Niemcy. W dolinie Lahnu. Śladami książąt i cesarzy

Nad brzegiem rzeki Lahn w Bad Ems kołysze się łódź w kształcie łabędzia, zapraszając na romantyczną wycieczkę

Wśród pensjonatów zanurzonych w zieleni błękitnieją kopuły cerkwi św. Aleksandra wybudowanej na życzenie cara Aleksandra II (zwiedzanie codziennie oprócz poniedziałków w godz. 15-17). Cieniste alejki parku nad rzeką, pełnego starych buków, tulipanowców i platanów, ze schludnie przystrzyżonymi trawnikami, zachęcają do spaceru. Naprzeciwko cerkwi, po drugiej stronie Lahnu, stoi Russische Hof. Zatrzymywała się w nim carska rodzina z cesarzową matką Marią Fiodorowną, zjeżdżająca z dworem do badu kurować się z różnych przypadłości, jakie przytrafiają się nawet najszlachetniej urodzonym. Ze znanych Rosjan bywali tu Mikołaj Gogol i Fiodor Dostojewski. Kto wie, może słynny "Gracz" powstał po pobytach pisarza w tutejszym kasynie, najstarszym w Niemczech? (wejście od 18 lat, ruletka czynna od 19, automaty od 17). Elegancki gmach powstał w latach 1836-39 według projektu Johanna Gotfrieda Gutensohna. Jest w nim m.in. marmurowa sala koncertowa z 16 marmurowymi kolumnami i teatr na 500 miejsc. Ojciec operetki Jakub Offenbach był tu dyrektorem teatru i przyjeżdżał na gościnne występy w latach 1858-70 (corocznie w pierwszej połowie czerwca odbywa się festiwal dedykowany kompozytorowi). To stąd w 1870 r. Bismarck wysłał do króla Prus i cesarza Francuzów tzw. depeszę emską, która stała się powodem wojny francusko-pruskiej zakończonej upadkiem Napoleona III.

Co roku pod koniec sierpnia odbywa się w Bad Ems Blumenkorso połączone z tradycyjnym Jarmarkiem św. Bartłomieja. Atrakcji co niemiara, np. przegląd orkiestr dętych. Ukoronowaniem święta jest olśniewający pokaz ogni sztucznych, któremu można się przyglądać i z lądu, i z wody.

Nie można opuścić Bad Ems, nie wjeżdżając windą mieszczącą się w budynku nieopodal Russische Hof na górujące nad miastem zbocze, gdzie znajdują się słynne sanatoria i kliniki, od kardiologii po ortopedię. Stąd wywodzi się sól emska niezawodna na gardłowe infekcje, zwalczająca kaszel i chrypkę. Dla bardziej wyrafinowanych kuracjuszy jest Ayurveda Klinik, potężny gmach nad Lahnem w dolnej części Ems (dziesięciodniowy pobyt kosztuje 2385 euro).

Ruszamy dalej drogą wśród wzgórz i lasów, czasem na zielonych łąkach pojawia się rzeka. Ruch na drodze dość umiarkowany, więc rowerzyści mogą się poruszać bezpiecznie.

***

Przystanek Nassau. Gdziekolwiek spojrzeć - albo kościół ewangelicki św. Jana z 1198 r. z 12-metrową romańską wieżą, albo jeżące się wieżyczkami zamczysko rodziny Nassau początkami sięgające 1124 r. Na ryneczku podziwiamy stary ratusz szachulcowy z głęboko nasadzonym łupkowym dachem, nad wejściem z ozdobnym fryzem data: 1607/09. Nieopodal studnia, też rzeźbiona, z 1614 r. Naprzeciwko ratusza zamek jaśnie państwa von Nassau (książę pan miał burmistrza dosłownie pod ręką). Warto przypomnieć, że pod koniec września w Nassau odbywa się doroczny Jarmark św. Michała - senne miasteczko ożywa na parę dni.

Drogą, która kręci się, jak pozwalają jej na to zakola rzeki, dojeżdżamy do Obernhof, gdzie brzozową aleją dochodzimy do klasztor Arnstein. Najpierw było tu zamczysko wzniesione w drugiej połowie X w. W 1139 r. ostatni z rodu - Ludwik III Arnstein - wraz z żoną Gudą przekazali zamek zgromadzeniu premonstransów, czyli norbertanom (zakon założony w 1120 r. we Francji przez św. Norberta z Xanten; dziś liczy ok. 1450 zakonników w 51 domach, wydał dziesięciu świętych i czterech błogosławionych, m.in. bł. Bronisławę z Krakowa). Powstał tu klasztor i kościół, słynący z bogatego wyposażenia (pierwsze witraże pojawiły się już w 1150 r.). W klasztorze było słynne scriptorium, gdzie powstawały kopie Pisma św., żywoty świętych, oraz inne księgi (m.in. w 1172 r. Biblia Opata Lunanda, obecnie w British Museum). W czasie wojny 30-letniej dolinę Lahnu splądrowały łupieżcze armie. Podupadło i opactwo, w którym pozostało tylko czterech zakonników, ale rychło podniosło się z upadku. W 1802 r. książę Nassau specjalnym dekretem dokonał sekularyzacji. W sto lat później klasztor powrócił do biskupstwa w Limburgu. Obecnie znajduje się w gestii Zgromadzenia Najświętszych Serc Jezusa i Maryi (sercanie) związanego z osobą misjonarza bł. ojca Damiana de Veuster nazwanego apostołem trędowatych (Belg ur. w 1888, przez wiele lat pracował w leprozorium na Hawajach).

Klasztor zdaje się unosić nad tonącą w morzu zielni doliną. Idziemy do kościoła. Przy wejściu stoi krzyż misyjny z napisem "Gott ist der Liebe" i tablica upamiętniająca jednego z braci, który zginął w obozie w Dachau. Wewnątrz ołtarz barokowy z wizerunkiem Chrystusa i rokokowa ambona. W absydzie pod chórem zachowała się stara posadzka w czarne i żółte kafle, nad ołtarzem witraże. Tuż przy wyjściu uwagę przyciąga malowidło (częściowo schowane za szafą), ukazujące spętanego potępieńca gryzącego nadaremnie ręce - grzesznik ostrzega i nawołuje do pokuty. Na zewnątrz, w upalnym powietrzu unosi się zapach pelargonii - wypełniają donice ustawione na murku wzdłuż schodów do świątyni.

***

Przed nami Diez, gdzie Lahn splata się z rzeką Aar. Z jedynej skały w samym środku miasta wyrasta zamek, wzniesiony w 1073 r. przez grafa von Diez. Późniejsi właściciele, grafowie von Nassau-Diez-Oranien, dali początek dynastii panującej w Holandii (Wilhelm I Orański, hrabia Nassau i książę Oranii zwany Milczącym, był przywódcą zbuntowanych północnych prowincji Niderlandów, które wystąpiły zbrojnie przeciwko hiszpańskiemu okupantowi, potem przejął władzę). Dopiero w 1866 r. księstwo Nassau stało się integralną częścią jednoczących się Prus. W zameczku od 1784 do 1927 r. mieściło się więzienie o zaostrzonym rygorze.

Wcześniej członkowie dynastii orańskiej korzystali z bardziej komfortowej rezydencji na północnym skraju Diez, w zasadzie już poza miastem, w przebudowanym dawnym klasztorze benedyktynów. W drugiej połowie XVII w. była to siedziba księżnej Albertyny Agnieszki von Nassau-Diez, początkowo w stylu baroku holenderskiego. Po przebudowie w latach 1704-09 stała się wytworną rezydencją w stylu Ludwika XV. Panująca wówczas księżna Amelia von Anhalt-Dessau oddała sprawę w ręce znakomitych artystów włoskich i holenderskich. Zostawili po sobie fantastyczne sztukaterie oraz imponujące freski na ścianach i sufitach autorstwa Jana van Dycka. Niestety, nie udało nam się wejść do środka - zamek jest teraz w rękach Bundeswehry i owszem, można go zwiedzać i wejść do pięknego parku w stylu francuskim, ale bez psa (a my mieliśmy ze sobą krótkonożną gończą alpejską Nikusię, której w ten upalny dzień nie chcieliśmy zostawić w samochodzie na parkingu-patelni). Więc wróciliśmy do miasteczka, gdzie w kawiarence na ryneczku zjedliśmy pysznego apfelkucha (3,30 euro), popijąc espresso (1,50). Potem ruszyliśmy na włóczęgę po mieście. Przy Pfaffengasse 24 natrafiliśmy na budynek dawnej szkoły łacińskiej działającej od 1564 do 1809 r., założonej przez hr. Johanna VI von Nassau-Dilenburg.

Warto wspiąć się też na zamkową skałę, a zwłaszcza zejść tym szlakiem, mając niemal na wyciągnięcie ręki szare, łupkowe dachy szachulcowych domów. Uchylone okna, falujące śnieżnobiałe firanki, mikroskopijne ogródki, jeden nawet z jabłonką, której dojrzewające na górnych gałęziach owoce strącała długą tyczką skrzętna siwowłosa frau , nie zwracając uwagi na turystów.

Więcej o: