Zmienię sposób picia kawy w Ameryce

Tomasz Leszczyński ze swojego domu pod Nowym Jorkiem szykuje się na podbój ponad 12-miliardowego przemysłu kawowego w Stanach Zjednoczonych. Wygląda na to, że szanse ma całkiem spore

Absolwent warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych i matematyki na Uniwersytecie Warszawskim do Stanów z żoną przyleciał w 1984 r. z 600 dol. w kieszeni. Nie było ich stać nawet na metro, więc do pracy chodzili na piechotę, chociaż Leszczyński już pierwszym miesiącu miał wystawę swoich obrazów w jednej z największych galerii w Soho.

Po latach na Manhattanie otworzył jedną z pierwszych firm zajmujących się grafiką komputerow, pracował w międzynarodowej firmie zajmującej się m.in. obrotem papierami wartościowymi, jest doradcą giełdowym, artystą, żeglarzem, narciarzem i pilotem. 18-letni syn Philip studiuje na prestiżowej uczelni CalTech, 16-letni Paweł kształci się raczej na polityka.

Jadę do nich do Westchester. Dopiero w pociągu widać, że śnieżyca, która na Manhattanie szybko zamieniła się w ulewny deszcz, poza Nowym Jorkiem zostawiła pokłady śniegu. Stacja Croton-Harmon, na której wysiadam, jest zasypana śniegiem, opony ślizgają się na grubej warstwie topniejącego śniegu, kiedy podjeżdżamy pod dom na wzgórzu. Na górze szczeka Indi, jasny labrador który przyjechał z Indiany. Leszczyński robi kawę i herbatę w papierowych kubkach z wymyślonym przez siebie trzymadełkiem z uchem.

Dziwne, że nikt wcześniej nie wpadł na ten pomysł. - Uderzyło mnie to kiedyś w drodze z kawą w ręku do pociągu. Żona zadzwoniła, żebym jej też kupił kawę. Zawróciłem i w rękach miałem już dwie kawy, płaszcz i teczkę. Wszystko zaczęło się rozlewać. W domu kawę pijemy w kubkach z uchem, a nie szklankach, ale kubków nie da się poskładać i wygodnie przechowywać. Zrobiłem z 15 prototypów trzymadełek i wpadłem na pomysł cross-marketingu. Żeby reklamowały się na nich inne firmy. Poszedłem z tym do mojego klienta, wydawnictwa Random House zapytać, co myślą o tym, żeby reklamować się na kubkach z kawą. Spodobało się Barnes and Noble. Chcieli zrobić test. Przez trzy miesiące słyszałem, że człowiek odpowiedzialny za takie decyzje nie będzie ze mną rozmawiał. Któregoś dnia w końcu odebrał telefon i powiedział: "OK, zróbmy to". Miałem wtedy dziesięć wyciętych ręcznie prototypów. W czwartek powiedział, żebym na poniedziałek dostarczył ich tysiąc. Ładnie. - Odpowiedziałem: "Oczywiście". W New Jersey powiedzieli, że mi to wytną za dwa tygodnie. Udało mi się ich przekonać na skrócenie czasu do dwóch godzin. Wtedy zadzwoniłem do wszystkich ludzi, których w życiu znałem. Ok. 50 osób. Pojechałem do Home Depot, nakupiłem mnóstwo dużych stołów i stojaków. Urządzaliśmy wtedy dopiero nasz dom, więc mieliśmy mnóstwo miejsca. Ludzie powoli zaczęli przychodzić. Pracowaliśmy całą noc. Skleiliśmy tylko kilkaset. Potem kleiliśmy cały dzień. Jedni ludzie mieli dość i odchodzili, przychodzili inni. Po półtora dnia mieliśmy tysiąc. I wtedy odebrałem telefon, żebyśmy zrobili test jeszcze w dwóch innych stanach. Znajomi uciekli (Śmiech) - Część zaczęła mdleć i uciekać. Przez 60 czy 70 godzin nie spałem. Pod koniec byłem już prawdziwy zombie, ale mieliśmy 4 tys. trzymadełek. Wysłaliśmy paczki. W dniu testu poszedłem na róg 57. i Lexington. Bałem się otworzyć drzwi. Widziałem dziesiątki ludzi wychodzących z kawą i trzymających ją za ucho. Wiedzieliśmy, że ludzie będą zadowoleni, ale była też jedna rzecz, której nie mogliśmy przeskoczyć: pracownicy coffee shopów. Dla nich to kolejny obowiązek. Oprócz nalania kawy, muszą jeszcze nałożyć rękawek. Będą tego nienawidzić. Wszedłem i ktoś krzyknął: "Look, this is the mug guy!" I wtedy wszyscy, sześć osób behind the counter, wykonało głeboki wersalski pokłon. Wszyscy mi machali. Nie przyszło mi do głowy, że ludzie, którzy robią kawę też parzą sobie ręce. Sleeves wcale im nie pomagają, bo kubek muszą trzymać pewnie. Miałem za sobą klientów, coffee shops i reklamodawców, którzy to uwielbiali. I wtedy pojawił się problem, jak to wprowadzić do masowej produkcji. Znam się na matematyce, grafice i jeszcze może paru innych rzeczach, ale nie na papierze. Potrzebowałem maszyn, które będą to wycinać i sklejać. Przez trzy miesiące pracowałem z inżynierami w New Jersey, z inwestorami z San Francisco byłem w Meksyku, potem byłem w Montrealu. Objechałem 30-40 fabryk w kraju. Mimo, że to banalnie prosty produkt, to jest bardzo trudno wprowadzić go do mass production. W końcu pojechałem do Filadelfii po raz pięćdziesiący i pokazali mi produkt good enough. Zaczęliśmy produkcję, 300 trzymadełek na minutę, i nagle zaczęły się zgłaszać inne firmy, że też są to w stanie zrobić. Bo to jest tak: jak ma się pomysł, to nie ma chętnych, ale jak już jest produkt w produkcji, to tak. Masz już ponad dwieście zamówień. - Miesiąc temu byliśmy w Seattle i dostaliśmy genialną odpowiedź z rynku. Mam umowę z firmą, która reprezentuje największe coffee shops w kraju. Rozmawiałem ze Starbucksem, ale na razie nic z tych rozmów jeszcze nie wyszło. Powoli wchodzę na rynek. Ile czasu to wszystko trwało? - Typowy okres od patentu do produkcji. Czyli jak długo? - Osiem lat. Najpierw są setki rysunków, miesiące prób, a potem nagle coś się zmienia. I nie masz pojęcia dlaczego. Nagle zaczyna się wszystim podobać, ludzie, którzy nie chcieli ze mną rozmawiać, teraz do mnie wydzwaniają. Amerykanie piją 400 mln kaw dziennie. Starbucks produkuje 2,3 mld kubków rocznie, Dunkin Doughnuts - 1 mld rocznie. I wygląda na to, że mamy szansę na to, żeby zmienić sposób picia kawy w tym kraju. Polak zmieni amerykańskie nawyki. Do Polski kiedyś wrócisz? - Podejrzewam, że na parę miesięcy - tak. Ale my jesteśmy Amerykanami. Tu jest nasza dusza, chociaż całkiem możliwe, że nasze dzieci wyjadą do Polski, a my tu zostaniemy. Kiedy powiesiłeś flagę przed domem? - 9/11. 11 września. - To był szok. Pracowałem wtedy w UBS. Miałem wielu znajomych na Wall Street. Znałem ludzi, którzy tam zginęli. Powiesiłem flagę, bo to miało oznaczać "Nie damy się". I tak została.

Więcej o: