Gran Canaria: od kurortu do kurortu

Kraina wakacjuszy to plaże, hotele, baseny, deptaki i centra handlowe. Każde miasteczko ma swoich wielbicieli - do Puerto Rico przyjeżdża młodzież, do Maspalomas rodziny z dziećmi, a do San Augustin starsze pary

Na południu Gran Canarii słońce świeci niemal na okrągło (chmury zatrzymują góry w centralnej części wyspy). Klimat i krajobraz przypomina Afrykę, którą dzieli od wyspy ponad 100 kilometrów. Sucho, pustynnie, wypalone słońcem skały na horyzoncie, a zieleń - głównie palmy i kaktusy - tylko w nielicznych oazach i hotelowych ogrodach. To kraina turystów ze stosowną otoczką.

***

Z tutejszych kurortów najwięcej uroku ma Maspalomas. Jest tak popularne, że dawno już zlało się z sąsiednim Playa del Inglés. Razem mają ponad 500 hoteli i przez cały rok są pełne turystów. Na wynajęcie pokoju na własną rękę prawie nie ma szans (w dodatku o wiele drożej, lepiej więc rezerwować miejsce za pośrednictwem biura podróży).

Szczęśliwie Maspalomas to zabudowa głównie willowa - nie ma tu wielopiętrowych apartamentowców, a hotele przypominają pałace. Za to w Playa del Inglés rządzi hasło "wyżej, więcej i głośniej". Środek miasta zajmuje całodobowe, wielopiętrowe centrum handlowo-knajpiane Yumbo. Kupimy tu wszystko - od bazarowych pamiątek po ekskluzywne ciuchy i perfumy (Wyspy Kanaryjskie nawet po wejściu Hiszpanii do UE to strefa wolnego handlu - cła są minimalne, a podatek VAT wynosi 4,5 proc.; opłaca się więc kupować biżuterię, alkohol, sprzęt elektroniczny, perfumy itd.). W Maspalomas nie ma ulic, tylko aleje, a ich nazwy pochodzą od najbardziej aktywnych w okolicy biur podróży (Avenida del Touroperator...).

Jednak mimo turystycznego gwaru i tłoku nie sposób pomylić tego kurortu z innymi, a to za sprawą Dunas de Maspalomas. Wydmy zajmują 4 km kw. między Maspalomas a Playa del Inglés. Od zachodu przylega do nich La Charca - słodkowodna laguna, oaza wodnego ptactwa.

Choć szczelnie obudowane hotelami i restauracjami, bronią się przed zniszczeniem dzięki szyldowi rezerwatu przyrody. Poza tym codziennie zmieniają swój kształt i nie dają się zadeptać setkom opalających się turystów. Krajobraz jak na Saharze: wysokie (nawet 10-metrowe) złote diuny zbliżają się do oceanu; świetnie osłaniają przed wiatrem, więc bardzo tu upalnie (można poparzyć stopy!).

Skraje wydm to prywatne plaże pełne turystów (czynne od 9 do 17; wypożyczenie leżaka i parasola po 2,5 euro ). Dalej zaczyna się zona nudista , czyli raj dla golasów, ulubiony również przez homoseksualistów. To dlatego na środkową część wydm nie docierają co skromniejsi turyści. Spokój, cisza, szum błękitu oceanu i złota mini-Sahara za plecami...

Pozostałe plaże są kamieniste i wąskie - z tego powodu mało uczęszczane. Wzdłuż nich biegnie popularny deptak aż do najwyższej na wyspach latarni morskiej - Faro do Maspalomas (56 m) łączący centrum z Las Meloneras (dziś to już część Maspalomas), gdzie znajdują się najspokojniejsze kurorty w okolicy. Miasteczka tworzą jedność do tego stopnia, że np. hotel Riu Maspalomas leży tak naprawdę w Playa del Inglés, a z kolei Riu Meloneras - w Maspalomas.

***

Maspalomas to dobry punkt wypadowy. Można np. pojechać na jeden dzień na południe wyspy - przez popularne kurorty aż do "kanaryjskiej Wenecji", czyli Puerto de Mogan (kursują autobusy, jednak najlepiej wypożyczyć samochód; dobrym pomysłem jest też podróż w jedną stronę lądem i powrót łodzią).

Do Puerto de Mogan prowadzi wąska, biegnąca tuż nad stromym brzegiem oceanu droga (dobra rozgrzewka przed czekającymi mnie później zakrętami!). Jadę przez niezwykłe wzgórza pokryte rdzawoczerwonymi porostami. W tle ocean. Gdzieniegdzie wąskie ścieżki prowadzą na malutkie plaże u stóp urwiska.

Po drodze Arguineguin - wioska rybacka dość niefortunnie przerobiona na kurort. Dużo betonu, szarawa plaża, zapuszczony port. Można tu przyjechać na świeżą rybę, ale raczej nie na wczasy.

Dalej Puerto Rico. W przewodniku napisano, że na jego widok zapiera dech w piersiach. I rzeczywiście: kontrast, jaki tworzą białe wielopiętrowe hotele szczelnie okalające czarne, wulkaniczne klify zatoki, zdumiewa. Na dole plaża usypana ze sprowadzonego z Sahary piasku. Niezbyt kameralna, zastawiona leżakami, otoczona ruchliwą promenadą. Lepiej wybrać się na spokojniejszą Playa de los Amadores (również "importowana") - spacer ścieżką nad urwiskiem zajmie ok. 15 min.

W Puerto Rico kwitnie życie nocne, pełno tu klubów i barów. Znajomy - gdy usłyszał, że się tu wybieram - uśmiechnął się znacząco i powiedział, że w Puerto Rico jest o kilka stopni goręcej niż w Maspalomas...

***

Za Puerto Rico ciągną się surowe, odludne góry, w nich kryją się liczne wąwozy. Coraz więcej zakrętów, droga biegnie skrajem urwiska i wykutymi w skale tunelami. Wreszcie w dole pojawia się "Kanaryjska Wenecja" - Puerto de Mogan. Choć mieszkańcy nie utrzymują się już z rybołówstwa, tylko z turystyki, nie ma tu wielopiętrowych hoteli i apartamentowców. Są za to zadbane, tonące w kwiatach wille z bielonymi ścianami i jaskrawymi ramami okien (żółte, niebieskie, czerwone). Małe, poprzecinane kanałami uliczki, zieleń, zastawiony jachtami port. Spokojnie, nie ma tłoku.

Wokół portu liczne knajpki. Wybieram Restaurante Playa de Mogan w "drugim rzędzie" tuż za rogiem, ale za to tańszą prawie o połowę. Do wyboru świeże ryby - od sardynek przez tuńczyka po specjalność zakładu - rybę a la Walewska (filet gotowany w białym winie). Mimo swojsko brzmiącej nazwy wybieram pescada fresca - świeżą rybę z papas arrugadas , czyli ziemniakami w mundurkach - kiedyś gotowanymi w wodzie morskiej, dziś po prostu z dużą ilością soli, z obowiązkowym sosem mojo (zielonym z pietruszką lub czerwonym z chili; według mnie papas trzeba spróbować, ale nie mogłabym zajadać się nimi codziennie).

Dobrym pomysłem na spędzenie reszty dnia jest rejs do Puerto Rico (5,5 euro w jedną stronę, 9 w obie) lub Arguineguin (11 euro). Są też wyprawy połączone z oglądaniem delfinów (dwa dziennie o 10.30 i 12, ok. 9 euro; organizator nie gwarantuje sukcesu, ale zapewnia poszukiwanie delfinów echosondą ). Łodzie z przezroczystym dnem (przez większość rejsu widać niestety tylko błękit lub zieleń oceanu) wypływają z portu w Puerto de Mogan co godzina. Na szczęsćie chętnych nie ma zbyt wielu. Płyniemy wzdłuż klifów. W jednym miejscu widzę sporo jaskiń, przy nich zakotwiczone łódki firm organizujących wyprawy nurkowe. Właśnie dzięki licznym grotom i płytko położonym wrakom Puerto de Mogan stało się głównym centrum nurkowym Gran Canarii (Można też nurkować w żółtej łodzi podwodnej - do ośmiu rejsów dziennie, ok. 27 euro ).

Po drodze mijają nas skutery wodne i szalejące na falach szybkie łodzie Jet Boat pełne piszczących na zakrętach turystów. Poza tym spokojnie, świeci słońce, a kurorty widziane z morza na tle stromych klifów i surowych górskich zboczy zdecydowanie zyskują na uroku.

Więcej o: