Sahara

Sahara to magiczne słowo dla większości turystów. I choć tak naprawdę jazdę autokarem lub dżipami po asfaltowych szosach trudno nazwać eksplorowaniem pustyni, wycieczki te stanowią jedną z głównych atrakcji Tunezji

Sahara

Sahara to magiczne słowo dla większości turystów. I choć tak naprawdę jazdę autokarem lub dżipami po asfaltowych szosach trudno nazwać eksplorowaniem pustyni, wycieczki te stanowią jedną z głównych atrakcji Tunezji

W ramach jednodniowej wycieczki z Tozeur możemy wybrać się do położonych w pobliżu granicy z Algierią oaz górskich. W tej chwili są to już głównie turystyczne miejsca - ludzie opuścili je po katastrofalnych, 22-dniowych opadach deszczu, jakie wystąpiły w 1969 roku.

Najczęściej odwiedzane oazy to: Tamerza, Mides i Chebika. Każda z nich jest inna. Mides zachwyca widokiem imponującego wąwozu, na którego dno można zresztą zejść. Pofalowane warstwy skalne, zawieszone na skałach palmy, i pusta, jakby zamieszkana przez duchy wioska robią wręcz dramatyczne wrażenie. W Chebice przewodnicy pokazują zazwyczaj wypływające spod skał źródełko zasilające w życiodajną wodę porosłą zielenią dolinę. Warto też włożyć nieco wysiłku i wejść na którąś z okolicznych gór - nagrodą za spływający pot będzie rozległa panorama.

Niczym w "Gwiezdnych wojnach"

Tamerzę - kolejne opuszczone miasteczko w wyschniętej dolinie - najlepiej podziwiać z tarasu restauracji przy hotelu Tamerza Palace. W popularnym miejscu postoju w okolicach Tamerzy kusi malowniczy wodospad oraz liczne stragany zawieszone kolorowymi chustami i kilimami z geometrycznymi wzorami. Można też kupić wykopane na Saharze róże pustyni, czyli przybierające kształty delikatnych płatków minerały, albo oprawionego w ramki skorpiona. Polacy są tu częstymi gośćmi, o czym świadczą choćby napisy (po polsku) typu: "Najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny i moja herbata miętowa". Trudno, widząc taką reklamę, nie skusić się na szklaneczkę gorącego napoju (uprzedzam - bardzo słodkiego). Tym bardziej że to w końcu jeden z tunezyjskich specjałów.

W drodze do kolejnej oazy mijamy liczne znaki "Uwaga! Wielbłądy" i faktycznie - leniwe dromadery pojawiają się na szosie. W końcu jesteśmy u celu - wkoło tylko piach i dziwne budowle. Trudno to tak naprawdę nazwać oazą - wody tu nie ma, drzew też nie uświadczysz, a owe budowle to wymysł Amerykanów, którzy wznieśli je na potrzeby filmu "Gwiezdne wojny". Są turyści - jest biznes, w związku z tym przy tym "kosmicznym" miejscu nie brak i przedsiębiorczych Beduinów. Trzymając na postronku wielbłądy, zachęcają do przejażdżki. Chętnych nie brakuje. Najwięcej emocji wywołuje wsiadanie, kiedy wielbłąd musi wstać z klęczek, mocno przechylając swojego pasażera.

Między nami jaskiniowcami

Sceny do "Gwiezdnych wojen" (np. ta, gdy Luke - jeden z bohaterów - wracał do swojego podziemnego domu, w którym spędził dzieciństwo) były kręcone również w okolicach Matmaty. Wielu mieszkających tu Berberów nadal żyje w podziemnych domach-jaskiniach. Typowe gospodarstwo stanowi wykopana w ziemi głęboka na mniej więcej sześć metrów jama, z "pokojami" po bokach. Wnętrza zapewniają latem chłód, zimą zaś jest w nich stosunkowo ciepło. Pomysł na takie wydrążone w skałach M-ileś utrzymuje się od wieków - ich istnienie odnotował już w V wieku p.n.e. Herodot. Za drobną opłatą można zajrzeć do niektórych domostw, można też przenocować w podziemnym hotelu.

Obsługa turystów dla Berberów to obecnie coraz częściej źródło utrzymania. Wśród blisko ośmiomilionowej populacji Tunezji językiem berberskim posługuje się teraz jedynie 2 proc. ludności, ale przekazywane z pokolenia na pokolenie tradycje ciągle są kultywowane. Wystarczy spojrzeć na Berberki z Matmaty, które ciągle robią sobie tatuaż z henny - na nosie, brodzie, dłoniach.

Jeśli bardzo zależy nam na poznawaniu życia Berberów, dobrym pomysłem jest wypad na południe od Matmaty, do krainy berberyjskich ksarów. Ksar to po arabsku warowna wioska, złożona z kilku ghorfów, czyli pomieszczeń służących za mieszkania i spichlerze. Najciekawsze ksary znajdziemy w Medenine, Metameur czy Chenini.

Dłoń z dwoma kciukami

Nefta to obok Tozeur główna "metropolia" tunezyjskiej Sahary. Dla Tunezyjczyków, którzy są zazwyczaj muzułmanami, miasto to stanowi zwykle cel pielgrzymek do tutejszych meczetów i koubbów - grobów świętych. Nefta to w tym kraju kolebka sufizmu, jednego z mistycznych kierunków islamu.

Mnie w Nefcie zauroczył bazar. Ruch jak w mrowisku - siedzące na wozie wielbłądy, mikry jegomość obejmujący potężnego barana, beczące kozy, kobiety przebierające w stercie szmat, staruszek w lustrzanych okularach sprzedający cebulę...

Wdaję się w rozmowę z ciemnoskórym Hasanem - jego rysy twarzy, sumiaste wąsy przypominają Araba, ale wręcz czarna karnacja od arabskiej znacznie odbiega. To jeden z potomków murzyńskich niewolników, jeszcze w XIX wieku sprowadzanych tu głównie z Sudanu.

W przeciwieństwie do miast północnej Tunezji, zwłaszcza Tunisu, gdzie nowoczesność wkracza wielkimi krokami, na południu życie przesiąknięte jest tradycją. Kogo nie stać na samochód, nie rozpacza - konie mechaniczne można zastąpić prawdziwymi albo po prostu osłem. Na drzwiach domostw, malowanych na niebiesko, nadal zabobonnie rysuje się rękę Fatimy - dłoń z dwoma kciukami, która ma przynosić szczęście i chronić od złych duchów. Może dlatego życie tutaj płynie tak powoli i spokojnie.

MONIKA WITKOWSKA