Gros Morne

Nie ma tu kolejek do muzeów, korków na drogach, drapaczy chmur. Za to są zrazy z foki, fiordy, polany, na których pasą się karibu, i spotkania z Innuitami...

Gros Morne

Nie ma tu kolejek do muzeów, korków na drogach, drapaczy chmur. Za to są zrazy z foki, fiordy, polany, na których pasą się karibu, i spotkania z Innuitami...

Czym Galapagos dla biologii, tym Gros Morne jest dla geologii" - mówił książę Edward, otwierając najwięk-szy park narodowy Nowej Fundlandii. Położony w środkowej części zachodniego wybrzeża rozciąga się na obszarze 1,8 tys. km kw. górskiego łańcucha Long Range. To prawdziwy rarytas geologiczny. Tu, jak powiadają geologowie, "ziemia pokazuje swój szkielet".

Całodniowa wyprawa na 800-metrowy szczyt Gros Morne technicznie jest niezbyt trudna, choć podejście jest uciążliwe i miejscami strome. Niestety, zwykle wierzchołek tonie w chmurach.

Z dwudziestu szlaków najbardziej zatłoczony prowadzi przez las i bagna do przystani łodzi motorowych Western Brook. Ten przyjemny spacer (około 3 km) w miejscach podmokłych biegnie po drewnianych chodnikach i gwarantuje wspaniałe widoki. Dawny fiord odcięty od morza skalnym zapadliskiem wypełnia słodka woda, a 700-metrowe ściany opadają pionowo do jeziora.

W drodze na północ, w miejscu, gdzie odchodzi droga do Port aux Choix, ustawiono kuter rybacki, w którym mieści się punkt informacji turystycznej. Jeżeli zechcemy, uprzejme dziewczyny pozwo-lą przenocować wewnątrz łajby - do dyspozycji są cztery koje. Rano polanę odwiedzają karibu. Ciekawostką jest znajdujący się w samym centrum Port aux Choix cmentarz Indian, liczący sobie około 4,3 tys. lat, choć tak naprawdę jest to tylko lekko pofałdowany trawnik ze współczesną tablicą informacyjną.

Północne pustkowia

Szlak na północ prowadzi obok małego portu St. Barbe. Do Labradoru jest stąd zaledwie 25 mil morskich, ale zdezelowana "Northern Princess", którą płyniemy, walczy z falą bite dwie godziny. Blanc Sablon - port po drugiej stronie cieśniny - należy jeszcze do prowincji Quebec, ale do granicy z Labradorem jest stąd nie więcej niż 4 km. Jedyna droga asfaltowa na wschód prowadzi przez bliźniaczo do siebie podobne miasteczka: Forteau, L'Anse Amour, L'anse au Loup, Cape Diable. Francuskie nazwy to jedyne ślady, jakie pozostały po pierwszych odkrywcach i kolonizatorach. Również po najstarszych mieszkańcach pozostało niewiele: skromny kopiec z polnych kamieni w L'Anse Amour jest mogiłą indiańskiego chłopca sprzed 7,5 tys. lat.

W połowie XVI w. pobliskie Red Bay było światową stolicą wielorybnictwa założoną przez francuskich i hiszpańskich Basków. W odkrytych niedawno grobowcach wielorybników znaleziono około 140 szkieletów, a zatopiony żaglowiec "San Juan" jest najlepiej zachowanym XVI-wiecznym galeonem na świecie.

Dalej na północ można dotrzeć jedynie drogą morską. Małe statki towarowo-pasażerskie uprawiające żeglugę kabotażową zabiorą nas do innuickich osad zakładanych w XVIII w. przez misjonarzy. Pierwsze misje powstały w Nain i Okak. Najstarszy drewniany kościół misyjny w Hopedale, uznany za zabytek kultury narodowej, przekształcono teraz w muzeum.

Na przełomie XIX i XX wieku stolicą rybołówstwa i bramą do Arktyki było Battle Harbour. Tu właśnie w r. 1909 kontradmirał Peary składał relację o zdobyciu bieguna północnego. Dziś Battle Harbour jest martwym miastem, ale nadal dba się tu o zabytkowe budynki.

Brodacz z toporem

Kiedy wikingowie jako pierwsi Europejczycy, jacy dotarli do brzegów Ameryki, wylądowali na północno-zachodnim cyplu dzisiejszej Nowej Fundlandii, nowy ląd nazwali Winlandią. Ruiny osady zwanej dziś L'Anse aux Meadows, a założonej przez legendarnego wikinga Liefa Ericsona odkrył w roku 1960 norweski eksplorator Helge Instad.

Doskonała droga 430, znana jako Szlak Wikingów, prowadzi przez podmokłe lasy u stóp łańcucha górskiego Long Range stanowiącego przedłużenie Appalachów. Tuż przy drodze pasą się dorodne łosie. W skromnym muzeum przy ośrodku informacji możemy obejrzeć przedmioty znalezione w osadzie wikingów.

Już z daleka dostrzeżemy regularne, zielone piramidy. To, co dziś oglądamy, jest rekonstrukcją krytych darnią budowli. W jednym z długich budynków mieszkalnych płonie ognisko; oglądamy sprzęty i broń, a rangersi płci obojga odgrywają role wikingów. Największe zainteresowanie wzbudza rudy brodacz z toporem w ręku, udający szkutnika. Zlokalizowane przez archeologów kuźnie, warsztaty szkutnicze i magazyny porasta bujna trawa. Jednak największe wrażenie na tym odludziu robi osobliwa uroda surowego północnego krajobrazu. Czarne chmury od morza przetaczają się nad wierzchołkami skał z prędkością pośpiesznego pociągu.

W 1978 r. L'Anse aux Meadows wpisano na listę światowego dziedzictwa. Rok 2000 obchodzony był tu jako 1000-lecie założenia pierwszej osady Nowego Świata przez Europejczyków.

Coś dla podniebienia

W stosunku do kontynentalnej Kanady, prawdziwą ucztę sprawimy sobie tu za stosunkowo małe pieniądze. Polecam homary, zrazy z foki albo ozorki z dorsza.

Do kolacji obowiązkowo zamówmy drink "a wee nip o'screech". Ten sławny XX-wieczny odpowiednik taniego rumu karaibskiego jest nieodłącznym składnikiem powitania gościa na wyspie. Zapewne nadarzy nam się niejedna okazja wzięcia udziału w ceremonii "screech-in", co można - przez analogię z "tankowaniem" - przetłumaczyć jako "screechowanie".

Na deser miejscowi polecą niewątpliwie "domowe" ciasto z czarną borówką amerykańską lub maliną moroszką.

Nie zdziwmy się, kiedy zaproszeni na kolację dowiemy się, że wspaniały chleb pochodzi z domowego wypieku. Gdy zapytałem kiedyś o piekarnię lub supermarket, otrzymałem odpowiedź: - Owszem, jest supermarket, ale chleb kosztuje dolara i 75 centów, a za te pieniądze ja mam osiem bochenków.

TOMASZ MALISZEWSKI