Gran Canaria: wąwóz Guayadeque

Współcześni jaskiniowcy mają prąd, ogrzewanie i anteny satelitarne

Barranco de Guayadeque to w języku Guanczów, pierwotnych mieszkańców Wysp Kanaryjskich, "miejsce, którym płynie woda". Rzeczywiście, w wąwozie była kiedyś rwąca rzeka. Płynęła z gór w sercu wyspy aż do oceanu. Na jej brzegach Guanczowie założyli osadę (wykopaliska w Museo Canario w Las Palmas). Mieszkali w wykutych w skałach jaskiniach po słonecznej, wschodniej stronie rzeki, a zmarłych chowali po ciemnej - zachodniej. Do dziś zachowało się kilka oryginalnych domostw w stromym zboczu wysoko nad ziemią.

Wąwóz zaczyna się w Agüimes. Jego dnem wiedzie asfaltowa droga. Widoki fantastyczne - strome, poszarpane skały, pełno drzew, krzaków, porostów i kwiatów. W tym rezerwacie przyrody rośnie ok. 80 endemicznych gatunków, m.in. wysokie sosny kanaryjskie i kostropate krzewy wilczomlecza kanaryjskiego.

Pierwszy przystanek - Cuevas Barmejas, Szkarłatne Jaskinie. W tej wsi wszystkie domy, wzorem przodków, wykuto w stromych, wulkanicznych zboczach.

Na początek skalny kościół. Wąskie wejście prowadzi do chłodnej komnaty, w niej ołtarz, nad nim trzy figury świętych. Wilgotno, na chropowatych ścianach znać ślady dłuta. Poza tym ławki jak w normalnej kaplicy.

Wąska ścieżka (a może uliczka?) prowadzi pod górę. Mijam zamknięte na solidny zamek, osadzone w litej skale drzwi. Potem wykute w urwisku niby-podwórko, po którym spacerują kury i gęsi. Obok ukwiecony ganek, drzwi, korytarz... Gdy zaciekawiona zaglądam do środka, znienacka pojawia się kobieta z praniem. W odpowiedzi na mój uśmiech przywołuje męża. Antonio Lopez Cazolla urodził się w tym domu, a jego matka mieszka w nim już 42 lata. Trzy pokoje wyglądają najzupełniej normalnie, tylko sufit jest dość niski. W rogu sypialni wielkie łoże, obok drewniana kołyska, a na ścianach rodzinne fotografie. Gospodarz tłumaczy, że z piątki rodzeństwa został tu tylko on z żoną, siostra i matka; reszta mieszka w mieście. W Cuevas Barmejas żyje się dobrze (mieszkanie w upał chłodzi, a gdy zimno, grzeje), ale wszędzie daleko. Czasem zajrzą turyści - w sezonie nawet sporo.

Wyżej jeszcze kilka podobnych drzwi w skale. Na schodkach jednego z domostw dziadek pilnuje bawiącej się pod kwitnącym krzakiem bugenwilli wnuczki. Z najwyższego miejsca widać inne mieszkalne jaskinie - bardziej luksusowe, z bateriami słonecznymi, licznymi antenami i malowanymi na różowo gankami. W drodze powrotnej mijam jeszcze skalny sklep i restauracyjkę.

Przejeżdżam przez migdałowe gaje malowniczo rozłożone na zboczach coraz wyższych skał. Droga pnie się jeszcze kawałek pod górę i zaraz za restauracją Tagoror kończy się, zamieniając w ścieżkę do kolejnej osady jaskiń. To znak, że czas coś przekąsić. W Tagoror skalne korytarze prowadzą do okrągłych salek. Ja wybieram zacieniony taras z widokiem na zielony wąwóz.

W menu m.in. pyszna wędzona szynka jambon serrano (3,45 euro) i świeży owczy ser queso tierno (pół porcji 2,45 euro). W niedziele i święta podają tu miejscową specjalność - sancocho canario , czyli zupę rybną (7 euro).

Ślady Guanczów odnajduję też w malowniczym wąwozie Barranco de Fataga. Droga nie prowadzi dnem doliny, tylko wzdłuż stromego urwiska. Jednak warto pokonać te wszystkie zakręty (niektóre przyprawiają o zawrót głowy). Na samym początku Mundo Aborigen, czyli odtworzona osada Guanczów - w sam raz dla dzieciaków (czynne w godz. 9-18).

Coraz bardziej kręta droga prowadzi do Fatagi. W tej uroczej wioseczce uliczki są wąskie i strome, a domy wyglądają jak dalmatyńczyki - białe z kamiennymi łatkami. Strome, zielone zbocza, w dole gaje palmowe, wszędzie pełno kwiatów. No i prawie w ogóle nie ma turystów.

W pobliskiej osadzie można nawet pojeździć na wielbłądzie, ale ja się spieszę, by zdążyć na zachód słońca. Najlepiej obejrzeć go z punktu widokowego u wejścia do wąwozu. Barranco de Fataga wygląda stąd jak mały Kanion Kolorado.

Więcej o: