Wakacje na Dzikim Zachodzie
14.10.2000
, aktualizacja: 05.01.2001 11:35
Urlop na kowbojskim ranczu to nie tylko szansa do pojeżdżenia na koniach, ale także okazja do nauczenia się posługiwania lassem, powalania bydła i spróbowania byczych jąder
KRAJ
Konie były łatwe do prowadzenia. Jazda na wędzidle westernowym bardzo ułatwiała sprawę. Żaden z koni nigdzie się nie wyrywał ani też nie robił manewrów typu brykanie celem zrzucenia jeźdźca. Nawet kiedy w pełnym galopie spod nóg wyrwały się jakieś skrzeczące ptaki, konie nie uskakiwały w bok. Mój wierzchowiec spłoszył się tylko raz - na widok grzechotnika. Już po fakcie spojrzałam w miejsce, skąd dochodził dziwny odgłos, i ujrzałam uniesiony w górę charakterystyczny ogon węża.
Przechodzenie z galopu do stępa nie było zbyt przyjemne, ponieważ rumak ostro zwalniał, hamując tylnymi kończynami, co powodowało wrażenie wyrzucania z siodła i uderzanie się o przedni łęk. Tak samo nieprzyjemnie galopowało się z górki, ponieważ koń dbał, by się zbytnio nie rozpędzić, i przyhamowywał. Próbowałam też, jak na westernach, ostro zagalopować ze stania. Okazało się, że nie stanowi to problemu. Nawet i pod górę te muskularne konie doskonale sobie radziły. Nie przeszkadzały im skałki i ostre kamienie, usuwające się w przepaść spod ich kopyt.
Nie chwal - wykorzystuj
Naszym zadaniem jednak nie była tylko jazda, ale zganianie krów. Jeśli na horyzoncie była uciekająca krowa, wtedy w koniu budził się instynkt psa myśliwskiego i gotów był za nią gonić po najgorszych wertepach i chaszczach.
W zaroślach trzeba było uważać, by się nie pokaleczyć o długie na kilka centymetrów kolce. Tu wyjaśniło się zastosowanie kolejnego elementu ubioru kowbojów - chapsów, czyli specjalnych skórzanych ochraniaczo-spodni, nakładanych na zwykłe spodnie. To właśnie chapsy chronią nogi kowboja przed nieprzyjemnymi krzakami.
Zgodnie z polskimi przyzwyczajeniami, zadowolona z dokonań mego wierzchowca, chwaliłam go i poklepywałam w szyję. Ten jednak, zdziwiony mym niespotykanym w tych stronach zachowaniem, odwracał głowę i spoglądał na mnie pytającym wzrokiem, nie wiedząc, o co chodzi. Nie zauważyłam też, by ranczerzy w jakiś sposób nagradzali swoje wierzchowce. Ich zdaniem koń to narzędzie pracy, a nie zwierzę-przyjaciel.
Zajeżdżanie po kowbojsku
Metody kowbojskiego tzw. zajeżdżania raczej nie należą do najdelikatniejszych. Już samo słowo "zajeżdżać" - "brake" (złamać), mówi samo za siebie.
Pewnego wieczoru przed kolacją nasz ranczer stwierdził, że popracuje trochę z mustangiem, na którym przez cały rok nikt nie jeździł i który jakby zapomniał, do czego służy siodło z jeźdźcem, zrzucając każdego, kto na niego wsiadł. Po osiodłaniu zaczął go przepędzać w kółko w okrągłej zagrodzie zwanej corral, o promieniu może 10 m. Kowboj stał pośrodku, wymachując lassem, którego końcówka z zawiązanym supełkiem co i rusz lądowała na zadzie konia. Co chwila zachodził rumakowi drogę, by go zmusić do zmiany kierunku. - Częste wykonywanie zakrętów wyrabia mięśnie - wyjaśnił.
Trwało to jakieś 20 minut, do momentu kiedy koń zlał się potem i dyszał, a jego ciało drżało. Wtedy pomocnik ranczera spróbował na konia wsiąść, jednak po paru okrążeniach rumak wykonał malownicze bryknięcie z czterech nóg, umieszczając swą szyję między przednimi nogami i wyrzucając jeźdźca jak z procy, prosto na belki ogrodzenia. Zdenerwo-wany ranczer znów przystąpił do przeganiania konia po corralu. Co jakiś czas dawał mu chwilkę wytchnienia, opuszczał lasso, wyciągał rękę, przyzywając zwie-rzę do siebie, a koń, o dziwo, ufnie do niego podchodził. Po chwili, widząc podnoszoną końcówkę lassa, znów biegał.
Ostatnim etapem było położenie konia. Zaczepione o róg na siodle, a następnie zawinięte wokół przedniej nogi lasso ciągnięto w tył, a wodze - w drugą stronę. Po paru próbach walki i oporu koń został obalony na ziemię. Celem takiego postępowania, jak mi powiedziano, jest pokazanie niepokornemu zwierzęciu, kto nad kim ma władzę.
By koń jeszcze bardziej spokorniał, zostawiono go na trzy dni uwiązanego w corralu. Dostawał tylko wodę do picia. Na trzeci dzień ranczer ponownie na niego wsiadł i już żadnych kłopotów z nim nie miał.
Praca przy bydle
Co roku na wiosnę tysiąc sztuk bydła wypędzane jest z rancza na pastwiska, gdzie przebywa do jesieni. Krowy cielą się tam bez udziału człowieka. Strumienie zapewniają wodę, a olbrzymie pastwiska trawę. Jest ona co prawda całkowicie wyschnięta i przypomina zżółknięte siano, ale i tak bydło wygląda na zadowolone i dobrze odżywione.
Oczywiście, trzeba tego bydła doglądać, tzn. spędzać je w stada, wyłapywać młode byczki i je kastrować, kolczykować i wypalać znaki rancza na młodych cielętach.
Spędzanie należało do naszych obowiązków - ludzi, którzy podobnie jak ja, chcąc zaznać kowbojskiego życia, przybyli na ranczo. Było nas w sumie 12 osób - z Anglii, Austrii, Niemiec, Australii i tylko jeden Amerykanin, bo ponoć Amerykanów taka forma spędzania wakacji w ogóle nie interesuje.
Na szyi cielaka
Zganialiśmy bydło z pastwisk znajdujących się na zboczach gór w jedno miejsce. Stado należało następnie otoczyć i pilnować, by się nie rozeszło. W spędzaniu krów pomagały nam trzy odpowiednio wyszkolone psy kowbojskie, dzielnie obszczekujące oddalające się na bok sztuki, podgryzając umiejętnie ich tylne kończyny.
Spędzanie polegało na penetrowaniu chaszczy i wypędzaniu z nich krów. Wołając na cały głos "Hee! Noo!", podążało się jednocześnie za upatrzoną krową, starając się pędzić ją w wybranym kierunku. Krowy, w tym również byki, czuły respekt przed jeźdźcami na koniach, a konie, szczególnie te bardziej wytrawne, doskonale wiedziały, o co w tym wszystkim chodzi. Kiedy więc jakaś niepokorna matka ze swym cielątkiem wyrywała się w niepożądanym kierunku, koń już wiedział, że należy ją przygnać z powrotem. Właściwie nie trzeba go było zbytnio zachęcać do pogalopowania w ich kierunku. Zadziwiające było, jak koń potrafił robić ostre zakręty w pełnym galopie po to, żeby odgrodzić krowie drogę i nakłonić ją do dołączenia do stada.
Kiedy już po dobrych kilku godzinach pracy całe stado było w komplecie, ranczer wyłapywał lassem młode sztuki. Pokazano nam także, jak obalić na ziemię cielaka, trzymając go za ogon i skórę na grzbiecie. Powalonego cielaka utrzymywało się, siedząc mu na szyi. Następnym etapem kowbojskiego szkolenia było robienie mu zastrzyku antybiotykowego.
Ostrygi Gór Skalistych
Dziwiło mnie, dlaczego po wykastrowaniu cielaków ich wycięte jąderka były pieczołowicie gromadzone w torebkach plastikowych, a nie dawane psom. Wyjaśniło się to podczas jedzenia śniadania któregoś z następnych dni.
Nasza opiekunka Sam usmażyła któregoś razu małe, okrągłe kotleciki. Nawet mnie to nie zdziwiło, bo już wiedziałam, że prawdziwe amerykańskie śniadanie to podsmażane, ugotowane ziemniaki, kiełbaski, puchate placki z syropem klonowym albo jajka sadzone z plastrami boczku. Serwowano również "francuskie tosty", czyli kromki pieczywa tostowego obtoczone w jajku z dodatkiem mąki i cynamonu.
Wobec takiego menu kotleciki nie były zaskoczeniem. Wzięłam jednego na spróbowanie. Powąchałam - pachniał trochę jak krowa. Odkroiłam kawałek - był biały w środku. Spróbowałam. Konsystencję miał kleisto-pasztetową, a smak właściwie nieokreślony. Były to właśnie jądra byczków, zwane tu "ostrygami Gór Skalistych".
Niestety, smażone jądra byczków w panierce nie miały zbytniego powodzenia, cała ekipa kandydatów na kowbojów sceptycznie bowiem podeszła do pomysłu ich zjedzenia. Wyżerkę miały za to psy.
Dzień powrotu do zatłoczonej i głośnej cywilizacji nie był miły. Jeszcze długo potem, już w pracy w biurze, musiałam się powstrzymywać, by nie zaganiać opieszałych koleżanek i kolegów na zebrania pracownicze głośnymi zawołaniami "Hee! Noo!".
Przechodzenie z galopu do stępa nie było zbyt przyjemne, ponieważ rumak ostro zwalniał, hamując tylnymi kończynami, co powodowało wrażenie wyrzucania z siodła i uderzanie się o przedni łęk. Tak samo nieprzyjemnie galopowało się z górki, ponieważ koń dbał, by się zbytnio nie rozpędzić, i przyhamowywał. Próbowałam też, jak na westernach, ostro zagalopować ze stania. Okazało się, że nie stanowi to problemu. Nawet i pod górę te muskularne konie doskonale sobie radziły. Nie przeszkadzały im skałki i ostre kamienie, usuwające się w przepaść spod ich kopyt.
Nie chwal - wykorzystuj
Naszym zadaniem jednak nie była tylko jazda, ale zganianie krów. Jeśli na horyzoncie była uciekająca krowa, wtedy w koniu budził się instynkt psa myśliwskiego i gotów był za nią gonić po najgorszych wertepach i chaszczach.
W zaroślach trzeba było uważać, by się nie pokaleczyć o długie na kilka centymetrów kolce. Tu wyjaśniło się zastosowanie kolejnego elementu ubioru kowbojów - chapsów, czyli specjalnych skórzanych ochraniaczo-spodni, nakładanych na zwykłe spodnie. To właśnie chapsy chronią nogi kowboja przed nieprzyjemnymi krzakami.
Zgodnie z polskimi przyzwyczajeniami, zadowolona z dokonań mego wierzchowca, chwaliłam go i poklepywałam w szyję. Ten jednak, zdziwiony mym niespotykanym w tych stronach zachowaniem, odwracał głowę i spoglądał na mnie pytającym wzrokiem, nie wiedząc, o co chodzi. Nie zauważyłam też, by ranczerzy w jakiś sposób nagradzali swoje wierzchowce. Ich zdaniem koń to narzędzie pracy, a nie zwierzę-przyjaciel.
Zajeżdżanie po kowbojsku
Metody kowbojskiego tzw. zajeżdżania raczej nie należą do najdelikatniejszych. Już samo słowo "zajeżdżać" - "brake" (złamać), mówi samo za siebie.
Pewnego wieczoru przed kolacją nasz ranczer stwierdził, że popracuje trochę z mustangiem, na którym przez cały rok nikt nie jeździł i który jakby zapomniał, do czego służy siodło z jeźdźcem, zrzucając każdego, kto na niego wsiadł. Po osiodłaniu zaczął go przepędzać w kółko w okrągłej zagrodzie zwanej corral, o promieniu może 10 m. Kowboj stał pośrodku, wymachując lassem, którego końcówka z zawiązanym supełkiem co i rusz lądowała na zadzie konia. Co chwila zachodził rumakowi drogę, by go zmusić do zmiany kierunku. - Częste wykonywanie zakrętów wyrabia mięśnie - wyjaśnił.
Trwało to jakieś 20 minut, do momentu kiedy koń zlał się potem i dyszał, a jego ciało drżało. Wtedy pomocnik ranczera spróbował na konia wsiąść, jednak po paru okrążeniach rumak wykonał malownicze bryknięcie z czterech nóg, umieszczając swą szyję między przednimi nogami i wyrzucając jeźdźca jak z procy, prosto na belki ogrodzenia. Zdenerwo-wany ranczer znów przystąpił do przeganiania konia po corralu. Co jakiś czas dawał mu chwilkę wytchnienia, opuszczał lasso, wyciągał rękę, przyzywając zwie-rzę do siebie, a koń, o dziwo, ufnie do niego podchodził. Po chwili, widząc podnoszoną końcówkę lassa, znów biegał.
Ostatnim etapem było położenie konia. Zaczepione o róg na siodle, a następnie zawinięte wokół przedniej nogi lasso ciągnięto w tył, a wodze - w drugą stronę. Po paru próbach walki i oporu koń został obalony na ziemię. Celem takiego postępowania, jak mi powiedziano, jest pokazanie niepokornemu zwierzęciu, kto nad kim ma władzę.
By koń jeszcze bardziej spokorniał, zostawiono go na trzy dni uwiązanego w corralu. Dostawał tylko wodę do picia. Na trzeci dzień ranczer ponownie na niego wsiadł i już żadnych kłopotów z nim nie miał.
Praca przy bydle
Co roku na wiosnę tysiąc sztuk bydła wypędzane jest z rancza na pastwiska, gdzie przebywa do jesieni. Krowy cielą się tam bez udziału człowieka. Strumienie zapewniają wodę, a olbrzymie pastwiska trawę. Jest ona co prawda całkowicie wyschnięta i przypomina zżółknięte siano, ale i tak bydło wygląda na zadowolone i dobrze odżywione.
Oczywiście, trzeba tego bydła doglądać, tzn. spędzać je w stada, wyłapywać młode byczki i je kastrować, kolczykować i wypalać znaki rancza na młodych cielętach.
Spędzanie należało do naszych obowiązków - ludzi, którzy podobnie jak ja, chcąc zaznać kowbojskiego życia, przybyli na ranczo. Było nas w sumie 12 osób - z Anglii, Austrii, Niemiec, Australii i tylko jeden Amerykanin, bo ponoć Amerykanów taka forma spędzania wakacji w ogóle nie interesuje.
Na szyi cielaka
Zganialiśmy bydło z pastwisk znajdujących się na zboczach gór w jedno miejsce. Stado należało następnie otoczyć i pilnować, by się nie rozeszło. W spędzaniu krów pomagały nam trzy odpowiednio wyszkolone psy kowbojskie, dzielnie obszczekujące oddalające się na bok sztuki, podgryzając umiejętnie ich tylne kończyny.
Spędzanie polegało na penetrowaniu chaszczy i wypędzaniu z nich krów. Wołając na cały głos "Hee! Noo!", podążało się jednocześnie za upatrzoną krową, starając się pędzić ją w wybranym kierunku. Krowy, w tym również byki, czuły respekt przed jeźdźcami na koniach, a konie, szczególnie te bardziej wytrawne, doskonale wiedziały, o co w tym wszystkim chodzi. Kiedy więc jakaś niepokorna matka ze swym cielątkiem wyrywała się w niepożądanym kierunku, koń już wiedział, że należy ją przygnać z powrotem. Właściwie nie trzeba go było zbytnio zachęcać do pogalopowania w ich kierunku. Zadziwiające było, jak koń potrafił robić ostre zakręty w pełnym galopie po to, żeby odgrodzić krowie drogę i nakłonić ją do dołączenia do stada.
Kiedy już po dobrych kilku godzinach pracy całe stado było w komplecie, ranczer wyłapywał lassem młode sztuki. Pokazano nam także, jak obalić na ziemię cielaka, trzymając go za ogon i skórę na grzbiecie. Powalonego cielaka utrzymywało się, siedząc mu na szyi. Następnym etapem kowbojskiego szkolenia było robienie mu zastrzyku antybiotykowego.
Ostrygi Gór Skalistych
Dziwiło mnie, dlaczego po wykastrowaniu cielaków ich wycięte jąderka były pieczołowicie gromadzone w torebkach plastikowych, a nie dawane psom. Wyjaśniło się to podczas jedzenia śniadania któregoś z następnych dni.
Nasza opiekunka Sam usmażyła któregoś razu małe, okrągłe kotleciki. Nawet mnie to nie zdziwiło, bo już wiedziałam, że prawdziwe amerykańskie śniadanie to podsmażane, ugotowane ziemniaki, kiełbaski, puchate placki z syropem klonowym albo jajka sadzone z plastrami boczku. Serwowano również "francuskie tosty", czyli kromki pieczywa tostowego obtoczone w jajku z dodatkiem mąki i cynamonu.
Wobec takiego menu kotleciki nie były zaskoczeniem. Wzięłam jednego na spróbowanie. Powąchałam - pachniał trochę jak krowa. Odkroiłam kawałek - był biały w środku. Spróbowałam. Konsystencję miał kleisto-pasztetową, a smak właściwie nieokreślony. Były to właśnie jądra byczków, zwane tu "ostrygami Gór Skalistych".
Niestety, smażone jądra byczków w panierce nie miały zbytniego powodzenia, cała ekipa kandydatów na kowbojów sceptycznie bowiem podeszła do pomysłu ich zjedzenia. Wyżerkę miały za to psy.
Dzień powrotu do zatłoczonej i głośnej cywilizacji nie był miły. Jeszcze długo potem, już w pracy w biurze, musiałam się powstrzymywać, by nie zaganiać opieszałych koleżanek i kolegów na zebrania pracownicze głośnymi zawołaniami "Hee! Noo!".
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl











