Belgijskie ostatki. Kusy wtorek należy do Gille'a

Jak karnawał, to tylko w Wenecji. Albo w belgijskim miasteczku Binche

Jeremye Doornaert wstał w ostatkowy wtorek już o 4.45. - A i tak miałem szczęście, niektórzy koledzy musieli się zbudzić ponad godzinę wcześniej - mówi. Tak jak co roku włożył specjalny strój w czerwone, czarne i żółte wzory, by uczestniczyć w paradzie kończącej karnawał. Mieszkańcy Binche paradują tak od XIV wieku (to pozostałość pogańskich tradycji). Choć podobne imprezy odbywają się w wielu sąsiednich miasteczkach, ta w Binche uważana jest za najpiękniejszą i najbardziej oryginalną. W 2003 r. trafiła na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego UNESCO.

***

Mężczyźni, którzy tego dnia zwą się Gilles (prawdopodobnie od imienia średniowiecznego kompozytora Gille'a de Binche lub od hiszpańskiego imienia Gil), są stowarzyszeni w kilku zgromadzeniach. - By do nich przystąpić, trzeba pochodzić z miasta. Ja miałem do tego prawo, bo moja mama jest z Binche - tłumaczy Jeremye, który na co dzień jest adwokatem w Brukseli.

Zanim Gille wyjdzie z domu, musi - z pomocą rodziny - ubrać się w tradycyjny kostium. Nie jest to proste. - Zajmuje z pół godziny - precyzuje Jeremye. Kostium to: spodnie i bluza z nadrukami w kształcie gwiazd i belgijskich lwów w koronie, biała koloratka, biała tkanina, którą owija się głowę (po południu Gille włoży na nią czapkę z piór), pas z dzwonkami oraz drewniane chodaki z ozdobami. Bluzę należy wypchać słomą, więc nawet najmniejsi Gilles mają brzuchy. W ręku dzierżą małe miotełki - według jednych mają odpędzać złe duchy, według innych zimę. Później zamienią je na koszyki z pomarańczami. Niegdyś Gilles sami przygotowywali stroje, prace trwały przez większą część roku. Jeremye zdradza jednak, że on i inni członkowie jego stowarzyszenia swoje wypożyczyli (w mieście jest kilka specjalizujących się w tym sklepów).

Bractwa mają w sumie około tysiąca członków. Jednak nie wszystkich stać na uczestnictwo w paradzie. Impreza jest droga, a 32-tysięczne Binche leży w dosyć biednym, postprzemysłowym regionie. - Wynajęcie stroju, muzycy, na których się składamy, i potrzebne na popołudniową paradę pomarańcze to wydatek ok. 300 euro - mówi Jeremye. Trzeba też mieć sporo czasu. Przez sześć kolejnych niedziel przed głównym świętem Gilles ćwiczą parady, m.in. testując wynajętych muzyków.

Świętowanie przed kusym wtorkiem zaczyna się już w niedzielę, gdy mieszkańcy wychodzą na ulice w wymyślonych przez siebie przebraniach (tradycyjnie mężczyźni przebierają się za kobiety). Poniedziałek należy do młodych, którzy tańczą i rozdają pomarańcze, co zapowiada największe, wtorkowe święto.

***

Już o świcie we wtorek przy akompaniamencie muzyki chodzą od domu do domu i zbierają swoich towarzyszy. - Nasze stowarzyszenie liczy 140 osób. Trudno byłoby odwiedzić wszystkich, więc zbieramy się grupami - mówi Jeremye.

W jednej z restauracji jedzą wspólne śniadanie złożone z ostryg i udają się do ratusza. Tu najbardziej zasłużeni, czyli ci, dla których to już 25. lub 40. impreza, odbierają medale (choć Jeremye ma dopiero 27 lat, za dwa lata też będzie mógł się zgłosić po medal). Potem paradują grupami po rynku. To właśnie tu brukselski adwokat opowiada mi, jak raz w roku zostaje Gille. Ledwo go słyszę, bo nie możemy ani na chwilę oddalić się od grupy i towarzyszącego jej bębniarza. - Gille może przemieszczać się tylko w towarzystwie bębna - tłumaczy Jeremye.

Przebierańcy zaglądają do kolejnych knajpek. Między nimi kręcą się też wieśniacy, pierroci i arlekiny, którzy tradycyjnie uczestniczą w święcie. Przebrani, choć mniej wymyślnie, są nawet widzowie, zwłaszcza młodsi.

- Jestem wieśniakiem - tłumaczy mi kilkuletni chłopiec w granatowym stroju i białym, ozdobnym kapeluszu z długimi, powiewającymi frędzlami. Zupełnie nie wygląda na wieśniaka, ale mówi to z takim przekonaniem, że bez wahania mu wierzę. Obok widzę kilkunastu tak samo ubranych chłopców. - Razem ze szkołą decydują, za kogo przebiorą się w tym roku - precyzuje tata. Niektórzy malcy należą do stowarzyszenia dorosłych i dumnie paradują na czele grupy, inni są członkami specjalnego bractwa dla małych chłopców.

***

Po pierwszej paradzie mieszkańcy rozchodzą się na lunch. Goście mogą obejrzeć miasto, którego główną atrakcją są pochodzące z XII-XIV w. mury obronne z basztami, zachowane w całości, a także główny plac i uliczki starówki (niektóre domy pochodzą z XVI w.). Tutejsze Muzeum Karnawału i Masek chwali się największą na świecie kolekcję karnawałowych rekwizytów z Europy, Afryki, Ameryki Łacińskiej i Azji.

Największa atrakcja dnia czeka wszystkich po południu, kiedy to Gilles będą rzucać w stronę tłumu pomarańczami. Tradycja sięga czasów, gdy miasto było pod panowaniem hiszpańskich Habsburgów (XVI w.). Także stroje przebierańców mają rodowód z tamtej epoki - prawdopodobnie świętowano wówczas podbój Peru i przebierano się "za Inków".

Na czas bombardowania pomarańczami niektórzy gapie wolą ukryć się w którejś z licznych knajpek lub na licznych balkonach przy Grande Place. Okna domów zabezpieczone są siatkami, a Gilles ciskają w nie pomarańczami niczym pociskami. Wedle tradycji należy łapać i zbierać owoce jako łup z parady. Nie wolno ich odrzucać w kierunku Gilles. Oznaczałoby to nieprzyjęcie prezentu.

Gilles powinni mieć teraz na głowach ogromne czapki z piór. Jednak nie wszyscy się na to decydują, bo - z przerwami - pada deszcz. Ale marna pogoda nikomu nie psuje nastroju (co roku w kusy wtorek przyjeżdżają do Binche tłumy Belgów i cudzoziemców).

***

Po zmroku orszak przechodzi ponownie tą samą trasą, tym razem z lampkami i bengalskimi ogniami. Całość kończy pokaz sztucznych ogni.

Wtedy z miasta znika większość turystów. Miejscowi bawią się jednak dalej. Atmosfera robi się wręcz rodzinna, tańce na Grand Place trwają do trzeciej-czwartej nad ranem. Wreszcie towarzystwo się rozchodzi, po kolei odprowadzane przez bębny. Tradycja nakazuje, by Gille wrócił do domu przed świtem.