty, jedzenie i pozostałe wyposażenie przewiezie autokar. Po południu spuszczamy kajaki na rzekę.

Przed nami ponad 140 km spływu, dziennie zamierzamy przepłynąć od kilkunastu do trzydziestu paru.

Dzień 2. Poniedziałek

Smotrycz początkowo jest płytki i wąski (kilka-kilkanaście metrów szerokości), o rwącym nurcie z licznymi bystrzami. Mijamy małe, urocze wsie z drewnianymi bielonymi domami: Czercze, Załucze, Zalesie Wielkie. Kwitną drzewa owocowe, lśni jaskrawa majowa zieleń. Nad rzeką, piękną i czystą, pasą się krowy, konie i mnóstwo kóz. Na brzegu stoją czaple siwe, a przed kajakami latają mieniące się kolorami zimorodki. Wieczorami słychać słowiki i żaby. Usiłujemy podpatrzeć ich hałaśliwe życie seksualne, ale nie jest to łatwe - gdy podpływamy, milkną i znikają. Napotykamy sporo zwalonych drzew, kilka razy musimy przenosić kajaki.

Na dalszym odcinku Smotrycz robi się szerszy, jego dno kamieniste, a brzegi wyższe, miejscami skaliste.

Jest słonecznie, w południe gorąco, ale nocą zaledwie kilka stopni.

Dzień 3. Wtorek

Zatrzymujemy się przy blisko stuletnim, nadal czynnym młynie w Zińkowcach. Zbudowano go z miejscowego kamienia, wyposażono w urządzenia przywiezione kontrabandą z Niemiec - jak twierdził młynarz. Zdumiewa ich archaiczny wygląd, a jeszcze bardziej to, że nadal opłaca się je eksploatować. Młynarzowi powodzi się kiepsko - ludność nie ma pieniędzy (zaległości w wypłacaniu pensji sięgają kilku miesięcy), za zmielenie ziarna płaci głównie mąką.

Po godzinie dopływamy do Kamieńca Podolskiego - najpotężniejszej warowni dawnej Rzeczypospolitej. Miasto leży na olbrzymiej wysokiej skale o urwistych ścianach wysokości 50 m. Potężnym zakolem opływa ją rzeka pogrążona w głębokim kanionie. Nad głowami mamy urwiste skały i potężne baszty okalające miasto. Od strony lądu Kamieniec dostępny jest tylko poprzez jeden wąski przesmyk skalny - naturalny 40-metrowy most zwany Tureckim.

Pierwsze kroki kierujemy do zamku. Mury i baszty są dobrze zachowane. Podziwiamy przepiękny widok na rzekę, miasto, bastionowe fortyfikacje i bezkresną okolicę. To tu zginął pan Wołodyjowski podczas tureckiego oblężenia (1672 r.). Wcześniej przez wieki Tatarzy pustoszyli Podole, ale tej twierdzy zdobyć nie mogli - w XV-XVII w. odparła 40 najazdów tatarskich, tureckich i wołoskich.

Na zamku pijemy kawę po turecku, co w Kamieńcu oznacza, że przyrządzono ją w tzw. kąpieli piaskowej. Specjalna maszynka podgrzewa piasek, w którym stoją zasypane do połowy metalowe naczynia z długimi rączkami. Kawa zalana wodą w naczyniu gotuje się dzięki wysokiej temperaturze piasku. Gdy pierwszy raz zaczyna kipieć, należy ją zamieszać i na chwilę podnieść naczynie, przy drugim kipieniu jest już dobrze zaparzona.

Kupujemy pocztówki. Jest trochę nieciekawych pamiątek i jedna rzecz warta grzechu - reprint ryciny z XVIII w. przedstawiającej widok twierdzy z lotu ptaka. Piękna, ale kosztuje 400 hrywien. Z żalem rezygnujemy.

Tej nocy biwakujemy kilka kilometrów poniżej Kamieńca, przy tamie w Cybulówce.

Zamek można zwiedzać od wtorku do niedzieli, 10-18, wstęp 3 hrywny.

Dzień 4. Środa

Rano wracamy do Kamieńca. Zabytkowe Stare Miasto jest bardzo zaniedbane, ale w trakcie odnawiania - widać robotników na rusztowaniach.

Przed katedrą stoi wysmukły (33,5 m) minaret widoczny z każdego punktu w mieście. To pozostałość po 27 latach tureckiego panowania. Po odzyskaniu Kamieńca Polacy zgodnie z warunkami traktatu pokojowego nie usunęli minaretu ani wieńczącego go tureckiego półksiężyca. Znaleziono salomonowe wyjście - na wieży i półksiężycu ustawiono figurę Matki Boskiej. To chyba jedyne takie miejsce na świecie... Drewnianą figurę później zastąpiono odlewem z pozłacanej miedzi. Obok stoi katolicka katedra. W dobrym stanie, bo komuniści urządzili tu muzeum ateizmu. Zachowały się barokowe ołtarze, marmurowe nagrobki. Od 1990 r. katedra jest znowu czynna. Wewnątrz łacińskie i polskie epitafia. Czytamy: Abp. Piotr Mańkowski /*1866 +1933/ Proboszcz katedry od 1902 r./ Biskup kamieniecki od 1918 r./ Prześladowany przez cara i ateistów/ Niestrudzony pasterz rozproszonych tułaczy./R.I.P./ Trudno oprzeć się wzruszeniu.

Katedra otwarta od rana do zmierzchu, wstęp wolny.

Niestety, dla innych świątyń w tym mieście los był mniej łaskawy. Kościół ormiański wysadzono w powietrze, a bazylikę Karmelitów Bosych, jezuicki kościół oraz część cerkwi rozebrano. Inne świątynie niszczały latami, służąc za magazyny. Oglądamy zdewastowany kościół Franciszkanów (XVI-XVIII w.) i Dominikanów (XIV-XVIII w.). Ściany bez tynków, okna zabite deskami, resztki pięknych barokowych stiuków. Nie ma ołtarzy, ławek ani nawet posadzki. Niezwykle przygnębiający widok. Nie zniszczyła ich wojna, ale świadome i systematyczne działania władzy sowieckiej.

Przytłaczają puste ulice, zdumiewają archaiczne, zdezelowane autobusy. Jesteśmy 780 km od Warszawy, ale jakby w innym czasie, w innym świecie.

Pod koniec dnia dopływamy do jedynej na trasie stanicy wodnej Ustie (20 km od Kamieńca), gdzie Smotrycz wpada do Dniestru. Namioty rozbijamy na kempingu. Po raz pierwszy od czterech dni mamy bieżącą ciepłą wodę - nasza radość nie zna granic.

Dzień 5. Czwartek

Spiętrzony przez tamę w Nowodniestrowsku Dniestr rozlewa się bardzo szeroko - Wisła zmieściłaby się w jego korycie kilka razy. Nurt jest bardzo powolny. Kilka osób decyduje się na kąpiel. Pogoda piękna, ale woda bardzo zimna. Płyniemy po rzece jak po wielkim jeziorze, nie trzeba sterować, wystarczą wiosła. Można ćwiczyć technikę, niektórzy narzekają, że to galery. Mnie się podoba, choć rzeczywiście jest ciężko, bolą ręce. Nie ma fali ani wiatru, musimy chronić się przed niemiłosiernie palącym słońcem. Nie można przed nim uciec, tak jak dzień wcześniej przed deszczem. Robimy chwilę przerwy. 15 kajaków ustawiamy razem, burta w burtę, w szeregu na środku Dniestru. Niezapomniana chwila. Żarty, piosenki, zdjęcia i rytualna wymiana słodyczy podawanych z kajaka na kajak.

Po południu suszymy i składamy nasze tajmeny. Do Warszawy wracamy autokarem, mamy ponad 1 tys. km.

***

W drodze powrotnej zatrzymujemy się w Międzybożu. Dominują nad nim ruiny potężnej twierdzy z XVI w., która miała strategiczne znaczenie w czasach wojen tatarskich. Chodzimy po bastionach i półkolistych basztach, ogromnych i niedostępnych, myśląc o dramacie tych terenów nieustannie narażonych na wojny.

Na miejscowym kirkucie znajduje się ochel - grób zmarłego w 1760 r. Bal Szem Towa, założyciela chasydyzmu, powszechnie znanego lekarza i cudotwórcy. Rokrocznie pielgrzymują tu dziesiątki tysięcy chasydów z całego świata.

Wieczorem rozbijamy namioty u podnóża zamku, księżyc oświetla jego renesansową attykę.

Przed nami jeszcze Wiśniowiec, Dubno, Krzemieniec i Łuck. Kolejne zamki, kościoły, cerkwie, pamiątki bogatej historii tych ziem.

Więcej o: