Kovalam

Kovalam to po Goa druga najsłynniejsza plaża Indii. Jest tu ocean, są palmy, tanie hoteliki i dobre jedzenie. Trudno tylko znaleźć... plażę. Miejscowi twierdzą, że zabrało ją morze. Morze zaprzecza i wskazuje na tubylców.

Kovalam

Kovalam to po Goa druga najsłynniejsza plaża Indii. Jest tu ocean, są palmy, tanie hoteliki i dobre jedzenie. Trudno tylko znaleźć... plażę. Miejscowi twierdzą, że zabrało ją morze. Morze zaprzecza i wskazuje na tubylców.

Tuż po przyjeździe Kovalam mnie rozczarowało. Zamiast spodziewanego pasa złocistej plaży zastałem wąski, rozdeptany pasek czarnego piachu, nad którym piętrzyły się małe restauracje, sklepy i hotele. Wyglądało to tak, jakby pragnąc zapewnić swoim gościom miejsce z widokiem na morze, inwestorzy stawiali swoje budowle wprost na plaży, pozbawiając ją tym samym dotychczasowego przeznaczenia.

Okazało się jednak, że w Kovalam jest wszystko to, co powinno być w miejscu wymarzonego urlopu: błękitny ocean z białymi grzywami spienionej wody, palmy kokosowe, latarnia morska na skałach i malowniczy meczet w oddali.

Plażę z prawdziwego zdarzenia można znaleźć dwa kilometry dalej. Jest jednak pusta, bo w Kovalam ciężko sobie wyobrazić przeżycie paru godzin bez prysznica, bambusowego fotela i butelki zimnej pepsi.

Głównym zajęciem turystów jest jedzenie. Sztuka kulinarna stoi w Kovalam na znacznie wyższym poziomie niż w innych rejonach Indii, a obfitość restauracji daje możliwość wyboru. Podstawą wyżywienia są przeróżne morskie stwory, o zachodzie słońca wykładane na stołach przed jadłodajniami. Wskazując palcem, można wybrać rybę (np. rekina lub słynnego błękitnego marlina) bądź też kalmara, krewetki albo kraba. Jest też pełen garnitur dań indyjskich i nieco okrojony wybór potraw europejskich. Naturalnie, trzeba wiedzieć, gdzie i co zamówić, a takiej wiedzy nie zdobywa się od razu. Na konsumenta czeka wiele niespodzianek i zamawiając takie na przykład Spaghetti Italian, można skończyć jak autor tych słów, z miską rozgotowanych klusek unurzanych w keczupie. Do dziś się zastanawiam, na czym polegało Spaghetti Nepal.

Życie na plaży byłoby nudne, gdyby nie wędrowni handlarze. Wydaje się, że na każdych dwóch turystów przypada jeden sprzedawca ubrań, błyskotek, mat plażowych, okularów, haszyszu, papierosów lub dwóch par używanych butów. Są jak potępione dusze, które nie zaznają spokoju, dopóki nie pozbędą się określonej ilości przydzielonego im towaru. Lekko, niczym koty, przemykają między stolikami i bezszelestnie przeciskają się wąskimi przejściami. Po dojściu do określonego miejsca zawracają i drepczą noga za nogą w drugą stronę aż do przeciwległego punktu zwrotu. W ciągu godziny potrafią dziesięciokrotnie zaproponować swój towar każdemu potencjalnemu kupcowi. Nie zrażeni odmową, powloką się dalej i wrócą za pięć minut. Może klient się namyślił?

Wędrowni handlarze mają konkurencję w postaci sklepów z rękodziełem. Prawie każdy oferuje to samo - metalową biżuterię, ciuchy w hipisowskim stylu, plecaki, drewniane rzeźby i pocztówki. Nie wiedzieć czemu, większość wyrobów wzorowana jest na sztuce Himalajów. "Tibetan Shop" - krzyczą szyldy, choć do Tybetu ładnych parę tysięcy kilometrów, a w okolicy nie ma żadnego Tybetańczyka. Ale jest tanio.

W Kovalam nie ma żadnych trudności ze znalezieniem zakwaterowania. Na tyłach restauracji jest mnóstwo małych pensjonatów, które stanowią podstawę miejscowej bazy noclegowej. Nie tylko będzie tanio (za dwuosobowy pokój z łazienką płaciłem równowartość 4 zł), ale także czysto i wygodnie. Jeśli ktoś ma ochotę wydać nieco więcej, może się nawet otrzeć o luksus, choć nie należy tu szukać hotelu klasy Holiday Inn.

Do Kovalam nie da się dotrzeć z Europy w ciągu jednego czy dwóch dni. Kto tu trafił, ma już nieco azjatyckiego doświadczenia we krwi i dlatego tutejsi turyści to raczej podróżnicy niż wczasowicze.

Robert Stefanicki