Tomek Protas, student Uniwersytetu Zielonogórskiego, zapalony rowerzysta

Serce zostało nad Bajkałem. Spodziewałem się, że będzie ładny, ale gdy wjechałem na wyspę Olchon i zobaczyłem go po raz pierwszy, zaparło mi dech

Widok zrekompensował wszystkie trudy 55-dniowej jazdy rowerem nad Bajkał (cała wyprawa trwała 82 dni). Jest ogromny i niedostępny, bo niemal ze wszystkich stron otaczają go wysokie góry. To była niezła odmiana po ogromnych przestrzeniach, przez które jechałem, gdzie nawet doliny i wzgórza zlewają się w jedną wielką pustkę. Trudno sobie wyobrazić te odległości. Przygotowując się do wyprawy, przeliczałem centymetry na kilometry, a potem te kilometry zobaczyłem. Na przykład Bajkał na mapie ma ok. 1 cm długości, a w rzeczywistości - 700 km. Tak mnie urzekł, że wbrew planom zostałem tam cały tydzień.

Niezapomniany dzień...

raczej niezapomniane momenty przeżywałem podczas całej wyprawy przez Rosję, spotykając się z bezinteresowną życzliwością. Około 500 km od Irkucka zajechałem do sklepu, by kupić słodycze. Wyszedł właściciel i zapytał, czego potrzebuję, czy chcę kiełbasy, chleba. Zrobiłem już zakupy, więc poprosiłem tylko o słodką bułkę, a on zapakował mi ich z dziesięć - za darmo. Takie momenty dodawały mi sił. Przez cały dzień myślałem, dlaczego ten obcy człowiek mi pomógł? A wieczorem spotykałem osobę, która serdecznie przygarnęła mnie na noc. Te spotkania były sednem mojej wyprawy.

Ciekawi są tam...

przede wszystkim ludzie. Wcześniej dużo czytałem o Rosji i wyrobiłem sobie bardzo mylną opinię na temat jej mieszkańców. Myślałem, że jest bardzo niebezpiecznie, bezludnie, a jak się kogoś spotka, trzeba zachować ostrożność. A tak nie jest. Gdy Rosjanie się przekonają do kogoś, są bardzo otwarci. Na początku trochę się bałem, jak sobie poradzę, bo nie znałem języka. W drodze do Moskwy przyczepiłem sobie alfabet rosyjski na kierownicy; z czasem nauczyłem się czytać i poznałem kilka podstawowych zwrotów. To wystarczyło, by się porozumieć.

Nocowałem u obcych ludzi po drodze. Pukałem tylko do tych domów, gdzie w oknie widziałem kwiatki, to był znak, że mieszka tam kobieta. Pytałem, czy mogę przenocować w stodole, garażu czy szopie, a często zapraszali mnie do domu. Gościli tym chętniej kiedy dowiedzieli się, że jestem studentem z Polski. Wielu kojarzyło nawet Zieloną Górę z Festiwalem Piosenki Radzieckiej. Zapalali banię, czyli saunę w formie drewnianej szopki, w której sami grzeją się raz w tygodniu. Mnie taką kąpiel proponowano niemal codziennie, bo każdy chciał zrobić mi przyjemność. Byli bardzo zdziwieni, gdy odmawiałem, ale ile można siedzieć w saunie!

Dojechałem tam...

na rowerze. Od dzieciństwa podróżuję na dwóch kółkach. Czasem wolałbym motor, by szybciej dotrzeć do różnych miejsc, ale wtedy pozbawiłbym się tych drobnych zaskoczeń i zauroczeń miejscami, które można przeżyć, tylko jadąc rowerem. Dzięki temu środkowi lokomocji mogę dokładnie poznać okolicę, poczuć ją. No i lubię aktywne podróżowanie. Po całym dniu, kiedy przejeżdżałem średnio 130 km, czułem ogromną satysfakcję, że kolejny etap się udał.

Najlepsze wakacje spędziłem...

w drodze do Irkucka. Była to moja najdłuższa wyprawa, pełna przygód. Ale liczę, że przede mną jeszcze ciekawsze wakacje.

W Polsce lubię...

Bieszczady. To jedno z niewielu już miejsc w naszym kraju, gdzie można jeszcze pobyć samemu. No i rewelacyjne tereny do jazdy na rowerze górskim. Z Bieszczadami wiąże mnie wiele wspomnień, mam do nich sentyment, bo tam wyjechałem na swoją pierwszą pięciodniową wyprawę. Nie zapomnę tej ciszy...

Mój ulubiony hotel...

to na pewno nie jest kompleks komercyjny. Spałem już na sianie, w namiocie, u ludzi w różnych domach. Wszystkie te miejsca mają swój urok. Ale hotel w tradycyjnym rozumieniu zdecydowanie odpada.

Niebo w gębie poczułem...

jedząc rosyjski dżem truskawkowy. Na ogół w ciągu dnia zjadałem ok. 600 gram słodyczy, głównie czekolady, która daje dużo energii. Gospodarze natomiast częstowali mnie tym, co sami jedli. Najczęściej były to solone ziemniaki, czasem ryba. Ale i zdarzał się dżem, bardzo słodki i gęsty. Jeden słoik wiozłem ok. 4 tys. km do Polski. Niestety, już się skończył.

Na wyprawę zawsze zabieram...

dziennik i aparat, by dokumentować wszystkie przeżycia i spostrzeżenia. Narzędzia czy ciepła kurtka powinny być, ale gdybym je zgubił, nie martwiłbym się, jak byłoby pewnie w przypadku dziennika i zdjęć. Dzięki temu na stronie http://www.szas.xt.pl mogłem zamieścić ich kilkaset.

Nigdy więcej nie powrócę do...

Nie ma takich miejsc, bo wszystkie, w których byłem, traktuję jako jedną całość, jedną podróż. Im więcej przeżyć negatywnych i pozytywnych, tym więcej wrażeń, doświadczeń, a to tworzy poczucie przygody. I o to mi chodzi.

Wkrótce będę w drodze do...

Irlandii, gdzie w czasie wakacji będę pracował, by zarobić m.in. na kolejną wyprawę.

Wymarzony cel podróży:

Azja, a w szczególności Japonia, Chiny, Indonezja i Indie. Bardzo chciałbym też dotrzeć do jakiejś małej wioski na północy Syberii, gdzie nie można dojechać, bo nie ma nawet drogi. Chciałbym tam zostać na dłużej, pożyć z ludźmi. Europę zostawiam sobie na później, jest bardziej dostępna.

Więcej o: