Troodos. Wulkaniczne pasmo, które ciągnie się przez 120 km w centralnej części wyspy. Nie jest to krajobraz alpejski, ale za to okolica świetnie nadaje się na długie spacery i wyprawy z plecakiem (łagodne ścieżki i dobrze oznakowane szlaki). Pełno tu małych wiosek, każda z paroma kamiennymi domkami i kościółkiem (też z kamienia). Leniwa atmosfera, czas jakby stanął w miejscu...
Przedsmak tego, co czeka nas w górach, daje wioska Omodos na ich zachodnim pogórzu. Uliczki wyłożone dużymi, wyślizganymi blokami kamieni, niskie domy i klasztor Timiou Stawrou (św. Krzyża). Powstał jeszcze w czasach bizantyjskich, ale budowla, którą możemy dziś oglądać, pochodzi z początków XIX w. W środku, prócz ikonostasu, zachwycają stare kryształowe żyrandole - mienią się na nich dziesiątki szklanych kropli, łańcuchów i paciorków, misternie przeplecionych. Są spatynowane, co jeszcze podnosi ich szlachetny wdzięk. Warto zwiedzić otaczające kościół krużganki. W tych na piętrze wzrok przykuwają ciemne, drewniane plafony pokryte ażurowymi ornamentami. W niektórych klasztornych salach ozdobiono w ten sposób całe ściany.
Przy podłużnym ryneczku są dwie knajpy. Towarzyszący nam Cypryjczyk tłumaczy: - W Berolemo spotkamy mieszkańców o poglądach lewicowych, w Nick's - prawicowych.
Wchodzimy na chybił trafił. Gromada mężczyzn popija ziwaniję i pyszną cypryjską kawę (gotuje się ją w tygielku razem z cukrem). Komentują coś zawzięcie, zdaje się, że politykę rządu. Staruszka w czarnej chustce na głowie siedzi obok i szydełkuje. Uśmiecha się do nas i kiwa głową.
Szydełkowanie to zresztą tutejsza specjalność. Cypr słynie ze swoich koronek. Sklepiki z pamiątkami pełne są obrusów, pościeli, chusteczek, a nawet cud-parasolek. W Omodos jest ich wyjątkowo dużo. Chusty i poszewki powiewają w każdej wąziutkiej uliczce, trzeba uważać, żeby się w nie nie zaplątać.
Wioska słynie też z produkcji wina. Zachowała się XIX-wieczna tłocznia - linos. Co prawda cypryjscy winiarze wmawiają turystom, że winne grona - zanim zamienią się w commandarię - ugniatane są stopami, ale w Omodos można obejrzeć służące do tego wielkie drewniane tłoki (obok trzech olbrzymich, starych kotłów).
Ziwania i commandaria powstają nie tylko w tłoczniach. Minifabryczki znajdziemy niemal w każdym obejściu. Sokratesa, który przez lata był wójtem Omodos, spotykamy na progu domu (na oko początek XIX w.). Częstuje commandarią i zaprasza do środka. Domostwo wygląda jak rupieciarnia skrzyżowana z muzeum czy skansenem. Wychowało się w nim kilka pokoleń, a Sokrates nic nie wyrzucał. Pełno tu starych mebli, sprzętów, naczyń, a nawet strojów. W jednej izbie obok siebie wiszą suknie ślubne prababki, babki i matki Sokratesa. Gospodarz zwraca naszą uwagę na co cenniejsze pamiątki i prowadzi po wąskich drewnianych schodach do piwnicy. To tu powstaje commandaria. Sokrates łamaną angielszczyzną objaśnia, których sprzętów używał jeszcze dziadek, a których ojciec. Zachwyceni kupujemy kilka butelek, po 2,5 funta za pół litra (w sklepach co najmniej cztery funty).
Góry Troodos słyną też z wyrobu tradycyjnych przysmaków, których receptura nie zmieniła się od pokoleń. W wiosce Agros odwiedzamy wędzarnię jagnięciny zwanej lountza. Na zapleczu sklepu z wędlinami nad piecem wiszą gęstymi rzędami długie, pachnące kawały mięsa. Aż w nosie kręci.
Także w Agros zahaczamy o wytwórnię słodyczy. W piwnicy stoją wielkie kotły ze skórką cytrynową, figami i czym dusza zapragnie. Można próbować do woli. Owoce są niesamowicie słodkie i kleiste, przypominają w smaku arabskie łakocie. Na piętrze w małym sklepiku można kupić wszystko, czego kosztowaliśmy. Konfiturę z fig (70 centów słoik), orzechy włoskie gotowane na słodko razem z łupiną (okazuje się pyszna i miękka), lukrowane pomarańcze...
W Agros jest jeszcze wytwórnia likieru różanego. Kieruje nią Chris Tsolakis, znany w okolicy jako Mister Rose. Jego rodzina hoduje róże od pokoleń, plantacja Chrisa liczy 100 akrów. Podobno gdy przyjedzie się tu w maju, w porze zbiorów, pozwala "wykąpać się" w stosie różanych płatków (w jego pracowni na dowód wiszą na ścianach liczne zdjęcia roześmianych turystek w płatkach). Niestety, nie udało nam się dowiedzieć, jak można wkraść się w łaski Chrisa i zaznać tej przyjemności.
Główne szlaki Troodos noszą nazwy mitologiczne. Najsłynniejsze są Atalanta i Artemida wokół góry Olimpos (najwyższy szczyt, 1952 m n.p.m.). Tu również znajdują się trasy narciarskie - szusować można jeszcze w marcu, gdy w dolinach kwitną już pomarańczowe gaje, a na wybrzeżu pierwsi śmiałkowie zażywają morskich kąpieli. Woda ma wtedy mniej więcej taką temperaturę, jaką Bałtyk osiąga latem.