Polka uczy wychowywać azjatyckie dzieci

Przez pierwsze tygodnie chciała stąd uciekać. Po niemal roku jak ktoś ją pyta, skąd jest, mówi że z Singapuru

Z 27-letnią Moniką Borek, 27-letnią wykładowczynią metody wychowania dzieci Montessori, wjeżdżam windą na 24. piętro Orchard Towers na końcu Orchard Road, raju zakupoholików z niezliczonymi centrami handlowymi. Monika przyjechała do Singapuru w styczniu, wcześniej pracowała w podwarszawskim Konstancinie jako nauczycielka wychowania przedszkolnego metodą Montessori, pedagogikę skończyła na Uniwersytecie Jagiellońskim. Narzekała, że o Montessori w Polsce nikt nie ma pojęcia, a tu kogo nie zapytasz, ten zna kogoś, kto posyła dziecko do takiego przedszkola. Stoimy w kącie windy wtłoczone pomiędzy niewysokie filipińskie prostytutki. W tym samym budynku mieści się Modern Montessori International i hotele dla pań świadczących usługi seksualne. - Jak mówię, że pracuję w Orchard Towers, to ludzie zaraz patrzą na mnie dziwnie. To miejsce prostytutek. Z niektórymi znam się już z widzenia. Pracują w barach na dole, a tutaj mieszkają. Guma do żucia w Singapurze jest zakazana, ale prostytutki są legalne. Mają pozwolenie na pracę, co miesiąc robią badania. Dlaczego Singapur? - Na kongresie Montessori-Europe w Wiedniu dostałam propozycję. W listopadzie dostałam kontrakt. I od razu się zdecydowałaś? - Tata prawie dostał zawału jak do niego zadzwonilam, jeszcze z Wiednia. Wcześniej miałam propozycję pracy w Indiach i Londynie. Ale propozycję do Indii dostałam jak było tam trzęsienie ziemi, więc się nie zdecydowałam. A do Londynu to mogę pojechać na weekend. Pierwsze co zrobiłam przed wyjazdem to połknęłam za jednym razem książkę Marcina Bruczkowskiego "Singapur czwarta rano". A potem przeczytałam ją jeszcze siedem razy. Przez Grono.net, gdzie jest społeczność Polaków mieszkających w Singapurze, znalazłam strony do nauki singielskiego i nauczyłam się go jeszcze przed wyjazdem. Jak pierwsze wrażenia po przyjeździe? - Przykonywałam się, że w Polsce bardzo lubiłam saunę, więc na pewno nauczę się tutaj oddychać. Jak to "nauczę"? - Przez pierwsze tygodnie miałam problemy z oddychaniem. Ty nie miałaś? Nie. - Za duża wilgotność powietrza. Wyszłam na ulicę i po dziesięciu minutach nie mogłam złapać oddechu. Sapałam. Weszłam do klimatyzowanego sklepu - wszystko dobrze. Wyszłam - niedobrze. Więc znowu do sklepu. Byłam u różnych lekarzy, ale oni tu na wszystko mają lekarstwo: "Drink more water" - "Pij więcej wody". Źle się czujesz - "Drink more water", rozwodzisz się z mężem - "Drink more water", stresujesz się przed egzaminem - "Drink more water". Jak mam alergię - "Drink more water". Szału dostaję od "Drink more water"! W końcu trafiłam na gościa, który był Polakiem chyba Jak to "chyba"? Nie zapytałaś? - Rozmawialiśmy trochę po polsku, ale głównie po angielsku. Lekarz. Zalecił mi terapię tlenową. Raz w ciągu dnia przychodziłam na pół godziny pooddychać tlenem. Było bosko! Przyjechałaś z Polski wychowywać azjatyckie dzieci. - Znacznie gorzej - uczyć azjatyckich nauczycieli i rodziców, jak mają te dzieci wychowywać. Pracuję od poniedziałku do soboty. Bardzo się tu obawiali, że się nie zaadaptuję. Bo ja na początku powiedziałam, że żadne pieniądze mnie tu nie zatrzymają. Dużo jeździsz po Azji. Jak się umawiałyśmy, pisałaś do mnie z Tajlandii, Sri Lanki. - W Polsce pracowałam z dziećmi, tu wskoczyłam na pozycję wykładowcy. Tak - Sri Lanka, Tajlandia, Indonezja, Indie, Malezja. Co tydzień latam na dzień-dwa do Bangkoku. Jak wyjeżdżam służbowo, dostaję limuzynę z kierowcą, hotel co najmniej czterogwiazdkowy, zawsze z basenem czynnym co najmniej do północy, żebym mogła popływać, jak wracam z pracy, jak trzeba dostaję też ochronę - w Sri Lance miałam ochroniarza. Jak jeżdżę sama, to staram się, żeby było jak najtaniej i jak najbardziej przygodowo. Mam dwa światy: zielono-złotych sari - bo tradycyjnie ubrania lepiej się sprawdzają w tym klimacie - butów na obcasie, ochroniarzy i limuzyn, i drugi świat, kiedy wkładam traperki, jadę sześć godzin nieklimatyzowanym autobusem i śpię pod gołym niebem. Dlaczego nie zostajesz na weekendy w Singapurze? - A co tu jest ciekawego: Chinatown, Little India, na Sentosie jak się raz było to wystarczy. Ja to uwielbiam w Singapurze, że jest wielkości Warszawy, a bierze się autobus i już się jest za granicą. Teraz jak mam chwilę, to sprawdzam loty na Borneo. A jak się wychowuje singapurskie dzieci? - Singapurskie dzieci są bardziej nieśmiałe, ciche, grzeczne, bardziej plastyczne i zewnątrzsterowne. Dzieci hinduskie są bardziej otwarte, ciekawe, to one pierwsze zaczepiają, ale jak w polu widzenia pojawia się ojciec, dziecko natychmiast nieruchomieje, czeka, co powie ojciec. I nie dlatego, że się ojca boi, bo ja widzę, jak oni te swoje dzieci kochają. Chińskie dzieci od przedszkola chodzą na różne zajęcia pozalekcyjnie, już w przedszkolu zaczyna się wyścig szczurów. Rodzice nie kwestionują metod wychowawczych? - Nie lubię generalizować, ale Hindusi dają sobie wiele wytłumaczyć. Są bardziej humble, pokorni. Chińczycy bardziej dyskutują. Mówią np.: "Może u was to się da zrobić, ale u nas nie". Trudno ich na początku przekonać, ale jak już coś działa, to działa - nie mają zastrzeżeń. Ale to, co mi się tu naprawdę podoba, to że dzieci różnego pochodzenia uczą się ze sobą i nikogo to nie dziwi. Jak jest lekcja religii, to w jednej sali, w różnych kącikach, uczą się dzieci katolickie, protestanckie, hinduskie, buddyjskie, muzułmańskie. Jak jest malajskie święto Hari Raya Aidilfitri - świętujemy, teraz jest hinduskie Deepavali - też świętujemy, tak samo jak będziemy opowiadać dzieciom o Bożym Narodzeniu. A w Polsce problem jest już, jak część dzieci ma uczęszczać na etykę.

Więcej o: